Z róży wyrasta róża

Z róży wyrasta róża

Na kijowskim majdanie Niepodległości Wojciech Jankowski spotkał ludzi z działającego w Kijowie polskiego towarzystwa Zgoda. Stali z polską flagę. Na jej widok do grupy podeszła kobieta. Podczas rozmowy opowiedziała historię swojej rodziny.

Walentyna Młynowa: Urodziłam się na Uralu. Nazywam się Walentyna Młynowa. Po matce jestem Polką. Moi przodkowie byli Polakami, których jeszcze za czasów carskich zesłano na Ural. O tym, że byli zesłańcami, dowiedziałam się dopiero gdy skończyłam 15 lat. Do tego czasu nie wiedziałam kim jesteśmy. Myślałam, że moja babcia i mama mają pochodzenie ukraińskie. Dlatego chciałam przyjechać na Ukrainę, lubiłam wszystko, co ukraińskie. Przypadkiem kiedyś zapytałam babci kim jesteśmy, i ona powiedziała, że nie jesteśmy Ukraińcami ale Polakami. Bardzo płakała opowiadając mi, jak na Uralu zamordowano jej ojca. A zamordowano go brutalnie i na tyle bestialsko, że wstrząsnęło to mną. Bałam się wypytywać ją o okoliczności, to było straszne. Tak straszne, że dopiero po wielu latach, niedawno, opowiedziałam pewnemu obcemu człowiekowi, w jaki sposób go zamordowano, na tyle to było przerażające.

Na pamiątkę o moich bliskich – mamie, babci, prababci, pradziadku – zaczęłam się interesować wszystkim co polskie. Przejęłam się, myślę że to odpowiedzialność za pamięć o nich. Doświadczyli oni niesprawiedliwości. Dlaczego tam trafili? Od ojczyzny dzieliły ich tysiące kilometrów, mieszkali w lasach uralskich wśród Baszkirów i Tatarów.

Po raz pierwszy z językiem polskim spotkałam się na uniwersytecie w Ufie. Na pierwszym roku mieliśmy lektoraty językowe w ramach dodatkowych zajęć, przekonałam wszystkich by wybrali język polski. Byłam najlepszą uczennicą, co dawało mi uczucie szczęścia. Babcia umarła niedługo potem, nie usłyszała jak mówię po polsku. Kiedy pytałam ją skąd jesteśmy w odpowiedzi płakała, a dźwięki nieznanego mi języka były dla mego ucha dziwne, więc nie mogę powiedzieć dokładnie że dobrze usłyszałam nazwę miejscowości, skąd pochodzili. Wydaje mi się że mówiła o Żeniwkowcach koło Latyczowa. Obecnie są to tereny w obwodzie chmielnickim.

Starałam się przyjechać na Ukrainę w poszukiwaniu korzeni i choć po skończeniu uniwersytetu miałam skierowanie do pracy w Baszkirii, udało mi się przenieść na Ukrainę. I tu, po raz pierwszy, zobaczyłam z daleka Polaków. Były to lata 80. Serce mi bardzo kołatało, nie wiedziałam jak mam do nich podejść. Poza tym ostrzegano mnie, żebym „nigdy nie zbliżała się do Polaków, oszukają ciebie, jesteś naiwna”.

A kto tak mówił?
Dyrektor szkoły pod Tarnopolem, gdzie pracowałam jako nauczycielka. Okazało się, że tam u nas w Baszkirii było bardzo dużo Polaków. Wcześniej nie wiedziałam o tym. Idzie człowiek – przecież nie jest na nim napisane, że Polak! Babcia mówiła, że znała tam tylko pięć polskich rodzin. Ale niedawno dowiedziałam się, że Polaków było tam dużo, był kościół, gimnazjum polskie. Próbowałam szukać w archiwach, po przeprowadzce na Ukrainę, ale muszę się przyznać – nie udało mi się jeszcze trafić do miejscowości, którą wymieniała moja babcia. Nie byłam pewna nazwy. Potem wyszłam za mąż, miałam inne problemy, poszukiwania odsunęłam na drugi plan.

Jak zaczęła pani czytać po polsku?
Nie od razu umiałam czytać po polsku. W bibliotece w Ufie zobaczyłam książki polskie wydane w XIX wieku, co było dla mnie wielkim odkryciem. Przepisywałam Mickiewicza do zeszytu literami „angielskimi”, nie umiejąc ich odczytywać. Na pierwszym roku studiów, po półrocznej praktyce z języka polskiego nauczyłam się czytać. Na uniwersytecie był profesor Wasiliew, wykładał literaturę słowiańską. Pewnego razu na wykładzie z literatury polskiej wymieniał nam nazwiska polskich pisarzy i poetów, ale ja już je znałam. Mówił, na przykład, do studentów: „Prus”, to ja krzyczałam: „Bolesław”, on: „Nałkowska”, ja: „Zofia”, on: „Konopnicka”, ja: „Maria”. Zwrócił na mnie uwagę, bo byłam jedyną osobą w audytorium, która znała nazwiska pisarzy polskich.

Mieliśmy młodego wykładowcę, chyba historii. Był Polakiem o nazwisku Budyłowicz. Na jednym z wykładów zapytał, czy są na sali Polacy. Nie przyznałam się wówczas, traktuję to jak grzech, noszę to w sercu. Nie przyznałam się, bo się bałam, że nie potrafię nic po polsku powiedzieć ani opowiedzieć – przecież jestem w trzecim pokoleniu. I bałam się, że będą się ze mnie śmiać, że Polka, a po polsku nie umie. To mnie później przez wiele lat męczyło.

Później, kiedy już wyszłam za mąż na Ukrainie, do wioski w tarnopolskim, nie miałam żadnych książek w języku polskim. Ale zawsze przyznawałam się do swojej polskości. Mówili mi ludzie, żeby o tym nie mówić. Bo to nie Polska, to Ukraina Zachodnia. Ja historii nie znałam, urodziłam się na Uralu, zaszłości historyczne nie były mi znane. Nie rozumiałam, dlaczego nie można wśród Ukraińców mówić, że jestem Polką.

Kiedyś zobaczyłam taki rysunek: granica, po jednej stronie rosło drzewo, które zostało ścięte i spadło na drugą stronę tej granicy. W mojej wyobraźni to drzewo symbolizuje polską rodzinę – ścięli i rzucili za granicę. Liście zżółkły, opadły i zeschły. A po polskiej stronie z pnia zaczynają wyrastać pędy zielone. Ja jestem tym pożółkłym liściem – nie znam języka polskiego. Język polski słyszałam w telewizji, na studiach na Uralu, ale kiedy usłyszałam jak mówią prawdziwi zwykli Polacy – słuchałam z drżeniem w sercu! Wy tego zrozumieć nie możecie, a ja tym żyłam. W Kijowie w Instytucie Polskim wypożyczam książki po polsku. Ostatnio przeczytałam książki Chmielewskiej i „Pana Wołodyjowskiego” Sienkiewicza. Teraz kończę „Potop”. Poprzez czytanie dużo zaczęłam rozumieć. Mówić płynnie jeszcze nie mogę, bo nie mam wprawy. Zapisałam się do Towarzystwa Kultury Polskiej w Kijowie.

Moja córka wyrosła, udała się nie w ukraińską, a w polską rodzinę. Babcia opowiadała, że jej siostra Helena miała ładny głos. Mieszkali na futorze, mieli sporo ziemi. Helena śpiewała, a z okolic przychodzili ludzie żeby słuchać jej głosu. Córka udała się do niej. Dzięki cudownemu głosowi, trafiła na koncert z udziałem prezydenta Kuczmy, on pomógł załatwić dla niej w Kijowie operację nosa. Potem dzięki znanym śpiewaczkom ukraińskim Eugenii Miroszniczenko i Ninie Matwijenko została przyjęta na studia w konserwatorium w Kijowie. Stypendium jako najlepsza uczennica otrzymała od następnego prezydenta Juszczenki.

Moim marzeniem jest żeby córka wyjechała do Polski na staż, znalazła tam swoje miejsce. Może jest to śmieszne, może naiwne, ale myślę, że przodkowie by się ucieszyli. Złożyłyśmy dokumenty na stypendium Gaude Polonia, modliłyśmy się, wierzyłyśmy. Czekałyśmy długo. Przyszła odmowa. To był cios.

Przyszłam tu na Majdan i widzę – polska flaga! Ucieszyłam się, podeszłam. Proszę mi wybaczyć, ale dla mnie jest to bardzo cenne. Mój mąż jest Ukraińcem i nawet nazwisko ma takie: Ukrainiec. Często się sprzeczamy. On mówi: Polacy nas gnębili, ja mówię: a może było za co? O tragedii na Wołyniu dowiedziałam się dopiero tutaj, na Ukrainie. Myślę, że jest w tym wina Ukraińców, przecież nie o walkę wojska z wojskiem tu chodziło, a o bezbronnych zwykłych ludzi. Ale uważam, że lepszego przyjaciela Ukraina nie ma. Polska robiła wszystko by Ukrainie pomóc. Nie urodziłam się tutaj, może nie wszystko rozumiem, nie znam dokładnie historii Ukrainy, ale patrzę i widzę obecną Ukrainę. Ukraina wschodnia została zniszczona przez Stalina, wyniszczono inteligencję, elity. Z róży wyrasta róża, z łopianu – łopian. Jeśli ktoś mówi, że nie mamy inteligencji, nie zgadzam się – to ty nią jesteś! Nie ma kto powstać – to ty powstań!

Dlaczego przychodzi pani na Majdan?
Bo tu są najlepsi ludzie, nie bacząc na to, że są biednie ubrani. Nawet jeśli teraz nam się nie uda, uda się później. Wynajmujemy z córką mieszkanie na obrzeżach Kijowa, brałyśmy sześć osób na nocleg. Każdy porządny człowiek na Ukrainie musi zrobić wszystko by się wyzwolić.

Wojciech Jankowski
Tekst ukazał się w nr 1 (197) za 17-30 stycznia 2014

X