Wspomnienia. Z Łucka na Syberię. Część II

Wspomnienia. Z Łucka na Syberię. Część II

Niedługo po zakończeniu roku szkolnego, przed świtem 26 maja 1941 roku, pod nasz dom na Zamkowej podjechał samochód ciężarowy. Przy drzwiach i oknach stanęli żołnierze z karabinami.

Mama, siostra i ja spaliśmy mocno. Obudził nas łomot do drzwi. Do mieszkania weszli dwaj enkawudziści. Kazali nam ubierać się i zabierać ze sobą najpotrzebniejsze rzeczy. Powiedzieli, że wywożą nas do innej „obłasti” do pracy, nie wiadomo gdzie. Ja stałem oniemiały. Mama nie wiedziała, co brać. Wszystko leciało jej z rąk. Tylko starsza siostra pakowała ubrania do worków i walizek. Załadowano nas na ciężarówkę…

Mama mocno wierzyła, że kiedyś opuścimy miejsce zesłania. Ponieważ chodziłem do rosyjskiej szkoły i byłem tam jedynym Polakiem, dbała, bym nie stracił narodowej tożsamości. W domu rozmawialiśmy tylko po polsku, głośno czytaliśmy polskie książki, które udało nam się zabrać na zesłanie – wkrótce znałem je na pamięć. Rano i wieczorem odmawialiśmy modlitwę w języku polskim. Ze wzruszeniem wspominam naszą syberyjską Wigilię. Jakże mama starała się, by była to choć namiastka cudownego polskiego święta. U swego kierownika, z pochodzenia Żyda, wystarała się o trochę większy przydział jedzenia. Ponieważ w okolicach Okoniesznikowa nie było drzew iglastych, a w lasach dominowały olchy i brzozy, wyrąbała śliczną brzózkę, która zstępowała nam choinkę. Ubraliśmy ją w ozdoby zrobione wspólnie z mamą z papieru. Nie było żadnych prezentów, ale razem śpiewaliśmy kolędy.

Syberyjska codzienność nie była łatwa. Mama była niesamowicie dzielna. Wiem, jak było jej ciężko. Musiała meldować się w Okoniesznikowskim Rejonowym Wydziale NKWD, gdzie była przesłuchiwana. W marcu 1943 roku wezwano ją do przedstawienia dokumentów potwierdzających posiadanie przez nią obywatelstwa polskiego. Bardzo się wtedy denerwowała. Gdyby nie udowodniła polskości, automatycznie zostalibyśmy obywatelami ZSRR i może już nigdy nie moglibyśmy wrócić do rodzinnego Łucka. Jak wiele w tym momencie zależało od jej sprytu, opanowania i umiejętności przekonania osób prowadzących przesłuchanie. Walczyła przecież nie tylko o siebie, ale i o przyszłość swoich dzieci. Mimo tak ciężkich przeżyć mama robiła wszystko, bym – jeśli to w ogóle możliwe – jak najmniej odczuwał okrucieństwo naszego położenia.

Ważną sprawą na zesłaniu była kwestia jedzenia. Gdy przyjechaliśmy do Okoniesznikowa, mieliśmy jeszcze trochę zapasów, jednak szybko się skończyły. Kupowało się tylko na kartki, a przydziały były minimalne. W pierwszym okresie wojny można było jeszcze cokolwiek dostać w sklepie, natomiast później prawie niczego nie było. Jeden kilogram chleba na miesiąc. Z pracy siostra otrzymywała przydział ziemniaków, ale starczyło ich zaledwie do stycznia. Zbierało się lebiodę, z której mama robiła papkę. Były także buraki, które zastępowały wszystko. Gdy mama przyniosła przydziałową mąkę, kleiła na przykład pierożki nadziewane burakami. Po pobycie na Syberii przez długi czas nie mogłem nawet spojrzeć na te buraki, ale dobrze, że były chociaż one. Mama piekła też placki z lebiodą lub paskudnym czarnym ziarnem. W lecie był kołchozowy słonecznik, ale za jego kradzież wsadzano do więzienia. Za to w lesie zbierało się duże, soczyste poziomki, a jesienią grzyby. Ja swój jadłospis uzupełniałem jajkami, które podkradałem ptakom z gniazd. Piłem je na surowo. Najgorzej było w zimie i na wiosnę. Wtedy naprawdę nie było co jeść. Dlatego też jako święto zapamiętałem pewne paczki.

Po zawarciu porozumienia Sikorski – Stalin ruszyła pomoc dla Polaków. Siostra pojechała do Omska i przywiozła takie dary. Czegóż tam nie było! I czekolada, i chałwa, i suszone owoce, i mleko w proszku, i kaszanka. Po raz pierwszy od 1939 roku mogłem najeść się słodyczy. Moja łapczywość była tak wielka, że próbując otworzyć nożyczkami puszkę z mlekiem, przybiłem sobie rękę do blatu stołu. W 1944 roku, gdy magazyny po delegaturze przejął Związek Patriotów Polskich, siostra prócz żywności przywiozła i przebarwiony na ciemnozielony kolor mundurek amerykański dla mnie, do tego były jaskrawożółte sznurowane buty wojskowe. Gdy tuż przed wyjazdem do Polski wystąpiłem w tym stroju, wzbudziłem niemałą sensację, zwłaszcza butami.

Jak już wspomniałem – paczki były świętem w syberyjskiej rzeczywistości. Tymczasem żeby uzyskać dodatkowe jedzenie, mama zaczęła wróżyć z kart. Kładła kabałę. Przychodziły do niej wyłącznie kobiety. Ich mężowie byli na froncie, a po tym jak dwukrotnie udało się przewidzieć, że żony dostaną od nich wiadomość, sława mamy rozniosła się po okolicy. Spragnione wieści kobiety przynosiły raz kostkę mleka dla mnie, to znów chleb, placek czy jajka. Jedna z klientek, która wychowywała małą córeczką, bardzo wdzięczna mamie za dobrą wiadomość, zaproponowała, byśmy zamieszkali u niej. Warunki w naszej ziemiance były okropne. Trzeba było cały czas palić w piecu, by ogrzać choć trochę chłodne pomieszczenie. Mama musiała pożyczać konia z „Pticepromu” i z siostrą jeździły do lasu rąbać drzewo. Raz Lodzia wbiła sobie siekierę w nogę i co gorsza zniszczyła walonki. Nic dziwnego, że chętnie skorzystaliśmy z zaproszenia i w ten sposób zamieszkaliśmy w domku z drewnianych bali, który znajdował się niemal na końcu wsi, tuż przy lesie, na ulicy Kalinina 86. Był tu ogródek i świadcząca o zamożności „bania”, a nawet normalny stół. Nasza gospodyni starała się nam pomagać. Raz niespodziewanie wbiegła do domu krzycząc, aby mama natychmiast chwyciła nóż. Przerażona mama zupełnie nie wiedziała, co się dzieje. Okazało się, że w kołchozie koń złamał nogę. Krojono go żywcem. Kiedy mama dotarła na miejsce, zostały tylko skromne resztki, dzięki którym zupa z lebiody smakowała jednak znacznie lepiej.

Przypadkowo siostra poznała kolejną, życzliwą nam Polakom, Rosjankę. Pani prokuratorowa Sablina zdawała się rozumieć sytuację zesłańców, znajdujących się na obcej ziemi, wśród obcych ludzi. Była osobą bardzo miłą, wrażliwą na nieszczęście innych. W miarę swoich możliwości starała się nam pomagać. Chodziłem do niej z siostrą. Częstowała mnie różnymi frykasami. Były cukierki, chleb ze smalcem, suszone owoce. Szczególnie dobrze pamiętam córeczkę Sablinów – Żenię, która chodziła dwie klasy wyżej ode mnie. Traktowała mnie z matczyną opiekuńczością, a ja patrzyłem w nią jak w tęczę. Rodzina Sablinów mieszkała w Okoniesznikowie nieopodal szkoły, a po wojnie przeprowadziła się do Kijowa, gdzie prokurator otrzymał pracę. Moja siostra korespondowała z żoną prokuratora Sablina już po przyjeździe na Ziemie Odzyskane.

Łuck (Fot. z rodzinnego archiwum Tadeusza Marcinkowskiego)

Powrót do Łucka
Po wkroczeniu wojsk sowieckich do zajętego przez Niemców Łucka, w 1944 roku mama spróbowała wysłać z Okoniesznikowa list do rodziny. Jakaż to była radość, gdy otrzymała odpowiedź. Tak zaczęła się nasza korespondencja z najbliższymi. Mama odwiedziła też w Andriejewce doktora Wojnicza. Poinformował on, iż istnieje możliwość powrotu do Łucka, trzeba tylko zdobyć „wyzow”. W jego wypadku podjęto już starania o otrzymanie tego dokumentu. Czym prędzej mama napisała do cioci w Łucku i właśnie ona za złoty pierścionek oraz przedwojenną suknię balową wystarała się o taki „wyzow” od sowieckiej urzędniczki z Obłispałkomu. We wrześniu 1944 roku dostaliśmy ten dokument w liście. Zaraz rozpoczęliśmy przygotowania do wyjazdu. Przede wszystkim musieliśmy otrzymać zezwolenie z miejscowego NKWD oraz uzyskać zwolnienia z zakładów, w których pracowały mama i starsza siostra. W okresie wojny nie wolno było tak przenosić się z miejsca na miejsce. Na szczęście udało się wszystko pomyślnie załatwić. Trzeba też było pomyśleć o zabezpieczeniu jedzenia na tak długą podróż. Tu pomogli szefowie z zakładów pracy. Mama dostała sto jajek i przydział chleba, z którego zrobiła suchary, a Lodzia mąkę na placki. Poza tym siostra jeszcze raz pojechała do Omska i w ekspozyturze Związku Patriotów Polskich otrzymała kilka konserw oraz trochę smalcu. Tak zaopatrzeni czekaliśmy na możliwość wyjazdu. Do najbliższej stacji kolejowej w Kałaczyńsku zawiózł nas samochód, który z Okoniesznikowa odbierał transport kur i jaj dla fabryki. Okazało się, że tego dnia nie ma już pociągu. Przenocowaliśmy u znajomej szefa „Pticepromu”. Dopiero po dwóch dniach udało nam się załadować do przepełnionego pociągu, zmierzającego w kierunku Omska.

Gdy dotarliśmy do celu, siostra prosto z dworca udała się do ekspozytury Związku Patriotów Polskich, aby dowiedzieć się jak dalej odbyć podróż, prosić o radę i o pomoc pieniężną. Poinformowano ją, że w najbliższym czasie dla polskich zesłańców zostanie zorganizowany pociąg z Omska na Ukrainę. Związek Patriotów Polskich, chcąc ulżyć doli deportowanych Polaków, zawarł porozumienie z rządem Związku Radzieckiego. Dotyczyło ono zasiedlenia zniszczonych przez działania wojenne terenów Ukrainy. Zesłańców zbierano z całego omskiego obwodu. Formowanie transportu trwało długo, gdyż kołchozy i zakłady przemysłowe niechętnie pozbywały się tak cennej w okresie wojny siły roboczej. Z trudem uzyskiwano zwolnienia. Polacy gromadzili się w Omsku w przeznaczonym na ten cel internacie, gdzie skierowano również nas. Na miejscu przydzielono nam trzypiętrowe łóżko, ja spałem najwyżej. W ciągu tych dwóch tygodni powoli zjadaliśmy zapasy. Dobrze, że na obiad otrzymywaliśmy skromne posiłki. W oczekiwaniu na wyjazd zwiedzaliśmy Omsk. Stara część miasta miała ulice i chodniki wyłożone drewnem. Byliśmy w porcie nad Irtyszem. Siostra zabrała mnie nawet do kina na amerykański film „Pieśń o Rosji”, który opowiadał o zmaganiach Związku Radzieckiego z Niemcami. Tuż przed wyjazdem mama znów dostała trochę pieniędzy, więc poszliśmy na rynek, by kupić mrożoną dynię. Między 10 a 20 października zakończono gromadzenie przesiedleńców. Z nami był pewien kłopot, gdyż nie byliśmy ujęci w wykazie, ponieważ wracaliśmy do Łucka „na wyzow”. Załadowano już wszystkie wagony, a my jeszcze czekaliśmy na stacji. Nikt nie chciał nas przyjąć. Mama przerażona biegała od wagonu do wagonu i błagała, by ktoś zechciał ją wpuścić wraz z dziećmi. Wszystkie były przepełnione. Sytuacja była dramatyczna. Nie mieliśmy jedzenia, nie mieliśmy pieniędzy, by czekać na kolejny transport. Odgwizdano już odjazd pociągu, gdy zlitowano się nad samotną kobietą z dziećmi.

Wagony były bardzo zniszczone (prawdopodobnie lepsze przeznaczono dla wojska), w czasie podróży ściany odsuwały się od siebie, a wówczas prycze waliły się na ziemię. Całe szczęście, że nikomu nic poważnego się nie stało. Droga była i tak znośna, dopóki mieliśmy co jeść. Na mijanych stacjach próbowaliśmy kupić mrożoną dynię. Na większych dworcach, na przykład w Pietropawłowsku, można było w stołówkach dla przejeżdżających dostać nawet chleb. W trakcie wędrówki największe wrażenie zrobił na mnie Ural. Góry wyglądały przepięknie. Cały czas siedziałem przy drzwiach i podziwiałem groźny, majestatyczny widok. Podróż była uciążliwa i długa, gdyż często po dwa, trzy dni staliśmy na stacjach. Trzeba było przepuszczać transporty wojskowe z żołnierzami, ze sprzętem; setki wagonów z ludźmi, armatami, czołgami. Natomiast z powrotem szły pociągi z zakratowanymi oknami, konwojowane przez wojsko. Jeńcy niemieccy, włoscy, węgierscy byli w o wiele gorszej od nas sytuacji. Błagali o wodę czy kawałek chleba. Jeszcze przed przekroczeniem Uralu zarządzono nam dezynfekcję – odwszawianie. Wszystkich zaprowadzono do łaźni parowej. Należało zdać całą odzież, którą poddano dezynfekcji. Byłem bardzo nieszczęśliwy, gdy po kąpieli okazało się, iż moja śliczna czapka z baranka, którą mama z takim trudem zdobyła przed wyjazdem z Okoniesznikowa, skurczyła się po dezynfekcji i zrobiła niewiarygodnie mała. Płaszczyk, kupiony jeszcze u żydowskiego kupca, i amerykański mundurek przetrwały ten proces bez uszczerbku. Przeprawa przez Ural była dla mnie niezapomnianym przeżyciem. Jako mały chłopiec byłem z rodzicami w Karpatach, ale tak potężnych gór jeszcze nie widziałem. Pociąg przemierzał kręte doliny, a ja z zapartym tchem podziwiałem ogrom i groźne piękno skalistych szczytów. W Swierdłowsku znów staliśmy kilka dni, przepuszczając transporty z zaopatrzeniem dla frontu – większość zakładów Związku Radzieckiego została bowiem przeniesiona za Ural. W Swierdłowsku przeżyłem też groźną przygodę. Ponieważ czekaliśmy już dość długo, wybrałem się na ryneczek obok stacji, by kupić coś do jedzenia. Po powrocie zamarłem z przerażenia – mój pociąg z mamą i siostrą zniknął. Odjechali beze mnie! Zostałem zupełnie sam w obcym miejscu. Pobiegłem do kolejarzy. Uspokoili mnie i pomogli. Wsadzili mnie do następnego pociągu towarowego i w tym samym dniu dogoniłem mój transport. Mama była przerażona. Nakrzyczała na mnie, a później nie chciała mnie więcej puszczać samego na stacjach. Pamiętam, jak przekraczaliśmy Wołgę. Była w tym miejscu bardzo szeroka. Wkraczaliśmy na tereny, na których niedawno toczyły się walki. W okolicy Kurska wzdłuż torów stały rozbite czołgi i auta. Charków cały w ruinie, dalej Połtawa. W Kremieńczugu transport zatrzymano i rozformowano. Ponieważ nie byliśmy przypisani do transportu jako ci, którzy mają osiedlić się na sowieckiej Ukrainie, ale mieliśmy „wyzow” do Łucka, musieliśmy wyładować nasz skromny dobytek z wagonu. Wysadzono nas na stacji towarowej po lewej stronie rzeki, natomiast stacja dla pociągów pasażerskich znajdowała się na drugim brzegu, 5 km dalej. Mama postanowiła, że wraz z siostrą wezmą walizki, ja natomiast zostanę z resztą bagażu. Byłem sam. Naokoło gruzy. Żadnego domu. Siadłem między torami i czekałem na nie. Na szczęście nikt mnie nie zaczepiał, ale mama wróciła smutna. Okradli nas. Gdy mama i siostra szły na stację, nagle pojawili się dwaj mężczyźni. Najpierw zaproponowali pomoc w niesieniu bagaży, a po odmowie wyrwali mamie worek z ręki i uciekli w gruzy. Nie obłowili się specjalnie. Łupem złodziei stały się garnki, miski, sztućce oraz moje książki i zeszyty tudzież jedyne dwa zdjęcia, które miałem zrobione na Syberii. Natomiast dla mnie strata była niepowetowana. Zginęły moje skarby: zeszyty ze zdobywanymi z takim trudem obrazkami oraz ulubiona książka „Orli Szpon”. Zmartwiony szedłem z mamą na dworzec. W jego wnętrzu nie było już miejsca. Był mroźny, grudniowy wieczór. W parku koło dworca paliły się latarnie. Zapamiętałem pewne zdarzenie. Trzech milicjantów prowadziło wysokiej rangi oficera, obwieszonego orderami. Był pijany. Wykrzykiwał obraźliwe hasła typu: „Śmierć Stalinowi!” Milicjanci bili go po twarzy. Ludzie patrzyli na to z przerażeniem. Każdy odstępował, cofał się, nikt nie komentował, panowała głucha cisza. W nocy siostra stała w długiej kolejce, by kupić bilety do Kijowa. Nad ranem wsiedliśmy do pociągu, który ruszył w nieco dziwnym dla naszej wędrówki kierunku, bo na północny wschód. Zatrzymaliśmy się na małej stacji. Dworzec był spalony. Na peronie stał tylko baraczek z kasami. Dalej nasz pociąg nie jechał. Choć mieliśmy dobre bilety, daremnie próbowaliśmy wsiąść do innego, zmierzającego w stronę Kijowa pociągu. Wszystkie odjeżdżały tak przepełnione, że nie było mowy o zabieraniu nowych pasażerów. Trzy dni i trzy noce siedzieliśmy na mrozie, ogrzewając się wrzątkiem, który można było dostać w baraku przy kasie. Trzeciego dnia wieczorem znaleźliśmy miejsce w wagonie, szczęśliwi, że każdy kilometr zbliża nas do domu. Zmęczeni i zmarznięci ulokowaliśmy się na środkowej półce i wkrótce usnęliśmy. Jednak spaliśmy czujnie, gdyż w trakcie podróży nasłuchaliśmy się zatrważających opowieści o wyrzucaniu pasażerów z wagonów, o mordach i o rabunkach w tych okolicach. Pociąg powoli toczył się po szynach, zatrzymywał się, przepuszczał inne, wolno przemierzał most na Dnieprze. W nocy ogniska odbijały się w wodzie. Znów zasnęliśmy. Rano okazało się, że nas okradli. Złodzieje zajęli miejsce pod nami. Przez szczeble w pryczy rozcięli walizkę i wyciągnęli jej zawartość. W pewnym momencie na ziemię wypadła figurka Matki Boskiej. Siostra obudziła się. Słyszała, jak ją okradają, ale przerażona opowieściami o zabójstwach, bała się poruszyć. Prócz płaszcza kupionego jeszcze w Łucku, który jak mój przetrwał cały pobyt na Syberii, straciła wszystkie rzeczy, z ulubioną suknią balową włącznie. Już po raz drugi nas okradziono. W miarę podróży nasz bagaż malał w zastraszającym tempie.

W Kijowie zatrzymaliśmy się na czyściutkim, odnowionym dworcu głównym. Ja pilnowałem bagażu, a mama z siostrą poszły w stronę kas biletowych. Wróciły szybko, gdyż dowiedziały się o działającej tu ekspozyturze Związku Patriotów Polskich. Była to pomyślna wiadomość. Nie mieliśmy już pieniędzy. Nie było nie tylko za co wrócić do Łucka, ale nawet kupić jedzenia. Poszedłem z siostrą do tego biura. Dostaliśmy 200 rubli. Mnie obdarowano też cukierkami. Kupiliśmy bilety. Już szarzało, kiedy 22 grudnia wyjeżdżaliśmy z Kijowa. Pociąg jechał szybko, bez nieplanowanych postojów. Przyjechaliśmy do Kiwerc późnym wieczorem. Tam poczekaliśmy pół godziny na pociąg do Łucka. O godzinie jedenastej w nocy po latach zesłania powróciliśmy do ukochanego miasta. Łuck był pogrążony w ciemności. Piechotą szliśmy do domu wśród rozbitych ulic. Gdy poznaliśmy znajome strony, radość była ogromna. Przeszliśmy przez most Bazyliański i zeszliśmy do domu przy zamku Lubarta. Nasi krewni jeszcze nie spali. Płacz, całowanie, uściski. Szczęśliwie wróciliśmy między swoich.

Na majówce z rodziną i ze znajomymi. Jan Marcinkowski (pierwszy od lewej (Fot. z rodzinnego archiwum Tadeusza Marcinkowskiego)

Zaraz zaczęliśmy też pytać o ojca. Mieliśmy nadzieję, że do bliskich dotarła może jakaś informacja na jego temat. Wydawało się niemal nieprawdopodobne, że nikt go już nie widział od chwili aresztowania. A jednak cisza…

W poszukiwaniu śladów ojca
Minęło wiele lat od momentu, gdy na skutek repatriacji w sierpniu 1945 roku opuściłem mój ukochany Łuck. Wraz z mamą i siostrą zamieszkaliśmy na tak zwanych Ziemiach Odzyskanych w Zielonej Górze. Cały czas czekaliśmy na jakąś wiadomość o ojcu. Na próżno. Po okresie przemian w 1989 roku zacząłem kontynuować podjęte przez mamę po wojnie poszukiwania. W III Rzeczypospolitej nareszcie można było mówić i pisać o sprawach objętych wcześniej klauzulą milczenia. Rozpocząłem zatem żmudną drogę do wyjaśniania prawdy o zaginięciu ojca.

W 1991 roku w 32 numerze pisma „Sybiracy. Tygodnik skrzywdzonych przez totalitaryzm” w rubryce „Poszukiwani” redakcja zamieściła moją krótką notatkę o ojcu. Podobną informację wysłałem też do „Słowa Powszechnego” do rubryki „Zginęli na Wschodzie”. Miałem nadzieję, że może odezwie się ktoś, kto widział ojca po aresztowaniu, że pojawi się jakaś informacja, która naprowadzi mnie na jego ślad. Niestety zamieszczane w prasie apele nie dały żadnych rezultatów. Zwracałem się też z prośbą o pomoc do różnych instytucji w kraju oraz w Związku Radzieckim, a później w Federacji Rosyjskiej. Wysyłałem listy w sprawie ojca na Ukrainę. Zewsząd nadchodziły odpowiedzi odmowne.

Tak było do 1994 roku. Po przekazaniu przez władze Ukrainy prokuratorowi Stefanowi Śnieżko tzw. wykazów Cwietuchina, okazało się, że mój ojciec Jan Marcinkowski figuruje na „liście śmierci”, czyli liście do rozstrzelania nr 43/3 poz. 4. Prawdopodobnie został rozstrzelany w Kijowie i pochowany w zbiorowej mogile w Bykowni.

Wiedziałem, iż mój ojciec nie żyje, chciałem jednak dokładniej poznać jego losy po aresztowaniu. Za radą pani Olgi Sałacińskiej z Zielonej Góry napisałem do pani Inny Fieduszczak, przewodniczącej Lwowskiego Obwodowego Towarzystwa „Poszuk”. Jej adres otrzymałem w Ośrodku „Karta” w Warszawie. W maju 1998 roku przyszła odpowiedź. Pani Inna wyjaśniała, iż składający się z trzech części spis numer 43 zawierał nazwiska osób przetrzymywanych w łuckim więzieniu. Więźniów w dniu 30 kwietnia załadowano do wagonów i przewieziono do stacji w Zdołbunowie. Tu ślad się urywa. Co było dalej, dokładnie nie wiadomo. Jedno jest pewne – nie wywieziono ich z Ukrainy, ponieważ tak napisano w postanowieniu i oficerów z pierwszej części tego postanowienia, którzy byli internowani w Starobielsku, wywieziono na rozstrzelanie kilkadziesiąt kilometrów do najbliższego lasu pod Charkowem. Z listu dowiedziałem się, że ten transport więźniów zmierzał w głąb Ukrainy, ale nie przekroczył jej granic. W 1999 roku otrzymałem jeszcze informację z Moskwy od Komisji Polskiej Stowarzyszenia „Memoriał”, która pisała „Wiadomo, że osoby figurujące w „wykazie Cwietuchina”, według wszelkich oznak zostały rozstrzelane wiosną 1940 roku, w tym również Pański Ojciec”. Z poświęconych „ukraińskiej liście katyńskiej” publikacji wiedziałem, iż więźniowie zostali zamordowani prawdopodobnie w Kijowie i pochowani w Bykowni.

Tadeusz Marcinkowski - autor wspomnień (Fot. z archiwum T. Marcinkowskiego)

Przez całe dorosłe życie szukałem śladów ojca i dopiero teraz, gdy jestem już starszym, schorowanym człowiekiem, znam miejsce, gdzie został pochowany. Dopiero po 72 latach mogłem godnie pożegnać się z moim ojcem Janem Marcinkowskim, oddać mu cześć i zapalić znicz na jego grobie. 21 września 2012 roku wraz z córką Małgorzatą Ziemską wziąłem udział w uroczystości otwarcia i poświęcenia czwartego cmentarza katyńskiego – Polskiego Cmentarza Wojennego w Kijowie-Bykowni.

Podróż do Kijowa była dla mnie wielkim przeżyciem. Wraz z Małgosią szczęśliwie dotarliśmy do Warszawy, gdzie spotkałem się z moim serdecznym przyjacielem Januszem Wasylkowskim, założycielem Instytutu Lwowskiego i redaktorem naczelnym „Rocznika Lwowskiego”. Córka podziwiała jego przebogatą, poświęconą Kresom Wschodnim, kolekcję książek i obrazów. Przy dyskusji miło upłynął nam czas do odjazdu pociągu. Na dworcu Warszawa Wschodnia, skąd wyruszał specjalny pociąg do Kijowa, uczestników podróży powitał Sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Kunert w asyście innych pracowników Rady oraz wojska. Przekazano nam plakietki z napisem „Gość Honorowy” oraz harmonogram uroczystości. W trakcie wsiadania do wagonów oraz długiej, dwudziestoośmiogodzinnej podróży byliśmy otoczeni troskliwą opieką wojska i obsługi pociągu. Wieczorem, w przeddzień uroczystości, odwiedził nas biskup polowy Wojska Polskiego Józef Guzdek oraz sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Kunert. Opowiedziałem tak ważnym gościom o moim ojcu, pokazałem zabrane w podróż zdjęcia i dokumenty. Biskup obdarował mnie książką, która jest dla mnie obecnie cenną pamiątką. Nad ranem 21 września specjalny pociąg dotarł do Kijowa. Na dworcu czekały już autokary, które przewiozły uczestników uroczystości do Bykowni.

Tablice epitafijne na Polskim Cmentarzu Wojennym w Kijowie-Bykowni ciągną się długą wstęgą wokół Ściany Pamięci z nazwiskami 3 435 osób, wymienionych na „ukraińskiej liście katyńskiej”. Po wzruszającej uroczystości z udziałem prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Bronisława Komorowskiego i prezydenta Ukrainy Wiktora Janukowycza wśród ułożonych alfabetycznie tablic epitafijnych odnalazłem nazwisko ojca. Skromny napis: „Jan Marcinkowski ur. 6.05.1899 Natolin, sekretarz Sądu Okręgowego w Łucku”. Na moment wróciła scena naszego ostatniego pożegnania. Pamiętam dobrze, z jaką czułością ojciec pochylał się nad moim łóżeczkiem. Pamiętam ciepło jego oddechu, gdy po raz ostatni całował mnie w czoło. Ojciec miał wtedy 40 lat. Był postawnym, wysokim, silnym mężczyzną. Tak bardzo byłem z niego dumny. Tak mocno go kochałem. Kiedy w trakcie uroczystości otwarcia Polskiego Cmentarza Wojennego w Kijowie-Bykowni słuchałem wzruszającej homilii Biskupa Józefa Guzdka, przemówienia Andrzeja Kunerta i słów Izabeli Sariusz-Skąpskiej, prezes Federacji Rodzin Katyńskich, łzy same napływały do oczu. Zdawało się, że wśród sosen ze strugami czerwonego jak krew bluszczu widzę smukłą postać ojca. Widzę go takim jak wtedy – w drzwiach naszego domu na ulicy Zamkowej w Łucku. Czy to nie smutne, że trzeba było niemal całego ludzkiego życia, by prawda o straszliwej zbrodni ujrzała światło dzienne?!

Wiosną 1940 roku zamordowano bliskiego mi człowieka, ale ja nigdy nie zapomniałem lekcji, których mi udzielał – tych jego lekcji miłości do Ojczyzny, także mojej małej kresowej ojczyzny – Wołynia.

Tadeusz Marcinkowski
Tekst ukazał się w nr 1 (197) za 17-30 stycznia 2014

X