Wspomnienie o Waldku

Po moim przyjeździe do konsulatu we Lwowie w 2006 r. rozpocząłem pracę w Wydziale Współpracy z Polakami na Ukrainie, któremu szefował wówczas Waldek Kowalski. On przyjechał do Lwowa rok wcześniej, z dużym doświadczeniem wcześniejszej pracy w konsulacie w Irkucku.

Od początku imponował mi niesamowitym zmysłem organizatorskim.Po rzuceniu hasła, idei jakiejś imprezy, on od razu widział przed oczami jej schemat podzielony na poszczególne warstwy organizacyjne. Bardzo dobrze kierował zespołem, do którego oprócz mnie wchodziła także Barbara Pacan. Zresztą „zespół” był de facto znacznie szerszym pojęciem, nieformalnie wchodziły do niego inne osoby z konsulatu, jak np. Grażyna Basarabowicz, Irena Świdzińska, Jadwiga Pechaty, Halina Borysowska, nieco później Damian Ciarciński, a także Polacy ze Lwowa – Beata Kost, studenci z Klubu „Semper Polonia”, wolontariusze i wiele innych osób. Spotykaliśmy się w ciasnych pokoikach konsulatu przy Kociubińskiego, on opowiadał o swoich pomysłach, radził się z nami, a w końcu rozdzielał zadania.

Na zewnątrz wydawało się, że jest twardym człowiekiem, może nieco chropowatym. Jednak po bliższym poznaniu okazywało się, że to bardzo wrażliwa i dobra osoba o niepowtarzalnym poczuciu humoru, bezgranicznie oddana realizacji powierzonych zadań. Praca we Lwowie była jego pasją, któraudzieliła się także mi. Stawiając pierwsze kroki w pracy dyplomaty, bardzo wiele się od niego nauczyłem.

Połączyła nas przyjaźń, choć bardzo często gorąco dyskutowaliśmy, a nawet kłóciliśmy się o wiele spraw. Mimo to lubiliśmy się. Nieraz podkreślał, że wiekowo mógłbym być jego synem. Może w jakimś sensie czasami traktował mnie „po ojcowsku” wyjaśniając jakieś zawiłości, przekazując swoje doświadczenia organizacyjne. Był wulkanem pomysłów, z których, co ważne, większość realizował.

Był znawcą Bałkanów, władał językiem serbskim oraz chorwackim, a przez pewien czas pracował jako tłumacz przy polskiej misji pokojowej na Bałkanach. Kiedyś powiedział mi, że przyjaciele z tamtego regionu nazywali go „kapitanem Vlado”. Od tamtej pory czasami nazywałem go tak dla żartu…

W ostatnim okresie mocno dotknęły go smutne wiadomości o śmierci jego bliskich przyjaciół ze Lwowa: Ludwika Kobierskiego i Jana Franczuka, prosił o zamówienie wieńców w swoim imieniu na ich pogrzeby… Wiadomość o śmierci Waldka wstrząsnęła jego przyjaciół we Lwowie. Zostawił po sobie ogromny dorobek i niezatarty ślad w pamięci Lwowiaków, a także osób, które z nim pracowały w konsulacie.

Będzie Cię nam brakować, kapitanie Vlado. Spoczywaj w pokoju!

Marcin Zieniewicz

X