Zagadki kalendarza

Zagadki kalendarza

Kiedy zjednoczona Europa zakończyła obchody świąt Bożego Narodzenia i rozpoczęła nowy rok, Ukraina tradycyjnie dopiero weszła w fazę „świąt zimowych”.

 

Przygotowania do wigilii, „starego” Nowego Roku i Chrztu Pańskiego odbywają się po hucznych zabawach noworocznych w okresie postu przed Bożym Narodzeniem. Kolejny przeciągający się „ukraiński ramadan” znowu wywołuje myśl o unikatowości kultury ukraińskiej jako takiej i kalendarza w szczególności.

Posługiwanie się kalendarzem juliańskim w życiu cerkiewnym nie jest niczym nadzwyczajnym. Jednak w połączeniu z proeuropejską retoryką ukraińskich hierarchów i próbą (co najmniej na poziomie deklaracji) oddalenia się od „russkoho mira”, wygląda trochę niedorzecznie. Dotyczy to zwłaszcza kościoła greckokatolickiego.

Od ponad stu lat w Galicji nie traci na aktualności problem „synchronizacji kalendarzy”. Od ponad stu lat omawiana jest kwestia ukraińskiego festiwalu „od Romana do Jordana” (przede wszystkim gastronomicznego), ale wóz z miejsca nie ruszył. Dzisiaj, gdy wybór kierunku europejskiego jest pytaniem numer jeden, mamy dobrą okazję do trzeźwej oceny sytuacji i być może wypchnięcia problemu z punktu zero.

Warto określić, czym tak naprawdę w kulturze ukraińskiej jest kalendarz juliański (z nieznanych powodów nazywany czasem „bizantyjsko-ukraińskim”). I czy rzeczywiście gregoriański (nazywany dla odmiany kalendarzem „rzymskim”) nie może go zamienić. Tu trzeba zaznaczyć, że na co dzień świat (a wraz z nim Ukraina) od dawna używa chronologii gregoriańskiej. Nie mniej jednak kalendarz juliański pozostaje ważnym elementem tradycji kościoła wschodniego oraz częścią kultury ukraińskiej.

Skoro mamy zamiar synchronizować nasze życie z życiem obywateli Unii Europejskiej, a nie z resztą „russkoho mira”, uporczywe obstawanie przy kalendarzu juliańskim jest absolutnie bezpodstawne. Kalendarz liturgiczny służy przecież jako podstawa do wyznaczania świąt i dni roboczych. Ten problem jest dobrze znany przedsiębiorcom ukraińskim, działalność których jest związana z partnerami zachodnimi lub przewiduje współpracę z europejskimi instytucjami czy urzędami. Chcesz czy nie, a święta obchodzisz według obu kalendarzy. Podobne problemy mają też współcześni emigranci na Zachodzie, najpierw mają oficjalne dni wolne, „bo u nich święto”, a za dwa tygodni nie wolno pracować „bo u nas święto”.

Nie ma przeszkód dogmatycznych do wprowadzenia reformy, pozwalającej kościołowi wschodniemu na zmianę kalendarza z juliańskiego na gregoriański. Hierarchowie po prostu obawiają się reakcji wiernych i innych kościołów na taką „westernizację”. Nie jest tajemnicą, że ważnym zadaniem strategicznym deklarowanym przez hierarchów kościołów wschodnich, jest osiągnięcie na Ukrainie jedności kościelnej. Ma ona doprowadzić do ukształtowania jedynego lokalnego kościoła ukraińskiego (ukr. pomisna cerkwa). Przejście jednego z kościołów na kalendarz „rzymskokatolicki” stałoby się kolejną przeszkodą albo też zręcznym pretekstem do zerwania procesu połączenia i przerzucenia odpowiedzialności. Z drugiej strony wiemy, że ukraińska Cerkiew prawosławna patriarchatu moskiewskiego nie zdecyduje się na zerwanie łączności z Moskwą, żeby budować zjednoczony lokalny kościół na Ukrainie, więc nie jest to problem kalendarza.

Pozostaje wymiar symboliczny: kalendarz jako część tożsamości narodowej. I to jest najpoważniejszy powód. Ukraińcy (tak prawosławni, jak grekokatolicy) uparcie odmawiają obchodzenia świąt Bożego Narodzenia i innych świąt chrześcijańskich razem z chrześcijanami zachodnimi. Długie stulecia grekokatolicy pod władzą Polski i Austrii opierali się polonizacji, między innymi dzięki wschodniej tradycji kościelnej. Kalendarz był jedną z oznak, która pomagała wyodrębnić „swoich”, przeciwstawiając ich „łacinnikom” – Polakom. Taka polityka miała sporo minusów w wymiarze ekonomicznym, zazwyczaj władze wyznaczały jako oficjalne dni wolne od pracy wyłącznie „polskie” święta. Było to niewygodne dla grekokatolików i prawosławnych, od czasu do czasu doprowadzało do konfliktów na tle etnicznym, ale Ukraińcy uparcie trzymali się „starego” kalendarza.

Wygląda na to, że na początku wieku XXI wieku, podobnie jak sto lat temu, kalendarz nie przestał pełnić funkcji ważnego identyfikatora tożsamości. Potwierdzeniem tego jest walka o „historię prawdziwą” wyrażająca się w bitwie na daty z kalendarza. Walka trwa ze zmiennym powodzeniem już od 22 lat niepodległości. Pod ręka mamy przykłady: na Ukrainie współistnieją obecnie trzy różne święta „obrońcy ojczyzny”: radzieckie, obchodzone 23 lutego, oficjalne ukraińskie – 6 grudnia oraz nieoficjalne „upowskie” – 14 października. Podobnie jak za czasów austriackich współistnieją różne „kalendarze patriotyczne” – prorosyjski, postradziecki oraz narodowy proukraiński. Różnica obejmuje nie tylko obchody różnych dat historycznych (np. „wyzwolenie od najeźdźców faszystowskich” czy „czyn listopadowy”). Zakłada też różne stopnie popularności oraz symboliczne traktowanie wspólnych świąt – Dnia Matki, 8 Marca, Dnia Zwycięstwa i in. Na regionalnym poziomie różnica jeszcze bardziej rażąca. Warto przywołać przykład historii znakowania miejskiej przestrzeni publicznej – w Charkowie zniszczono, a we Lwowie odsłonięto tablicę upamiętniającą Jurija Szewelowa.

Niestety „narodowy” kalendarz ukraiński tworzony jest według zasady „oby nie radzieckie”, przy tym zapominamy o powodach proeuropejskich i zwykłych, ukraińskich. W wyniku tego, mamy licznych przeciwników hucznych obchodów „Dnia Zwycięstwa w wielkiej wojnie ojczyźnianej” 9 maja i nie mniej licznych zwolenników właśnie takiego określenia i obchodów. Przy tym obydwie strony zwalczają jedna drugą wykorzystując stare sposoby radzieckiej propagandy. Pomysł przekształcenia tej daty na „dzień pamięci i pojednania” (8 i 9 maja) spowodowałby obniżenie stopnia napięcia i wyjście z zaczarowanego koła nacjonalistycznych i radzieckich klisz ideologicznych, deklaracja wprowadzenia takiego święta pojawia się co roku, ale nie znajduje wystarczającej liczby zwolenników.

Sytuacja w kwestii religijnej jest jeszcze bardziej przygnębiająca. Kościoły ukraińskie są mocno związane z „russkim mirom” poprzez obrządek, tradycje i wspólny kalendarz. Więc nie jest to „dobry czas” na zmiany, jak to zwykle bywa na Ukrainie, bo „ludzie się podzielą”. Tak poważne przeszkody powodują, że zaczynamy się zastanawiać nad tym, kto rzeczywiście kieruje kościołami: konserwatywny laikat czy rozsądni pasterze? Jak możemy mówić o autorytecie duchownych, skoro hierarchowie zamiast nauczać i prowadzić, swoje działania dostosowują do reakcji „widza”? Oczywiście wskutek wprowadzenia pewnych reform cerkwie mogą stracić część wiernych. Ale mechanizm może też zadziałać w drugą stronę – można stracić wiernych nie wprowadzając zmian. Niebezpieczeństwo braku reformy kalendarza stanowią nie „podziały”, ale wydłużanie ukraińskiego „ramadanu” o kolejne dwa tygodnie oraz obchody takich świąt jak „stare Boże Narodzenie” czy „stary Jordan”. Nikogo to nie zdziwi, wszak Galicjanie obchodzą przecież 8 Marca, nazywając go łagodnie „Dniem Hamana”. A dzień świętego Walentego w przeciągu kilku lat stał się prawdziwym festynem. Poza tym święty Mikołaj pokojowo współistnieje z Dziadkiem Mrozem.

Tak czy owak, dla chrześcijan logiczne są obchody Nowego Roku po Bożym Narodzeniu: kiedy skończył się post, kiedy mniej ważne wydarzenie – narodziny nowego roku – następuje po ważniejszym – narodzeniem Syna Bożego. Byłoby przyjemnie, gdybyśmy mogli obchodzić Boże Narodzenie z resztą świata. Zwłaszcza dla katolików obrządku wschodniego, gdy na placu świętego Piotra w Rzymie papież błogosławi wszystkim katolikom świata. Zainteresowanie Moskwy w istnieniu „muru berlińskiego” wokół „russkoho mira” nawet w postaci różnicy kalendarzowej można zrozumieć, ale pozostaje zagadką, po co Ukraińcy dobrowolnie pozostają po „tamtej” stronie.

Tradycje ukraińskie miałyby więcej szans na zdobycie popularności, gdyby były bardziej funkcjonalne w rzeczywistym życiu, a nie przypisane do grupy z rezerwatu. Ale to wymaga pewnego wysiłku. Na początek, wyrzeczenia się przyzwyczajeń związanych z podwójnym życiem, przejawiających się nawet w praktyce podwójnego obchodzenia Nowego Roku – 1 i 14 stycznia. Poza tym nieźle by było, aby nowy rok rozpoczynał się starym ukraińskim zwyczajem „zasiewania” przez dzieci owsa na pomyślność, a nie marszem z pochodniami upamiętniającym więźnia obozów nazistowskich Stepana Banderę.

Teodor Spytiuk
Ukraińska wersja artykułu ukazała się na portalu zaxid.net
Tekst ukazał się w nr 1 (197) za 17-30 stycznia 2014

X