Wielkanoc 27 marca w XX wieku

Wielkanoc 27 marca w XX wieku Fot. Ilustrowany Kuryer codzienny

Święta Wielkanocne na dzień 27 marca przypadają trzy razy na stulecie (wyjątkiem jest wiek XXI – bo tylko dwa razy).

W XX wieku w ten dzień święta obchodzono w latach 1910, 1921 i 1932 – co 11 lat. Proponuję Czytelnikom zapoznać się z tym, co pisano w prasie codziennej o świętach Wielkiej Nocy w poszczególnych latach.

Jako pierwszą przejrzyjmy Gazetę Lwowską z 1910. W „Części nieurzędowej”, która mieści się zaraz po „Urzędowej”, gdzie mieściły się wiadomości rządowe z Wiednia i Lwowa, mamy artykuł redakcyjny o świętach. Niestety bez tytułu (wszystkie artykuły umieszczano wtedy w zatytułowanych rubrykach bez własnych tytułów). Był to okres względnie spokojnego rozwoju Galicji w ramach monarchii Austro-Węgierskiej. Oto jego fragmenty:

Z grobu ocienionego palmami powstał, śmierć pokonawszy i ruszył w pochód zwycięzki, by cały świat ujarzmić słodkimi więzami miłości. W chwili, gdy kamień zamykający cieśń mogilną runął, otworzyły się nowe drogi, ukazały się nowe przestworza – już granicami żadnemi nie obwiedzione, bo wiekuistość nie zna granicy. Śmierć ofiarna Chrystusa oraz Jego zmartwychwstanie – to dwa podstawowe węzły całego życia, które odtąd rozpoczęło się dla ludzkości.

W imię tego dokonywa się odtąd cały rozwój. Pesymizm wprawdzie wytacza rozmaite argumenty dla wykazania, że ono pozostało w dziedzinie pragnień, że ani my nie dożyliśmy ziszczenia Chrystusowych przepowiedni, ani tym, co po nas przyjdą, nie błysną one w kształtach dotykalnej rzeczywistości.

Rozpoczął się pod Chrystusowym przewodem pochód, którego nawet przeczuć nie mogli starożytni; rozpadły się zmurszałe kształty dawnego ustroju; w proch skruszył dawne potęgi duch dziejów; hasła, dla których setkami i tysiącami padały ofiary z życia ludzkiego, podeptane znikły z widowni, a pozostała tylko jedna potęga, pozostało jedno hasło, jako przewodnie: przykazanie miłości.

Wracająca dziś z biegiem czasu uroczystość ku uczczeniu pamięci Chrystusa Zmartwychwstałego, powinna wszystkim zabłąkanym na manowcach myśli nowoczesnej, przywieść żywo przed oczy owe, bodaj czy nie największe misteryum chrześcijańskie: tajemnicę życia wiekuistego. Jest ono jakby wielkiem kołem rozpędowem w machinie dziejów od czasu pojawienia się, umęczenia i zmartwychwstania Zbawiciela.

Gazeta przedstawia również dawne – obecnie już zapomniane – niektóre zwyczaje wielkanocne.

Dawne zwyczaje wielkanocne. Uroczystość Zmartwychwstania Pańskiego, jako przypadająca w porze wyzwolenia się ziemi z oków lodowych, zespoliła w sobie szereg obrzędów kościelnych i obchodów prastarych, sięgających w bardzo odległą, wspólną dla wszystkich ludów przeszłość. Wszystkie symbole i żywioły znajdują oddźwięk w te dni zwycięstwa słońca nad ciemnością, życia nad śmiercią.

Po poświęceniu ognia i wody w Wielką Sobotę następuje z kolei poświęcenie ścian domostwa i strawy. Obrządku tego dopełniano u nas niechybnie od niepamiętnych czasów, jawne zaś dowody jego istnienia posiadamy z zarania XVI stulecia. W „Agendzie” krakowskiej wytłoczonej w 1514 roku, umieszczono już formułę poświęcenia uczty wielkanocnej, a w pochodzącym z tegoż czasu wspaniałym rękopisie pergaminowym „Pontyfikale” biskupa płockiego Erazma Ciołka, znajduje się miniatura, wyobrażająca właśnie jak kapłan kropi wodą święconą zastawioną na stole misę z prosięciem i kołacze.

Bo też pierwotne „święcone” składało się ze zwykłego posiłku naszych przodków, przygotowanego zawczasu i przechowanego w komorze, albowiem podczas Wielkiego Tygodnia nie godziło się warzyć potraw mięsnych. Te pospolite dania: wieprzowina wędzona, kiełbasy, ser i jaja stały się nieodzowne na ucztach późniejszych, kiedy już zagęściły się zbytki. Później dopiero nastały wspaniałe zastawy stołowe i wymyślne dania, o których opowiadają dziwy nasi powieściopisarze.

Co do wieśniaków, to oni zawsze obchodzili Wielki Tydzień z wielką pobożnością, a mieli swoje właściwe uroczystości. Gdy w Wielki Czwartek gospodarz i gospodyni powrócili z kościoła, obmywali nogi swojej czeladzi, poczem gosposia krzątała się raźno, aby dla swej czeladzi ugotować postną, ale smaczną i sutą wieczerzę.

W niektórych okolicach naszego kraju młode dziewczęta we wsi wiły w drugie święto Wielkiejnocy tak zwany „gaik”. Gaik ów, na podobieństwo rzeczywistego gaju, składał się z gałązek drzew i krzewów, okrytych drobniutkimi listkami lub srebrzystemi baziami, które już porozwijała młoda wiosna. Potem z tym swoim pstrym a wonnym gajem szły od dworu do dworu, od chaty od chaty, stawały gromadą u wrót, śpiewały o słonku, które „stopiwszy śniegi i lody, popędziło wody do morza”. Z wodą poszły wszystkie troski i biedy! Radowały się oczy młodą wiosenną zielenią gaju, uśmiechały się wszystkim obietnice bogatych plonów i lepszej doli. Bawiono się też raźnie i wesoło.

W innych okolicach nie dziewczęta lecz parobcy i chłopaki szli z pieśnią od chaty do chaty. Nie mieli oni jednak gaju. lecz kogutka wielkiego, zrobionego sztucznie, przybranego w pióra kogucie. Tego olbrzymiego kogutka toczyli przed sobą na kółkach, a gdy zatrzymali się gdzie przed dworem, plebanią, leśniczówką lub chatą, kogutek piał różnymi głosami na przemianę złej doli w pomyślną. Drużyna kogutka była mile witana i obdarowywana porówni z dziewczętami chodzącemi „z gajem”, a uzbierane tym sposobem składkowe święcone, spożywano wesoło wieczorem przy wspólnej zabawie.

W uczcie wielkanocnej, czy to u ludu, czy li szlachty, prym trzymały pisanki, zwane także kraszankami. Odwieczny to bowiem, już w kosmogonii indyjskiej i mitach egipskich spotykany symbol siły tworzącej i niszczącej, dnia i nocy, żywota i śmierci, tego przebytego życia, które zagasło i tego nowego, które zaczęło się ze śmiercią.

Także zwyczaj śmigusu lub dyngusu albo „śmigórztu” jak pisze ks. Stanisław Grochowski w XVI stuleciu miał niegdyś głębsze znaczenie. W średnich wiekach świeżo nawróceni chrześcijanie obchodzili na Wielkanoc rocznicę chrztu (Pascha annotinum), gromadząc się po kościołach dla utwierdzenia w wierze. A gdybyśmy jeszcze dalej sięgnąć chcieli, to ujrzymy, że w kwietniu, na zakończenie starego roku, ludność schodziła się nad rzeki, dla oblania się wzajem wodą i omycia się z grzechów.

(Podpisane) R. Ch.

W 1921 roku Gazeta Wieczorna już inaczej podchodziła do tematu. Był to zresztą trzeci rok Niepodległości Polski i kraj dopiero zaczynał odradzać się, wiec pisano tak:

Trzeci raz już wita święto wiosny odrodzona Rzeczypospolita. Po raz trzeci zakwita pierwiosnek, fiołek i łamie się ze śniegiem krokus. I z każdym rokiem zabliźniają się rany, osycha krew i łzy, a wschodzą na niebie naszym gwiazdy szczęśliwsze, zwiastunki przyszłej potęgi, promienisty znak chwały.

U progu wiosny spotykają nas w tym roku zdarzenia równie szczęśliwe, jak doniosłe, któreby oby stały się pomyślną wróżbą spełnienia się innych naszych postulatów narodowych. Iżbyśmy stali się dla Europy wzorem mocnego państwa i szczęśliwego społeczeństwa.
Ograniczenie w handlu wynikające wówczas z trudnej sytuacji gospodarczej dotknęły i okres przygotowań do Wielkanocy:

Ruch przedświąteczny w Wielkim Tygodniu nie przybrał spodziewanych rozmiarów. Czy przyczyniły się do tego horrendalne ceny wszelkich specyałów spożywczych, a zwłaszcza trunków czy też rozporządzenie o ograniczeniu konsumpcji – nie wiadomo. Przypuszczać należy raczej druga przyczynę. Kupcy obawiając się, że nie będą mogli sprzedać towarów przed dniem wyznaczonym (dziś upływa termin handlu wędlin), nie magazynowali ich w wielu działach niemal wcale. Rezultatem tego jest, że we Lwowie od kilku dni nie można dostać wielu rzeczy, w których miasto tonie w zwykłym okresie. Szczególnie szynki wędzone stały się rzadkością niezwykle poszukiwaną.

A już zupełnie inaczej wygląda Ilustrowany Kuryer Codzienny z 1932 roku. Państwo już stanęło na nogi, Polska rozwija się pomyślnie. Gazeta już jest bogata w stosowne świąteczne ilustracje, a i ton głównego artykułu jest inny:

Przywalili grób Jego kamieniem, a na straży postawili żołdaków. Lecz powiedziane było od wieków, że trzeciego dnia zmartwychwstanie… Niech zagrzmią radośnie dzwony z wieżyc świątyń naszych. Znikła czerń żałoby z ołtarzy, a przez kraj idzie wieść:

CHRYSTUS ZMARTWYCHWSTAŁ!

Wielkanoc jest świętem rodzinnem – a wszak wszyscy jedną wielką rodziną jesteśmy. Niech w tym dniu uroczystym, gdy serca nasze wzniosą się ku niebu – przyjdzie wzajemne zbliżenie. Wszak nic nas dzielić nie powinno, a wszystko łączyć! Wierzymy głęboko, że Polska po latach niewoli do życia powołana – dobrze spełnia swą rolę strażnika pokoju. Triumf pokoju na ziemi jest jej triumfem.

Na dalszych stronach gazeta nawiązuje jednak do konieczności budowy nowej mentalności narodu odrodzonego państwa:

Zmartwychwstania cud – dźwigania się trud. Wcześnie, niezwykle wcześnie obchodzimy tego roku święto Zmartwychwstania Pańskiego. „Jeszcze północ mrozem dmucha” w te marcowe dni, jeszcze śniegi pokrywają nasze pola, zasiewy przyszłych zbiorów przykryte są jeszcze białym płaszczem zimowym. W chwili, kiedy słowa te się drukują, zima zda się jeszcze wszechwładnie panować, a choćby w dzień świąteczny słońce przedarło siwe chmury, nie będzie to jeszcze wiosna — Na nią czekać nam trzeba jeszcze, może nawet dość długo.

To jakby symbol tegorocznych świąt wielkanocnych, symbol nastrojów społeczeństw, obchodzących je, nastrojów, które nie dadzą się żadnemi pięknemi słowami usunąć w zupełności, chyba tylko wyjaśnić i wytłumaczyć, że są jedynie przemijające. Cały świat, jak daleki i szeroki, czeka z utęsknieniem wiosny, pogody i szczęścia, smagany niejednokrotnie zimowemi śnieżycami, przygnębiony ołowianemi chmurami.

Nie bądźmy niesprawiedliwi wobec pokolenia, do innych czasów przyzwyczajonego, gdy nazywa je „lepszemi“, nie oskarżajmy go nadewszystko o brak patrjotyzmu i radości, którą serce każdego Polaka powinno przepełnić zmartwychwstanie Polski. Nawet, gdy usta ich najgwałtowniej skarżą się na teraźniejszość, wierzajcie, serca ich ani rozumy nie pragną powrotu do przeszłości. Tylko oni w zbyt łatwych czasach swego duchowego kształcenia się przeżyli, by mogli dać sobie radę z trudnościami teraźniejszości – tylko oni zbyt przywykli do dawnego spokoju bez wysiłku, by dzisiaj mogli zdobyć się sami na takie wysiłki, a choćby innym dać się do tych wysiłków porwać. Wszak to tak ludzkie, tak bardzo ludzkie…

Bo minie kiedyś ono ostatecznie i niepodzielnie na widowni polskiej teraźniejszości działać będzie Polak wolny od naleciałości tej mentalności. Nie dokona się to bez zmagania się przeciwnych nastrojów, bez trudu i wysiłku. Chrystus, jako Bóg, cudem w jednej chwili, wszechwładzą Swą zmartwychwstał. Narody dźwigają się też trudem własnym, mozołem powolnym i ciężkim.

Jeżeli nasi ojcowie wierzyli w cud zmartwychwstania Polski, chociaż cała okrutna rzeczywistość wierze tej przeczyła, czy my, którym dokonał się już ten błogosławiony cud zmartwychwstania, możemy nie wierzyć w owocność trudów już zmartwychwstałego życia…
Oryginalna pisownia została zachowana.

Opracował Krzysztof Szymański
Tekst ukazał się w nr 5 (249) 18-30 marca 2016

X