Wybrałem Lwów

Wybrałem Lwów Janusz Łukaszewski z żoną

We Lwowie znalazłem się z wyboru. Kierowanie przeze mnie placówką, mającą wówczas status agencji konsularnej, przypada na nadzwyczaj burzliwy, znaczący historycznie, politycznie i społecznie okres w życiu naszego wschodniego sąsiada.

Oderwanie się 24 sierpnia 1991 roku Ukrainy od ZSRR, utrwalone przez grudniowe referendum, nie tylko zmieniło mapę Europy, lecz spowodowało także konieczność uwzględnienia tego faktu w polityce zagranicznej naszego państwa.

Agencja, jako buforowa placówka, musiała sprostać nowym wyzwaniom w zmienionej i stale zmieniającej się sytuacji. Po zaakceptowaniu mojej kandydatury przez MSZ nie było jeszcze ustalone, na którą placówkę zostanę skierowany. Z tak zwanego nowego naboru było nas kilku. Dochodziły mnie słuchy, że mam podjąć pracę w Szwecji. Gdy minister Krzysztof Skubiszewski zapytał mnie, gdzie chciałbym podjąć pracę, oświadczyłem, że na Wschodzie. Że pochodzę z Kresów i tam upatruję miejsce, w którym chciałbym pomagać rodakom. Minister nie krył zdziwienia: „Wszyscy ubiegają się o Zachód, a pan na Wschód. Zgoda – oświadczył – obejmie pan placówkę we Lwowie. Chyba z pożytkiem dla swojaków”.

Tuż przed wyjazdem pan minister wyraził wobec mnie swoje oczekiwania, dotyczące kształtowania stosunków z państwem przyjmującym na zasadzie wzajemności. Zrozumiałem, że nie był zadowolony z aktualnej sytuacji. Słowa te zostały wypowiedziane wiosną 1990 roku, kiedy nikt nie był w stanie przewidzieć nadchodzących wypadków. Tym razem słowa te miały mieć pełne zastosowanie kilka miesięcy później, w stosunku do niepodległej Ukrainy.

Placówka o najniższym statusie agencji, jej personalna obsada, jak i lokalowe oraz techniczne wyposażenie, były rażąco nieadekwatne, szczególnie do zadań, które wyłaniały się w zmienionych okolicznościach. Obszar działania obejmował niemal połowę Ukrainy, całą tak zwaną Ukrainę Zachodnią z miastami: Lwów, Tarnopol, Stanisławów (obecnie Iwano-Frankiwsk), Łuck, Równe, Czerniowce, Chmielnicki, Użhorod, Skałat, Chocim, Truskawiec, Zbaraż, Sambor i wiele pomniejszych – aż po Krzemieniec i Kamieniec Podolski, Zaleszczyki oraz rozległe rubieże kraju.

Placówka mieściła się w piętrowym budynku przy ul. Świętej Zofii, w którym parter przeznaczono na pracę merytoryczną, natomiast piętro było zajęte na apartament. Zamieszkałem tam z żoną Zofią. Pomieszczenia biurowe, oprócz mojego gabinetu, obejmowały trzy nieduże pokoje. Wielce uciążliwym był brak poczekalni dla interesantów, szczególnie w przypadku wizytujących konsulat znaczących osób. Z czasem dla osób ubiegających się o wizy, a także przybywających w innych sprawach, wygospodarowałem z korytarza quasi-poczekalnię, na pięć, sześć stojących miejsc. W tym okresie Lwów znów stał się modny i dziesiątki osób, a nawet przekraczające stu interesantów grupy niemal codziennie koczowały wręcz na ulicy. W tym tłumie niełatwo było wyłuskać osoby polskiego pochodzenia, których sprawy staraliśmy się załatwiać w pierwszej kolejności.

W opisanych okolicznościach, szczególnie w związku z brakiem wyodrębnionych pokoi do pełnienia konsularnych obowiązków, trudno było zapewnić sobie minimum warunków do spokojnej pracy. Podobny kłopot dotyczył tak zwanej infrastruktury technicznej. Do swojej dyspozycji mieliśmy kilkuletniego poloneza, a później poloneza trucka, również kilkuletniego, których remonty i przeglądy odbywały się w odległym Przemyślu. Z braku doposażenia, aby sprostać piętrzącym się potrzebom, wykorzystywaliśmy często – konsul Andrzej Krętowski i ja – nasze prywatne samochody. Konsul Józef Fijał korzystał grzecznościowo z samochodu polonijnego działacza, pana Mariana Baranowskiego, zapewniając mu jedynie zwrot kosztów benzyny.

Łączność umożliwiały dwa stacjonarne, dostępne dla ogółu personelu, telefony. Kontakt przez kurierów był możliwy mniej więcej co cztery tygodnie, co nie zawsze zaspakajało istniejące potrzeby. Jeśli chodzi o korespondencję listowną, to z chwilą objęcia urzędu istniała możliwość korzystania z kurierskich usług przemyskiej placówki Wojsk Ochrony Pogranicza. Okazało się jednak, że ta, choć sprzyjająca, okoliczność nie do końca spełniała nasze oczekiwania.

Razem ze mną misję w Agencji Konsularnej pełnili: konsul Andrzej Krętowski i konsul Józef Fijał. Drugą z wymienionych osób zastąpił po pewnym czasie wicekonsul Dobiesław Rzemieniewski. Zatrudniono też pięciu pracowników pomocniczo-biurowych. Były to osoby miejscowe. Niektórych z zastałych pracowników trzeba było zastąpić innymi, o wyższych kwalifikacjach, mogącymi sprostać wysokim wymaganiom i dającymi rękojmię rzetelności. Z uwagi na interesantów ukraińskich z kanadyjskiej diaspory, a także dlatego, że spodziewałem się interesantów z innych anglojęzycznych krajów, zatrudniłem panią Beatę Fedorcio, biegle władającą językiem angielskim.

Zadania, które stanęły przed pracownikami placówki, były rozliczne. Główne z nich wymagają szczegółowego omówienia.

(Fot. z archiwum KG RP)

Nadzwyczaj trudne było – biorąc pod uwagę napiętą sytuację polityczną – układanie stosunków z lokalnymi władzami. Dotychczasowe radzieckie władze każdego szczebla, których władza była nadal realna, niechętnie odnosiły się do przedstawicieli wyzwolonej spod wpływów ZSRR Polski. Z drugiej strony przedstawiciele dążącej do wyzwolenia, a potem już wolnej Ukrainy nie posiadali póki co żadnej realnej władzy. Pierwsze zachowywały wielką wstrzemięźliwość w kontaktach, drugie zaś niewiele mogły zdziałać. Obydwie strony bacznie przyglądały się zachowaniu pracowników placówki. Stosunki z dotychczasową władzą były utrzymywane na tyle, na ile były przydatne w wykonywaniu bieżącej pracy, przy jednoczesnej dbałości o utrzymanie zaufania tych, którzy wkrótce władzę przejmą. Stare władze oczekiwały kontynuowania „biesiad” i nie były w stanie ukryć zdziwienia, że oczekiwań tych nie spełniam. Sytuacja była o tyle skomplikowana, że nawet po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości wiele funkcji sprawowały dalej te same osoby. Dla przykładu: wpływowy szef OWIR-u (służb paszportowo-wizowych), związany z KGB pułkownik Ihor Iwanowycz Gorbunow, pełnił swą funkcję jeszcze przez długi czas po uzyskaniu przez Ukrainę niepodległości.

Istniała też swego rodzaju dwuwładza. Na przykład, przejścia graniczne suwerennej już Ukrainy w dalszym ciągu kontrolowały radzieckie służby graniczne i celne. Doprowadzało to do kuriozalnych sytuacji – jak ta, gdy Ukraińcy, nie akceptując istniejącego stanu, na dziesięć kilometrów przed oficjalną granicą celną w Medyce-Szehyni, utworzyli nową, dokonującą odpraw według własnych, niepisanych reguł. Nota bene, stwarzało to wiele sytuacji z pogranicza bezprawia, wymagających interwencji konsulatu. Podobny przykład dwuwładzy – to otwarcie nowego przejścia granicznego Hrebenne-Rawa Ruska – w świetle kamer, przez władze w Moskwie – gdy tymczasem wojewoda lwowski, by zademonstrować swą „władzę w imperium”, już nazajutrz, pod byle pozorem to przejście zamknął.

Również po umocnieniu się nowej, ukraińskiej władzy sytuacja wciąż nie była jednoznaczna. Nie sprzyjało to rozwojowi normalnych wzajemnych stosunków. Dawały też o sobie znać nurty antypolskie, stwarzając czasem sytuacje na granicy scysji, gdy na przykład jeden z deputowanych w Radzie Lwowa rozpoczynał każde ze mną spotkanie od prowokacyjnego: „Panie konsulu, a jak będzie załatwiona akcja Wisła?” Ale bywało też zupełnie inaczej. I tak z nadzwyczaj przychylnym podejściem spotykaliśmy się ze strony deputowanego do Rady Najwyższej Wiaczesława Czornowiła, a także mera Lwowa Bohdana Kotyka.

(Fot. z archiwum KG RP)

W tej to skomplikowanej sytuacji udawało się, mimo wszystko, zachować w dużej mierze zasadę wzajemności i współpracy w sprawach, w których decyzje zależały od kierownictwa Konsulatu. W końcu lokalne władze zaczynały powoli rozumieć, że jesteśmy sobie potrzebni. To były sprawy doniosłej wagi, zaś w mniejszych… Niestety, nawet o krok nie posunęła się sprawa nowej siedziby konsulatu, choć usilnie o to zabiegałem. W końcu zrozumiałem, że rzecz jest ewidentnie polityczna i znacznie przekracza ograniczone możliwości konsula.

Nadzwyczaj skomplikowanym, wymagającym stałej uwagi, troski, a w konsekwencji często bezpośredniej pomocy czy interwencji, był problem przejść granicznych. Szczególnie dotyczyło to Medyki – przejścia o największym nasileniu podróżnych – zarówno drogowego, jak i kolejowego. Swoboda podróżowania Polaków, jaka zaistniała w zmienionej u nas sytuacji politycznej, stała się jakby naszą własną falą tsunami. Tworzyli ją przemieszczający się w celach handlowych rodacy – szczególnie ci jadący do Turcji i na Bałkany. Również Ukraińcy po uzyskaniu niepodległości chcieli na masową skalę zasmakować wolności podróżowania. Ich celem, na miarę ówczesnych możliwości, stała się Polska, utożsamiana dość jednoznacznie z Zachodem. Te czynniki spowodowały niesamowite perturbacje obecne już na drogach do przejść granicznych i oczywiście na samych przejściach.

Kolejki samochodów osobowych i autobusów sięgały nieraz dziesięciu kilometrów, stojąc obok siebie zderzak przy zderzaku. Na wyjazd oczekiwało się siedem dni, często więcej. To właśnie od wtedy stacje radiowe w Polsce zaczęły informować o czasie oczekiwania na graniczną odprawę. Trzeba pamiętać, że oczekujący nie mieli zapewnionego minimum warunków bytowania – brak wody, żywności, wreszcie i toalet stanowiły dla nich prawdziwą udrękę. Doprowadzało to do różnorakich, niekiedy ostrych konfliktów, zarówno wśród oczekujących w kolejce, jak i na samym przejściu. Jedynym ogólnie dostępnym napojem był wieziony przez ówczesnych turystów alkohol, co sprzyjało coraz to częstszym wybuchom agresji. Gdy ktoś z oczekujących usiłował ominąć kolejkę, dochodziło do aktów wandalizmu – uszkadzania samochodów, a czasem nawet zdarzeń tragicznych w skutkach. Utkwił mi w pamięci epizod, kiedy to oczekujący na przejazd nie chcieli dopuścić do ominięcia kolejki przez autobus kursowy. Położyli się na jezdni, twierdząc stanowczo, wręcz z uporem, że „nie przepuszczą, chyba, że po ich trupie”. Jeden z podróżnych był na tyle zdesperowany, że nie usunął się z drogi – i dostał się pod koła autobusu. Przez długi czas konał na oczach bezradnego tłumu. Karetka nie mogła przebić się przez tarasujące drogę samochody.

Wiele sytuacji było niezwykle trudnych. Oczekujące osoby, wzburzone długo trwającą odprawą, przedłużaną w zasadzie przez służby radzieckie – szczególnie podróżujący z autokarów – organizowali się i grozili siłowym forsowaniem granicy. Na to równie nieustępliwi pogranicznicy grozili użyciem broni. Zdarzyło się, że w tak napiętej sytuacji, przy realnej groźbie użycia broni, musiałem z konsulem Andrzejem Krętowskim pilnie interweniować w Moskwie – i to za podszeptem bezradnego, specjalnie przybyłego do Lwowa szefa Wojsk Ochrony Pogranicza, płk. Walerija Anatolijowycza Popowa. Granica wymykała się spod kontroli. Częściowo, jak mniemam, konflikty prowokowały same służby, które stosowały tryb pracy zbliżony do tzw. strajku włoskiego. Tymczasem po naszej stronie te same tłumy oczekiwały na odprawę najwyżej kilka godzin, czasami odprawiane były prawie na bieżąco. Z kolei powszechną praktyką służb granicznych na przejściu kolejowym w Medyce-Mościska II było wysadzanie na stacji pasażerów, których nie zdołano odprawić w pociągu. Wysadzeni – z uwagi na koniec ważności biletów – nie mieli możliwości kontynuowania podróży następnymi przeładowanymi pociągami, zaś innych, nowych biletów nie sprzedawano. Podróżni, w tym chorzy, koczowali wówczas na dworcach, niejednokrotnie po kilka nawet dni. W najbardziej drastycznych przypadkach pomoc urzędu polegała na organizowaniu transportu autobusowego, aby dokonać odprawy z zapewnieniem konwojowania i z pominięciem kolejki.

Przy rozwiązywaniu tych sytuacji bardzo operatywnie działał konsul Andrzej Krętowski. Częste wyjazdy na granicę odrywały go jednak od innych istotnych spraw. Przy szczupłości kadr naszego personelu było to dużym utrudnieniem w pracy urzędu. Zdarzały się sytuacje tak poważne, że wymagały wyjazdu obydwu konsulów. Nawet dotarcie do przejścia – tak samo jak i sytuacja na samych przejściach – wymagało częstych interwencji u władz miejscowych, u milicji, służb celnych i granicznych. Zrozumiałe, że zmęczony i rozdrażniony tłum nie respektował często konsularnych rejestracyjnych tablic samochodowych.

Niejednokrotnie polscy podróżni – nieświadomi trudności, z jakimi borykaliśmy się, usiłując przyjść im z pomocą – kierowali swoją złość przeciwko nam. Doszło nawet do tego, że w konfliktowej sytuacji, w desperacji, próbowali wywrócić i zepchnąć nasz samochód do rowu. Padały też okrzyki by samochód podpalić. Dziś myślę, że jedynie nasza postawa, odwaga by stanąć wobec wzburzonego tłumu twarzą w twarz, zapobiegła spełnieniu ich gróźb.

W tych warunkach należało też zapewniać bezpieczne przekraczanie granicy znaczącym osobom z kraju – ludziom nauki, kultury, hierarchom Kościoła, wojewodom, zmierzającym w swoich misjach na Ukrainę ministrom. Kierowali się głównie do Lwowa, który, jak wspomniałem, stał się nadzwyczaj modny.

Lawinowe przemieszczanie się przez Zachodnią Ukrainę naszych obywateli, tych, dla których cel stanowiła sama Ukraina, czy też tych, którzy podróżowali tranzytem, było źródłem wielu dramatycznych wydarzeń, w tym również losowych, nie tylko w strefie przygranicznej, ale i w głębi kraju. Stwarzały one konieczność udzielania pomocy, czasem wręcz podjęcia natychmiastowej interwencji. Zdarzenia najbardziej tragiczne, związane ze śmiercią polskich obywateli, mimo podejmowanych przez placówkę rutynowych czynności – jak powiadomienie najbliższych, zabezpieczenie mienia i eksporta zwłok do kraju – pozostawiały zawsze niepokój, czy zrobiliśmy wszystko, co należało uczynić. Często jednak nie mieliśmy możliwości ustalenia przyczyn zdarzenia oraz jego sprawców, co stwarzałoby podstawową możliwość dochodzenia roszczeń odszkodowawczych. Zdarzyło się – by przywołać tu choć jeden przykład – że polski kierowca poniósł śmierć wskutek wtargnięcia nocą na szosę stada koni z pobliskiego kołchozu. Pozostawił osieroconą rodzinę, w tym nieletnie dzieci. Okazało się, że dochodzenie odszkodowania było niemożliwe, bowiem lokalne władze nie uczyniły nic, aby w tej sytuacji pomóc. Można powiedzieć, że w praktyce nie działały zupełnie. Niestety, również konsulat nie mógł nic zrobić, ponieważ nie istniała konwencja w sprawach pomocy prawnej. Także w naszych urzędach centralnych bezradnie rozkładano ręce. Moje bezpośrednie interwencje w Ministerstwie Sprawiedliwości były w istniejącym stanie rzeczy bezskuteczne. Wszystko, co dawało się zrobić, to zasygnalizować ów problem, by spowodować jak najszybsze jego rozwiązanie.

(Fot. z archiwum KG RP)

W licznych przypadkach konsulat udzielał pomocy obywatelom polskim pozbawionym wolności za faktyczne, a często i rzekome przewinienia. Ocena czynu, jego szkodliwości, nawet prawdopodobne czy ewentualne jego popełnienie, były interpretowane dowolnie i w gruncie rzeczy zależały od dobrej bądź złej woli funkcjonariuszy. Stosowane kryteria karalności bardzo różniły się od polskich unormowań. Za przykład może posłużyć sprawa jednego z naszych rodaków, u którego na przejściu granicznym wykryto w bagażu pewną liczbę zegarków, co stanowiło przemyt na niezbyt w istocie dużą skalę. Rozprawa sądowa, jeśli dobrze pamiętam, odbywała się w Użhorodzie. Przybyłem na nią wraz z konsulem Andrzejem Krętowskim aby udzielić zatrzymanemu pomocy. Nie mogliśmy wyjść ze zdumienia na widok tego, co zobaczyliśmy na miejscu. Jeszcze zanim przybył samochód więzienny z oskarżonym, ulica obstawiona była żołnierzami z bronią maszynową. Skutego w kajdany oskarżonego eskortowali z karetki więziennej czterej uzbrojeni funkcjonariusze. Również korytarz sądowy zajmowali uzbrojeni strażnicy. Na ławie oskarżonych pilnowało zatrzymanego dwóch zbrojnych, mimo że ława była oddzielona od sali kratami. Za drzwiami czuwali inni. Oskarżonemu zdjęto na sali kajdany tylko ze względu na naszą interwencję. Prokurator oskarżał tak, jak gdyby delikwent dopuścił się największych zbrodni. Sprawie nadano charakter polityczny, jakby godziła wprost w interesy państwa. Wyrok zapadł w zgodzie z żądaniem prokuratora – pięć lat bezwzględnego więzienia. Przyszło go odbywać skazanemu w warunkach urągających wszelkim cywilizowanym standardom.

Chciałbym tu z całą mocą podkreślić olbrzymie zaangażowanie konsula Andrzeja Krętowskiego w pomoc osobom pozbawionym wolności. Te sprawy dotyczyły często sytuacji, które wydarzyły się w bardzo odległych od Lwowa miejscach. Konsul Krętowski skutecznie zabiegał o widzenie się z zatrzymanymi, utrzymywał kontakt z rodzinami, zaopatrywał w środki czystości i podejmował wszystkie inne potrzebne działania. Nasze wyjazdy w teren, nierzadko wielogodzinne poruszanie się po bezdrożach, były częste i nadzwyczaj męczące. Stanowiły też dużą niedogodność dla urzędu, bowiem przy tak szczupłej obsadzie personalnej wyłączały konsula z udziału w innych sprawach. Działań tych jednak nie można było zaniechać, gdyż kontakt zatrzymanych z rodziną był poza taką drogą praktycznie niemożliwy, zaś pomoc ze strony miejscowej adwokatury wysoce iluzoryczna.

Dość często docierały do konsulatu informacje o jawnym, skandalicznym wręcz bezprawiu służb granicznych, polegającym na rekwirowaniu naszym podróżnym znacznych kwot dolarów. Podróżni wyjeżdżający na Ukrainę, zgodnie z prawem, zgłaszali w deklaracjach celnych przewożone przez siebie walory, co upoważniało do swobodnego wywiezienia ich w momencie opuszczania kraju. Mimo to celnicy rekwirowali zgłoszone pieniądze, rzekomo celem wyjaśnienia. W rzeczywistości przepadały one bezpowrotnie, i to bez względu na interwencje konsulatu. Proceder ten dotyczył szczególnie pasażerów podróżujących zbiorowo, autobusami. W tej sytuacji, gdy nadarzała się sposobność, radziliśmy podróżnym, aby przed wyjazdem z Ukrainy deponowali dewizy na koncie konsulatu i pobierali je później w kraju. Niektórzy z nich postępowali zgodnie z naszymi sugestiami.

Wielu Polaków odwiedzających miejscowe bazary i stragany bywało poszkodowanych na skutek kradzieży, rabunków czy dotkliwych pobić. Konsulat udzielał im niezbędnej pomocy.

(Fot. z archiwum KG RP)

W dużej mierze wyznacznikiem polskości jest na Ukrainie wiara katolicka. Konsulat bardzo aktywnie włączył się w spontaniczne i częste przejmowanie kościołów. Były przywracane przez wiernych „z niebytu”, co oznacza – z ruin. Te, których doszczętnie nie zrujnowano, były porzuconymi magazynami czy obiektami innego, gospodarczego przeznaczenia. Niemalże wszystkie ocalałe kościoły znajdowały się w opłakanym stanie. Mniejszość polska, porozrzucana po rubieżach Ukrainy, z własnej woli i z entuzjazmem, gdy tylko nadarzała się okazja, przejmowała te sakralne niegdyś obiekty. Czyniono to z olbrzymim, często przekraczającym ich zasobność i siły zaangażowaniem. Inicjatywy takie podejmowano zarówno na odległej prowincji, jak i w miastach. Jednak odzyskiwanie świątyń często rodziło konflikty z grekokatolikami, których Kościół przeżywał renesans i wykazywał dużą aktywność. W konflikcie z Kościołem katolickim miał on u lokalnych władz zdecydowane wsparcie – z narodowych, po części zrozumiałych względów. Kościołowi katolickiemu dużą pomoc okazywali przybywający tu na pobyt czasowy – bo takie tylko otrzymywali wizy – księża z kraju. Kluczową rolę odgrywali księża miejscowi, których było jednak za mało (jeden z miejscowych kapłanów, ks. Marcjan Trofimiak, w czasie trwania mojej kadencji otrzymał sakrę biskupią). Była to liczba, w stosunku do potrzeb, absolutnie niewspółmierna. Konsulat udzielał katolikom pomocy zarówno politycznej, poprzez podejmowanie interwencji u miejscowych władz, jak i organizacyjnej, w kontaktach z duchowieństwem. Pomoc taka okazała się na przykład niezwykle potrzebna arcybiskupowi Marianowi Jaworskiemu, po ingresie Jego Ekscelencji na biskupa Lwowa i ustanowieniu biskupstwa, niestety „na uchodźctwie” – bo w Polsce.

Dla podniesienia prestiżu uroczystości organizowanych w związku z nowo otwieranymi kościołami niejednokrotnie uczestniczyli w nich nasi konsulowie. Znaczącą uroczystością, z udziałem hierarchów Kościoła i władz cywilnych, było wyświęcenie nowo pozyskanej świątyni w Kołomyi. Konsulat utrzymywał w tym celu stały kontakt z panią Janiną Zamojską ze Lwowa, z tamtejszego Klubu Inteligencji Katolickiej.

Konsulat aktywnie uczestniczył w odbudowie i rekonstrukcji Cmentarza Orląt. Teren cmentarza stanowił wysypisko śmieci, które grubą warstwą przykrywały nagrobne płyty, doszczętnie i celowo, z przyczyn politycznych, zniszczone. Z katakumb pozostało żałosne rumowisko. To, co nazwałem odbudową i rekonstrukcją, w praktyce oznaczało długotrwałe, mozolne usuwanie śmieci wywożonych setkami ciężarówek, aby mogła potem nastąpić rzeczywista odbudowa i rekonstrukcja. Na prowadzenie jakichkolwiek robót wymagana była zgoda lokalnych władz. Pomimo usilnych starań, konsulatowi nie udawało się uzyskać jednoznacznej, przychylnej decyzji. Nawet gdy taka zapadała, w niedługim czasie była uchylana. Jak dziś wiadomo, w następnych latach sprawa ta szła jak po grudzie.

W opisanych warunkach prace związane z odbudową cmentarza posuwały się trzema torami: konsulat zabiegał o przyzwalające decyzje, często działając niekonwencjonalnie, na przykład starając się u władz Przemyśla o równoległe działania dotyczące obiektów mających dla Ukraińców symboliczne znaczenie. Podobnie, w związku z dużym deficytem wody we Lwowie, doprowadziłem do wyjazdu przedstawicieli tego miasta do Łodzi, aby poznać sposób rozwiązania podobnego problemu – przez budowę „nitki” dostarczającej wodę z odległej Pilicy. Podobnych działań podejmowaliśmy więcej. Czasami te zabiegi przynosiły pomyślny skutek, często jednak krótkotrwały, szczególnie wobec oporu niektórych deputowanych w Radzie Lwowa.

Niewyobrażalnie olbrzymią pracę na rzecz odbudowy cmentarza, we współdziałaniu z konsulatem, wykonał Józef Bobrowski, dyrektor Energopolu, przedsiębiorstwa budującego we Lwowie mieszkania. Pracownicy tego przedsiębiorstwa, inspirowani przez Józefa Bobrowskiego, wykonywali prace z oddaniem i bez wynagrodzenia, a sprzęt firmy był przy każdej sposobności wykorzystywany do porządkowania nekropolii. Strona polska, tzn. konsulat, nie ponosiła także żadnych kosztów związanych z wykorzystywaniem sprzętu. Gdy otrzymywano zgodę władz, prace oficjalnie szły „na całego”, gdy zgody nie było, trwały ukradkiem, „po partyzancku” – do momentu, aż ukraińskie straże nie wstrzymały prac. Za zasługi w odbudowie Cmentarza Orląt dyrektor Józef Bobrowski został uhonorowany przez prezydenta RP jednym z najwyższych odznaczeń państwowych.

Wiele osób spośród lwowskich Polaków wykonywało systematycznie, społecznie, łopatami mrówczą pracę na rzecz cmentarza, czyniąc to podobnie jak Józef Bobrowski – nawet pomimo braku zezwolenia. Jeśli brama była zamknięta, zawsze znalazła się jakaś, znana tylko im, dziura w płocie.

Nadzwyczajną aktywność w tych pracach wykazywał Eugeniusz Cydzik z Towarzystwa Opieki nad Grobami Wojskowymi we Lwowie. Aby dać symboliczny dowód utożsamiania się z ideą przywrócenia świetności cmentarzowi, konsul Andrzej Krętowski, Stefan Skawina z MSZ w Warszawie, ja i kilka jeszcze osób chwyciliśmy za łopaty, wnosząc przez kilka godzin nasz niewielki wkład w dzieło odbudowy. Pracowało przy nim wielu ludzi. Upływ czasu sprawił, że nie jestem w stanie wymienić wszystkich tych osób.

Rekonstrukcja Cmentarza Łyczakowskiego wymagała dbałości i wielkiego nakładu pracy. Ze względu na jego ogrom oraz ograniczone fundusze rekonstrukcja ta mogła dotyczyć jedynie grobowców wybitnych Polaków, wyjątkowo znaczących dla naszych dziejów. Prace te wykonywało Przedsiębiorstwo Konserwacji Zabytków, przy aktywnej pomocy konsulatu. Podobnie jak w odniesieniu do Cmentarza Orląt, na wszelkie prace wymagana była zgoda lokalnych władz. Trzeba przyznać, że tutaj sprzeciw i piętrzenie utrudnień były zdecydowanie mniejsze.

(Fot. z archiwum KG RP)

Do bieżącej pracy konsulatu należało wspomaganie organizacji skupiających Polaków – takich jak: Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, chóru „Echo”, miejscowego Polskiego Teatru Ludowego czy Klubu Inteligencji Katolickiej. Muszę w związku ze wspomnianym Towarzystwem Kultury powiedzieć, że byłem poniekąd w konflikcie z jego przewodniczącym, profesorem Leszkiem Mazepą, bowiem uważałem, że statut Towarzystwa nie chroni należycie naszych państwowych interesów. W tym czasie Polska łożyła znaczne środki na wsparcie organizacji polonijnych. W przypadku ewentualnego rozwiązania Towarzystwa – czego w tej niestabilnej jeszcze sytuacji nie można było wykluczyć – strata byłaby niepowetowana. Dodatkowo cały majątek Towarzystwa przejąłby miejscowy dom kultury. Mogłem jednak wyrażać w tych sprawach jedynie mój niepokój czy opinie, ale podejmowanie jakichkolwiek dalej idących działań ze strony konsulatu byłoby niedopuszczalne, tym bardziej, że byliśmy jednak świadkami demokratyzowania się zwyczajów i obowiązujących w Towarzystwie zasad. W tych okolicznościach miał znaczenie fakt, że konsulat był w stałym kontakcie z doktorem Adamem Kokodyńskim, wiceprezesem TKPZL, będącym jednocześnie prezesem Towarzystwa Lekarzy Polskich.

Konsulat przywiązywał dużą wagę do rozwijającego się szkolnictwa. Świadczył na jego rzecz pomoc w różnej formie. Utrzymywał stały kontakt z dwoma szkołami, nr 10 i 24 we Lwowie, z polskim językiem wykładowym, w których dyrektorkami były Bogumiła Kunica i Marta Markunina. Obydwie panie szlachetnie rywalizowały między sobą, zabiegając o wysoki poziom nauczania. Nasza placówka okazywała też spore zainteresowanie szkołami w terenie, w większych skupiskach Polaków, badając tam możliwości wprowadzenia do programu naukę języka polskiego. Taka możliwość zarysowała się między innymi w Gródku Podolskim oraz Zaleszczykach, lecz nie została niestety zrealizowana przed dniem opuszczenia przeze mnie placówki.

Wysyłanie polskiej młodzieży na kolonie do kraju, podobnie jak nabór na studia na polskie uczelnie, odbywało się z dużą pomocą konsulatu. Placówka przykładała do tych przedsięwzięć dużą wagę, starając się, by z takiego dobrodziejstwa mogło skorzystać jak najwięcej młodzieży, nie tylko ze Lwowa, ale i innych miast – Tarnopola, Sambora, Mościsk, a nawet z głębokiej prowincji. Rocznie z kolonii i obozów w Polsce korzystało około trzysta osób.

Jeśli chodzi o masowe kierowanie kandydatów na studia w Polsce, miałem trochę inne niż osoby z MSZ zapatrywania i wizje. Dążyłem do stworzenia możliwości zawodowego ukierunkowania (poprzez naukę lub przyuczenie do rzemiosła) również dla młodzieży niekwalifikującej się czy niemającej ambicji studiowania. Opracowałem specjalny program, miałem jednak w tym względzie całkowicie związane ręce. Obowiązywał program i kierunek postępowania nadane przez Wspólnotę Polską i jej przewodniczącego, marszałka profesora Andrzeja Stelmachowskiego.

Konsulat utrzymywał stały kontakt z placówkami Energopolu, realizującymi kontraktowe budowy w Pasiekach Zubryckich koło Lwowa, Bohorodczanach koło Tarnopola oraz Nietyszynie w obwodzie chmielnickim. Urząd świadczył pomoc konsularną zatrudnionym tam pracownikom, zaś placówki te były bardzo pomocne w realizacji zadań konsularnych w środowisku mniejszości polskiej rozsianej na tym terenie.

Dzięki wydatnej pomocy doktor Dory Kacnelson, utrzymującej z konsulatem stały kontakt, życzliwej Polakom Żydówki, która odnajdywała na rubieżach Ukrainy żyjących w nędzy Polaków, udało mi się osobiście uzyskać od władz ukraińskich emerytury zapewniające rodakom minimum egzystencji. W kilku przypadkach, gdy takich możliwości nie było, zapewniłem niektórym, żyjącym w skrajnym niedostatku, doraźną bądź trwającą dłużej pomoc. Było to możliwe dzięki uzyskanym z MSZ funduszom na pomoc konsularną. Znalazłem w tym względzie nie tylko pełne zrozumienie, lecz i zwiększenie przeznaczonych na ten cel środków. Z satysfakcją mogę odnotować, że pani doktor Kacnelson została za swą społeczną działalność uhonorowana przez prezydenta RP jednym z najwyższych odznaczeń. Zostałem zaproszony przez nią na tę wzniosłą uroczystość już po opuszczeniu przeze mnie lwowskiej placówki.

Konsulat musiał sprostać wielu doraźnym sprawom i podejmować wiele działań, w tym także takich, jak pomoc w zorganizowaniu ponownego pochówku Aleksandra Fredry, z udziałem wielu polskich i ukraińskich przedstawicieli wysokiej rangi. Zorganizowałem po raz pierwszy rocznicową uroczystość ku czci zmarłego w 1861 roku polskiego „drugiego Paganiniego”, słynnego skrzypka, wirtuoza i kompozytora Karola Józefa Lipińskiego (pochowanego w Urłowie koło Tarnopola). W tym przedsięwzięciu bardzo dużą aktywnością wykazała się pani Jadwiga Pechaty, która odnalazła grób artysty. Konsulat nasz po raz pierwszy nadawał też uroczysty charakter obchodom świąt państwowych. Udzieliliśmy wsparcia w tworzeniu placówki handlowej Ministerstwa Współpracy z Zagranicą, jak i przy organizacji nadzwyczaj doniosłej uroczystości, związanej z utworzeniem diecezji lwowskiej i ingresem arcybiskupa Mariana Jaworskiego. Równie znacząca była pomoc konsulatu przy organizowaniu roboczej wizyty profesora Zbigniewa Religi, przy ułatwianiu kontaktów samorządowcom, ludziom nauki czy biznesu.

Były też rzeczy drobne, ale warte odnotowania. Na zaproszenie stacji telewizyjnej, brałem udział w emitowanym na całą Ukrainę programie „Z Wysokiego Zamku”, gdzie dwukrotnie informowałem o interesujących telewidzów kwestiach dotyczących ruchu granicznego i tematach gospodarczych. Pierwszy z nich emitowała TVP w Programie I, podczas głównego wydania „Wiadomości”. Również sama placówka stanowiła przedmiot zainteresowania lokalnej prasy ukraińskiej. Wskazane wyżej działania konsulat podejmował przy kilkakrotnym wzroście, w porównaniu z ubiegłymi latami, liczby wydawanych wiz. Warto może przy tej okazji nadmienić, że osiągane z tego tytułu przychody wzrosły niemal dziesięciokrotnie. Po raz pierwszy również odnotowano wpływy w amerykańskich dolarach. Codziennie wydawano wtedy kilkadziesiąt wiz, co – biorąc pod uwagę wyżej wymienione, rozliczne działania oraz warunki polityczne, lokalowe, osobowe, w których przyszło nam pracować – było dużym wysiłkiem.

Niestety, nie udało mi się w pełni doprowadzić – bo nie było ku temu warunków – do realizacji pożądanej w wielu kwestiach zasady wzajemności. Przed wyjazdem na placówkę miałem możliwość zapoznania się z sytuacją mniejszości ukraińskiej w Polsce. Sprawując funkcję konsula we Lwowie, przekonałem się, że zasada ta nie była wówczas w pełni przestrzegana. Dałem temu wyraz, składając relację na posiedzeniu połączonych komisji sejmowych, w którym uczestniczyli też lwowiacy – pan Zbigniew Bil z TKPZL i pani Janina Zamojska z Klubu Inteligencji Katolickiej.

Tym trudnym i rozlicznym zadaniom, realizowanym przez placówkę, można było sprostać tylko dzięki zaangażowaniu, ambicji, poczuciu obowiązku, wysokim kwalifikacjom i morale osób, z którymi miałem przyjemność pracować. Uważam za stosowne wymienić ich tu z imienia i nazwiska: Anna Fijał, Bożena Targońska, Beata Piasecka, Jadwiga Pechaty, Lidia Chrzanowska (Iłku), Krystyna Bobrowska, pan o lwowskim, baciarskim, życzliwym uśmiechu – Eugeniusz Kogut oraz Zinaida Kułyniak. Szczególnie cenne były: wyjątkowe zaangażowanie, profesjonalizm, poczucie obowiązku i lojalność konsula Andrzeja Krętowskiego. Byłem spoza resortu, siłą rzeczy opierałem się więc na jego doświadczeniu. Chciałbym również podkreślić zaangażowanie konsula Józefa Fijała, szczególnie w liczne przedsięwzięcia kulturalne, jego niezwykłe poczucie obowiązku oraz umiejętność zjednania i przekonania do siebie wielu rodaków.

Nadzwyczaj trudno jest ocenić mi siebie, moją pracę na placówce, na której znalazłem się z wyboru i dzięki życzliwości pana ministra, profesora Krzysztofa Skubiszewskiego. Tym większą satysfakcję sprawiła mi rozmowa telefoniczna, jaką mogłem odbyć z moim następcą, konsulem Henrykiem Litwinem, w której dziękował za stan przejętej po mnie placówki. Dziękuję, Panie Konsulu – nie każdego stać na taki gest. Sprawiło mi również satysfakcję dwukrotne uhonorowanie za całokształt pracy na rzecz Lwowa i Kresów Wschodnich Krzyżem „Semper Fidelis” – II Obrony Lwowa.

W pracy, którą starałem się wykonać jak najlepiej, towarzyszyła mi żona Zofia. Jeśli udało mi się cokolwiek, jest w tym także jej nieoceniona zasługa.

PS
Podejmując pracę w Konsulacie Generalnym RP w Chicago, spotkałem się z ogromną życzliwością licznego środowiska kombatantów i weteranów armii polskiej II wojny światowej na Zachodzie. Prawdopodobnie życzliwość ta wypływała z faktu, że uznali mnie za swoistego kuriera ze Lwowa, Stanisławowa, Tarnopola. Z Kresów Wschodnich – z ich młodości.

Janusz Łukaszewski
Tekst ukazał się w nr 3 (199) 14-27 lutego 2014

Janusz Łukaszewski urodził się 30 marca 1935 roku na Kresach Wschodnich. Absolwent Wydziału Prawa Uniwersytetu Łódzkiego. W latach 1965–1980 pracował w jednostkach państwowych, samorządowych oraz w bankowości jako rewident oraz radca prawny. W tym czasie pracował też jako dyrektor Domu Środowisk Twórczych w Łodzi oraz impresario pianisty Edwina Kowalika. Podróżował wówczas po USA i Kanadzie.

W 1979 roku służby specjalne uniemożliwiły mu wyjazd na stypendium doktoranckie z Katedry Prawa Finansowego UŁ, warunkując wydanie paszportu podjęciem współpracy.

W 1980 roku był doradcą (jeszcze przed rejestracją) NSZZ Solidarność Ziemi Łódzkiej, później pracownikiem etatowym – do wprowadzenia stanu wojennego. W stanie wojennym przebywał w USA, gdzie uzyskał azyl polityczny i prawo stałego pobytu.

Pracował jako dorożkarz w Nowym Jorku, a następnie jako adwokat w prestiżowej kancelarii Willy Salesky na Manhattanie. Jednocześnie, od 1981 do 1985 roku pracował dla organizacji politycznych i nielegalnych (w rozumieniu przepisów obowiązujących do roku 1989).

W 1987–1988 konsultant prawny Fundacji Rolniczej przy Prymasie Polski. Od stycznia 1990 do lutego 1994 pracownik Ministerstwa Spraw Zagranicznych – kierownik Agencji Konsularnej we Lwowie, następnie konsul w Konsulacie Generalnym w Chicago. Dwukrotnie odznaczony za działalność na rzecz Lwowa i środowisk kresowych Krzyżem II Obrony Lwowa „Semper Fidelis”. Jako jedyny konsul na kontynencie amerykańskim został wyróżniony przez Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej na Zachodzie Krzyżem „Miecze Hallerowskie”, za szczególne zasługi na rzecz tego środowiska. W 2012 odznaczony medalem „Pro Patria” za całokształt służby Ojczyźnie i wybitne zasługi na rzecz Związku Solidarności Kombatantów Polskich.

Przez cały okres pozostawał bezpartyjny. Wdowiec, córka Adriana. Ojciec – Leonard, żołnierz AK obwodu grodzieńskiego.

X