Ubi Leones

Ubi Leones

W dawnych, dobrych podobno czasach starożytnego Rzymu, Europejczycy znali świat w nieznacznym tylko procencie.

Rzymianie nie mieli smykałki odkrywców. To byli zasiedziali, pyszałkowaci sybaryci, których zupełnie nie interesowało, co znajduje się poza zasięgiem ich wzroku chyba, że był to jakiś bogaty kraj, który można było podbić, złupić i obeżreć.

Mapy rzymskie szybko się więc „kończyły”, czasami zaskakująco, na przykład w połowie długości jakiejś rzeki, do źródeł której żaden Rzymianin już nie doszedł. Może nie mógł, a może zwyczajnie bał się iść w nieznane. W jaki sposób zdobywano kolonię?

Rzymskie mapy kończyły się tak zwanymi „białymi plamami” czyli niezapisanym, pustym materiałem, z którego wykonana była mapa. Na „białych plamach” umieszczano czasami ostrzegawcze napisy – UBI LEONES! Było to ostrzeżenie. Oznaczało – (tam) gdzie (mieszkają) lwy (!), czyli miejsca niebezpieczne, nieprzyjazne ludziom, po prostu, koniec świata.

Nawet za czasów panowania rzymskich niedołęgów istnieli wielcy podróżnicy i wielcy odkrywcy, jak choćby Fenicjanie, świetni marynarze, którzy jednak zazdrośnie strzegli swoich odkryć przed władzą oficjalną. Drogi morskie okazywały się łatwiejsze, niż żmudne przedzieranie się po bezdrożach nieznanych lądów, stąd pierwsze naprawdę znaczące odkrycia zdarzały się w czasie wypraw morskich. No i jeszcze coś. Świat zaczęto poznawać dopiero po upadku Rzymu, który niby to panował nad światem, ale tak naprawdę prezentował dość prostacką mentalność wioskowego zadupia.

Świat poznawało się więc od strony morza i początkowo znane były jedynie wybrzeża. Dopiero później, czasami bardzo późno, następowała penetracja odkrytego terenu. Takie wyprawy były zawsze bardzo trudne i nader często kończyły się śmiercią odważnych podróżników. Czyhały na nich nieznane, śmiertelne choroby, zabijał ich brak wody i pożywienia, ginęli od zatrutych strzał tak zwanych „dzikich”, czyli ludności miejscowej nie mającej chęci na wzajemne poznanie. Czy odkrywców, jak to było napisane na rzymskich mapach, atakowały lwy? Ależ oczywiście! Były takie miejsca, gdzie lwy atakowały i to w skali dla nas zupełnie niewyobrażalnej! Właśnie takim atakom lwów poświecona będzie nasza dzisiejsza opowieść.

Były to końcowe lata XIX wieku, wieku pary i elektryczności. Przez świat przeszła właśnie rewolucja przemysłowa. Przestarzałe manufaktury zastąpione zostały przez zmechanizowane fabryki. Maszyny parowe napędzały statki i pociągi. Wielu ludziom wydawało się, że cywilizacja europejska znalazła się już u szczytu swojego rozwoju. Mimo tych osiągnięć, świat nadal pozostawał nie do końca poznany i „białe plamy”, aczkolwiek mocno już skurczone, nadal świeciły na mapach wszystkich prawie kontynentów. Były one wyzwaniem dla wszelakiego rodzaju ludzi odważnych, spragnionych przygody, lub po prostu, szukających okazji do zarobienia dużych pieniędzy. Zawsze przecież była nadzieja, że na nowo odkrytym terenie znajdzie się coś naprawdę cennego.

Bezpowrotnie minęły czasy, kiedy to grupka zdecydowanych na wszystko awanturników była w stanie opanować całe królestwa i obrać je ze złota i kosztowności liczonych setkami ton. Teraz było już trudniej i chcąc osiągnąć jakieś korzyści, należało się nieźle napracować.

Najwięcej „białych plam” było w Afryce. Ten ogromny kontynent wciąż był praktycznie nieznany. Za Afrykę wzięli się więc najbardziej spragnieni sukcesu poszukiwacze nowych ziem, czyli Anglicy i Francuzi. Zaraz za nimi ustawiali się Niemcy. Pomiędzy pretendentami do posiadania nowych kolonii trwał nieustający wyścig i nieprzebierająca w środkach konkurencja. Wyścig zaczęli wygrywać Anglicy od kiedy w roku 1849 podbili Indie, a brytyjska królowa Wiktoria koronowała się w roku 1858 na cesarzową Indii.

Jak się zdobywało kolonię? Najważniejszy był początek. Sposób na załapanie się na nowym miejscu. To nieprawda, że odbywało się to na zasadzie wojskowego podboju, chociaż czasami bywało i tak. Najczęściej jednak wystarczał zwyczajny handel. Oczarowanie miejscowych naczelników ogromem bajecznych towarów, jakimi dysponowali Europejczycy. Takiego gościa chciało się mieć!

Po tym następował etap następny, czyli wynajęcie, lub kupno jakiegoś terenu, a tym samym zadomowienie się europejskich cudzoziemców na nowym miejscu, z którego mogli rozpocząć dalszą działalność. Coś takiego nastąpiło w obecnej Tanzanii w roku 1885, kiedy to prywatna działalność niemieckiego przedsiębiorcy Karla Petersa na obszarze Zanzibaru, została przez rząd Niemiec wykorzystana do utworzenia tam niemieckiego protektoratu. Protesty sułtana Zanzibaru uciszyło pięć niemieckich krążowników, które przypłynęły z Wilhelmshaven i ostrzelały pałac sułtana. Po tej lekcji sułtan zgodził się na protektorat.

Pułkownik  John Patterson (Fot. (Wikipedia)Skąd w Afryce znalazł się sułtan? Stąd mianowicie, że w roku 1698 Zanzibar stał się zamorską posiadłością sułtana Omanu, która w roku 1856, oddzieliła się od sułtanatu Omanu i utworzyła odrębny sułtanat Zanzibaru. Sułtanat ten zajmował dwie duże wyspy archipelagu Zanzibar leżące u wybrzeży Afryki, Pembę i Unguję. Do sułtanatu należało też wybrzeże Afryki zaczynając od północnego Mozambiku, poprzez Tanzanię, Kenię, do południowej Somalii. Na kontynencie afrykańskim do sułtanatu należały również drogi karawan biegnące od morza w głąb lądu, jako że sułtanat utrzymywał się z handlu niewolnikami i kością słoniową. Ze swojej własnej produkcji, czyli uprawy i sprzedaży goździków, sułtanat by się nie utrzymał.

Zaraz po Niemcach do sułtana zgłosili się Anglicy, którym sułtan wydzierżawił 240 kilometrowy pas wybrzeża, do którego w dziesięć lat później dodał jeszcze port Mombasa. Tak powstał brytyjski Protektorat Afryki Wschodniej, zwany też Brytyjską Afryką Wschodnią.

W roku 1894 Brytyjczykom udało się utworzyć protektorat składający się z pięciu królestw położonych w głębi afrykańskiego lądu nad gigantycznym Jeziorem Wiktorii. Były to królestwa: Ankole, Buganda, Bunyoro, Busoga i Tore. Teraz występowały razem jako Protektorat Uganda, graniczący z Brytyjską Afryką Wschodnią.

“Wariacki Ekspres” (Fot. theworldisyourpassport.com)Decyzja o budowie linii kolejowej w Afryce
Wielka Brytania uzyskała więc kraj ogromny, ale w tej formie w jakiej był, nie nadający się do niczego. Przede wszystkim nie można było do niego wejść! Od strony morza szły w głąb pokrytego dżunglą lądu drogi, a właściwie ścieżki, którymi wędrowały karawany z niewolnikami i kością słoniową i to była cała komunikacja tego ogromnego kraju. Żadnej mapy tego terenu oczywiście nie było. Na Brytyjczyków czekała więc wielka „biała plama”, którą dzielnie postanowili zagospodarować. Wiedzieli już, że daleko na północny zachód znajduje się ogromne, niedawno odkryte Jezioro Wiktorii u wybrzeży którego leżała ich ostatnia zdobycz, czyli protektorat Uganda. Bez łączności z wybrzeżem morskim, położone w środku wielkiego kontynentu posiadłości, do tego kompletnie pozbawione dróg, nie miały żadnego sensu. Jedynym wyjściem z tej sytuacji było zbudowanie linii kolejowej, która przez bezdroża, połączyłaby Ugandę z wybrzeżem. Podobne problemy mieli Niemcy ze swoją Niemiecką Afryką Wschodnią czyli Tanganiką (obecnie Tanzania). Ich Niemiecka Afryka Wschodnia również dochodziła do Jeziora Wiktorii i pomysł połączenia koleją jeziora z wybrzeżem morskim powstał u Niemców prawie równocześnie z pomysłem brytyjskim.

Jako port z którego rozpocznie się budowę kolei, Brytyjczycy wybrali Mombasę. Niemcy rozpoczęli budowę swojej linii kolejowej z portu Dar as Salam.

Anglicy podjęli więc konkretną decyzję o budowie linii kolejowej z portu Mombasa do Ugandy. Ale jak na razie istniała tylko wola budowy kolei! Reszty nie było. Wszystkie materiały i urządzenia potrzebne do budowy należało sprowadzić z Wielkiej Brytanii. Co więcej, należało sprowadzić skądś wielką ilość robotników, bo miejscowa ludność kompletnie się do tego nie nadawała. Byli to mili ludzie, ale trwająca długo budowa, wymagająca wyczerpującej pracy była dla nich rzeczą niepojętą. Równie niepojętą rzeczą była idea pracy za wynagrodzenie. Tym ludziom pieniądze nie były do niczego potrzebne. Na takich robotników nie można było liczyć. Mogli pracować tylko dorywczo, krótko wykonując najprostsze czynności, na przykład przenoszenie czegoś z miejsca na miejsce, otrzymując za to jakieś konkretne, potrzebne im akurat materiały lub przedmioty.

Brytyjczycy zaraz pomyśleli o Hindusach, bo to doskonali, inteligentni rzemieślnicy i robotnicy wykwalifikowani, którzy w lot poznawali każdą, nową dla siebie technologię, a poza tym jeszcze, była to siła robocza bardzo liczna i bardzo tania. Dość obraźliwie nazywali ich kulisami (cooly), słowo to oznaczało robotnika nędznego i niewykształconego.

Samo pojęcie kolei, która ma prowadzić z Mombasy do Ugandy wydaje się jakieś dziwaczne. Prawda? To tak, jakby powiedzieć, że kolej będzie prowadziła z Warszawy do Rosji. Nie należy się dziwić. W Ugandzie nie było wtedy żadnej osady, do której można by było doprowadzić kolej. Dokąd dotrze kolej miało zależeć od tego, co budowniczowie linii kolejowej zastaną w Ugandzie.

Linia „Wariackiego Ekspresu”. Zakręt na mokradłach koło Mombasa (Wikipedia)

Została więc utworzona firma pod nazwą Uganda Railway Company, która wiedziała, że na całym swym przebiegu, jej budowa linii kolejowej będzie szła w nieznane. Nikt nie miał mapy terenu budowy. Przecież to była „biała plama!”. Nie było całościowego projektu linii kolejowej. Projekt powstawał z chwilą pojawienia się ekipy budowniczych w konkretnym terenie. Nikt nie wiedział jakie problemy staną przed nimi w najbliższej nawet przyszłości, jaki teren przyjdzie im pokonać jutro czy pojutrze. Tak budowało się The Lunatic Express railway. Zwariowany szlak Wariackiego Ekspresu, jak Anglicy nazwali swój pociąg.

Uganda Railway Company w roku 1896 sprowadziła z Indii ponad 30 000 robotników i robota ruszyła. Od razu zaczęły się ogromne trudności, których Anglicy początkowo kompletnie nie docenili. Nie wiem. Chyba Anglicy nie mieli możliwości innego wyboru, ale miejsce na linię kolejową wybrali fatalnie. Było to bowiem królestwo wszelkich, najcięższych i do dzisiaj nieuleczalnych chorób, jakby specjalnie wymyślonych przez oszalałego doktora sadystę, wyrzuconego z pracy za pijaństwo.

Mam sprawozdania z Ugandy, ale choroby te panują właściwie wszędzie w tamtych szerokościach geograficznych. Więc przede wszystkim malaria. Choroba przenoszona przez ukłucie komara. Jeszcze teraz na terenie Ugandy, rok w rok umiera na malarię 70 000 osób! W okolicy jeziora Kyoga każdy mieszkaniec Ugandy dostaje rocznie około 1500 zakażonych ukąszeń! Przeżywają oczywiście tylko ci, którzy mają wrodzoną odporność na tę chorobę. Jak na razie na malarię nie ma bowiem szczepionki!!

Żółta febra (żółta gorączka). Choroba wirusowa przenoszona przez komary. Teraz jest już na nią szczepionka i umiera tylko połowę chorych na tę chorobę! Sukces, nieprawdaż?

Ślepota rzeczna. Choroba śmiertelna, przenoszona przez „czarną muchę”. Dalej nie piszę, bo zbyt okropne.

Choroba „kiwająca”. Chory siedzi i kiwa się w przód i do tyłu. Wywołuje ją pasożytniczy nicień osadzający się w mózgu chorego. Na tę chorobę nie ma leku.

Denga. Śmiertelna choroba odzwierzęca wywoływana przez wirus. Na tę chorobę nie ma leku.

Śpiączka afrykańska. Wywołana przez ukąszenie muchy tse-tse. Śpiączka jest jednym z głównych zabójców afrykańskich. Nawet jest na nią lekarstwo, tylko prawie nikt nie chce go wytwarzać. Powstaje ono bowiem z trującego arsenu i fabrykom farmaceutycznym zabrania się jego produkcji. Chwała ekologii, można powiedzieć! Jedyna rzecz, która zabezpiecza przed śpiączką, to zamknięcie okien i niewychodzenie z domu. Jeśli ktoś może sobie na to pozwolić.

Jednak skończmy może z chorobami, choć znalazłaby się jeszcze niejedna. Ameba, malinica, parę odmian tyfusu i z piętnaście odmian różnych grzybic…

W pierwszych 12 miesiącach pracy, robotnicy ułożyli 40 kilometrów toru. Nie udało się więcej ze względu na szalenie trudny teren i choroby, które od razu rzuciły się na nieprzygotowanych do tego Hindusów. Początkowo zachorowało 500 robotników. W parę tygodni później w szpitalu leżała już połowa zatrudnionych!

Lwy atakują
W następnym roku linia kolejowa miała 80 kilometrów długości i osiągnęła suchą równinę Taru. Równina przypominała rozgrzaną patelnię, gdzie nawet nocą temperatura nie spadała poniżej +40 stopni. Słońce paliło, dusił podnoszony wiatrem czerwony pył, a równina była porośnięta wokół gigantycznymi cierniami, które nie pozwalały ludziom nawet na namiastkę swobody. Ale to jeszcze było nic. Na początku roku 1898 linia kolejowa liczyła już 195 kilometrów i dotarła do rzeki Tsavo. I wtedy dopiero się zaczęło, bo pojawiły się lwy!

Pierwszym jednak problemem była rzeka Tsavo i konieczność zbudowania na niej mostu kolejowego. Rzeka była trudna, okresowo wzbierała gwałtownie i płynęła wtedy rwącym nurtem niosąc całe, wyrwane w dżungli drzewa z korzeniami, tocząc po dnie kamienie, pchając ze sobą miliony ton szlamu i błota. Ekipa techniczna budowy kolei nie mogła sobie z tym mostem poradzić i dlatego do opracowania projektu mostu i nadzorowania jego wykonania, zarządzająca Kenią British East Africa Company zatrudniła wojskowego inżyniera, pułkownika armii brytyjskiej Johna Pattersona. Pod koniec marca 1898 pułkownik przybył na budowę z Indii, gdzie dotychczas służył. Zaraz po przybyciu pułkownika nastąpił pierwszy atak lwa na robotników afrykańskich, w wyniku którego jedna osoba zginęła, a kilka innych zostało pokaleczonych. Atak ten niesłusznie został zlekceważony i uznany za standardowy wypadek jakich wiele zdarzało się wtedy w Afryce.

Któregoś wieczoru pułkownik zajęty był poprawianiem dotychczasowego projektu mostu, który jego zdaniem zaprojektowany był wadliwie, gdy nagle w obozie robotników wybuchła jakaś gwałtowna awantura. Na ludzkie krzyki, hałasy i odgłosy silnych uderzeń nałożył się nagle basowy ryk lwa, więc pułkownik już wiedział co się stało. Chwycił nabity karabin, do drugiej ręki lampę i wyskoczył na zewnątrz swojego baraku. Przed jednym z baraków gromadził się rozkrzyczany tłum. Wokół widać było wielkie plamy krwi. Lew zaatakował układających się do snu robotników hinduskich. Atak nastąpił poprzez dach baraku. Lew wskoczył na dach, rozdarł go i tak dostał się do wewnątrz. W pomieszczeniu do którego wskoczył przebywało trzech brygadzistów. Jednego z nich lew zabił uderzeniem łapy i natychmiast zaczął go pożerać! Drugi brygadzista przebiegł poprzez leżącego na trupie kolegi lwa i zaczął panicznie dobijać się do wewnętrznych drzwi, prowadzących do zbiorowej sypialni dla kilkudziesięciu robotników. Drzwi mu uchylono i brygadzista wcisnął się do wewnątrz sypialni. Hindusi natychmiast drzwi za nim zamknęli, a potem zrywali z głów turbany, które są długimi wstęgami materiału i tymi zaimprowizowanymi linami zawiązywali drzwi próbując wzmocnić ich zamknięcie. Za drzwiami szalał lew rycząc i raz po raz napierając na drzwi z wielką mocą. Wreszcie lew zniknął, zabierając ze sobą nadjedzone zwłoki. Pozostał trzeci z brygadzistów, który podczas napadu lwa upadł na podłogę baraku i skamieniał ze zgrozy. To uratowało mu życie, bo lew jakby w ogóle go nie zauważył, choć deptał po nim kilkakrotnie. Tak więc mężczyzna nie został nawet poraniony. Niestety, po tym incydencie nie mógł już mówić i całkowicie stracił rozum.

Pogoń za lwem w dżungli, w dodatku nocą, jest szczytem idiotyzmu. Nikt nie próbował nawet tego robić. Natomiast już od rana robotnicy pod kierownictwem pułkownika zajęli się fortyfikacją obozu. Pułkownik miał duże doświadczenie w polowaniu na tygrysy jakie często prowadził w Indiach i wiele z jego pomysłów brało się właśnie stamtąd.

Obóz został więc otoczony wysoką, kolczastą barierą z cierni i kolczastych drzew. Wyznaczono miejsca na palenie przez całe noce wielkich ognisk. Od zmroku do świtu wyznaczona była „godzina policyjna” w czasie której nie wolno było wychodzić z baraków i namiotów.

Mimo tych przedsięwzięć, napady zdarzały się raz po raz. Już wiedziano, że atakuje nie jeden lew, a dwa lwy! Dwa samce, co u lwów właściwie nigdy się nie zdarza. Bo też nie były to zwyczajne lwy. W tej okolicy zdarzały się jakieś dziwne, zmutowane lwy, których samce nie miały charakterystycznej dla lwów grzywy. Na pierwszy rzut oka wydawały się więc podobne do lwic.

Wypchane lwy w muzeum Chicago (Wikipedia)

Oba lwy były niesłychanie przebiegłe i podstępne. Początkowo polowały na ludzi dla zaspokojenia głodu, ale wraz z upływem czasu podjęły z ludźmi grę. Przychodziły do obozu, żeby ludzi zabijać, poczym uciekały często nie próbując nawet zabierać ze sobą zabitych. Wszelkie pułapki, jakie zastawiał na nich pułkownik, lwy omijały ze wzgardą. Zupełnie nie bały się ognia. Podczas ataków stosowały całkiem ludzką taktykę. Rozdzielały się i gdy jeden ze lwów robił dużo hałasu w jednej części obozu, dokąd biegł pułkownik z karabinem, drugi lew spokojnie wyciągał z namiotów i mordował robotników w innej części obozu. Ludzie zaczęli się ich bać już nie tylko dla samej ich siły fizycznej. Zaczęto się w nich dopatrywać przedstawicieli złego ducha, siły nieczystej lub kary zesłanej przez Boga. Jednego lwa nazwano Duch (the Ghost), a drugiego Ciemność (the Darkness). Hindusi zaczęli się buntować przeciwko pułkownikowi, uważając, że to jego przyjazd spowodował pojawienie się obu lwów. Gadali, że najlepiej byłoby zabić pułkownika, a wtedy lwy ustąpią!

Wreszcie lwy nauczyły się podkopywać pod kolczastą zaporą i wpadały do obozu nawet w trakcie dnia. Tak zginął nadintendent kolejowy, który pracował w swoim wagonie biurowym, gdy nagle wtargnął do niego lew. Słynny był też atak obu lwów na szpital dla robotników, w którym lwy urządziły krwawą masakrę chorych. Teraz już wybuchła autentyczna panika. Budowa została wstrzymana. Nastąpił bunt robotników, którzy siłą zajęli techniczny pociąg przybyły z Mombasy, wtargnęli do niego całym tłumem i kazali wywieźć się z tego przeklętego obozu. Mało kto pozostał wtedy z pułkownikiem.

Obóz opustoszał, ale paradoksalnie zwiększyło to szansę na upolowanie obu lwów. Pułkownik często zasadzał się na nie w nocy na drzewach, pod którymi zwykle przechodziły, ale wciąż nie przynosiło to żadnego sukcesu. Wyruszał też wraz ze swym pomocnikiem na patrole, mające doprowadzić go do miejsca, gdzie lwy maja swoje legowisko i takie miejsce zostało przez pułkownika znalezione. Była to dość duża jaskinia, której zawartość mogła każdego kto tam wszedł, doprowadzić do ataku histerii. To właśnie do tej jaskini lwy ściągały zagryzionych i teraz leżeli oni tu, porozdzierani, nadjedzeni, a smród rozkładających się ciał nie pozwalał oddychać…

Wreszcie pułkownikowi udało się zranić jednego ze lwów. Lew dostał w tylną nogę z karabinu Martini-Enfield. Po otrzymaniu postrzału, zaskoczony bardziej niż poszkodowany, lew uciekł.

Cała trudność w upolowaniu lwów polegała na tym, że lwy nigdy nie podchodziły do przynęty, wystawianej przez człowieka, ale na początku grudnia 1898 trafiła się okazja. Lew zagryzł małego koziołka i było wiadomo, że nocą wróci, by go zjeść. Pułkownik zarządził zbudowanie w pobliżu leżącego kozła platformy dla myśliwego. Platforma została zbudowana szybko, a przez to dość prowizoryczne. Pułkownik nie zważał już na to. Druga taka okazja mogła się nie zdarzyć!

9 grudnia w nocy do koziołka przyszedł lew, ale wyczuł człowieka. Poderwał się do góry i wtedy dostał od pułkownika postrzał pod łopatkę z karabinu Lee-Enfield. Śmiertelnie strzelony w serce zdążył jeszcze odskoczyć w krzaki, gdzie rano pułkownik znalazł go, już martwego. Tak zginął Duch. Martwy Duch został zmierzony. Miał długość 3 metrów, a wysokość około 1,2 metra. Do obozu musiało go nieść aż ośmiu mężczyzn!

Drugiego lwa pułkownik zastrzelił dopiero 29 grudnia. Jeszcze poprzedniego dnia wybrał się wraz ze swym pomocnikiem, strzelcem Mahina na obchód okolicznych równin. Zostali zaatakowani przez drugiego lwa, który jednak wycofał się po dwóch strzałach wymierzonych przez pułkownika i jednym strzale Mahiny. Lew, ciężko ranny, stracił dużo ze swej siły i zręczności. Zginął następnego dnia rano. Widząc zbliżającego się pułkownika, a nie mogąc już wstać, patrzył się tylko na znienawidzonego człowieka, gryząc mściwie leżące na ziemi konary zwalonego drzewa…

Dostał jeszcze trzy kule z karabinu Martini-Henry, które go dobiły. W sumie otrzymał dziewięć ran. Tak zginął Ciemność. 2,85 metra długości i 1,2 metra wysokości.

Dlaczego lwy były tak agresywne?
Pułkownik został bohaterem. O zabiciu obu lwów został powiadomiony brytyjski premier. Premier powiadomił o tym osobiście Izbę Lordów. Wielka Brytania mogła odetchnąć. Dwa cholerne lwy, które na całe 9 miesięcy wstrzymały prace przy budowie linii kolejowej do Ugandy, zostały zlikwidowane. Ekipa budowniczych powróciła. Robotnicy, za pieniądze zebrane między sobą ufundowali pułkownikowi wspaniały, srebrny puchar pamiątkowy, ze stosowną dedykacją i podziękowaniami od całej załogi. Już bez przeszkód ukończono most w lutym 1899. W połowie roku 1899 linia osiągnęła Nairobi, aż wreszcie dociągnięto ją do końca, czyli do obecnego Kisumu nad Jeziorem Wilktorii.

Zastrzelony Ciemność. Obok niego strzelec Mahina (Wikipedia)

Czas podliczyć straty: w obozie nad rzeką Tsavo lwy zagryzły 135 osób (sto trzydzieści pięć!). Nikt tego nie potwierdzi, bo liczba ta pochodzi z prywatnych zapisów pułkownika, zaś dyrekcja budowy kolei przyznaje się tylko do 28 zabitych. Nie ma w tym żadnej tajemnicy. Pułkownik był na miejscu i najlepiej wiedział ilu było zagryzionych. Inaczej dyrekcja. Oni mieli zarejestrowanych tylko pracowników hinduskich. Hindusi byli zatrudnieni oficjalnie, mieli kontrakty i figurowali na listach płac. Pułkownik pisze, że lwy zabiły 28 Hindusów i 107 Afrykanów, którzy byli robotnikami doraźnymi, nie byli ewidencjonowani, więc administracja kolejowa nie miała ich dokumentów. Skwapliwie z tego skorzystano, bo dużo lepiej wygląda 28 zabitych niż 135.

Z upolowanych lwów pułkownik pozostawił sobie skóry i wypreparowane czaszki. Skóry służyły mu za dywany, a czaszkami straszył zapewne przyjaciół i znajomych. Jedna z tych czaszek, czaszka Ducha, zdradzała tajemnicę lwów. Otóż Duch musiał mieć kiedyś wypadek. Mógł dostać kopniaka w pysk od atakowanej zebry, lub uderzenie rogiem dużej i silnej antylopy. Na jego czaszce widać było, że miał złamany górny kieł. Każdy ząb ssaka, lwa czy człowieka jest tkanką żywą. Ma w środku tak zwany nerw (miazgę zęba), poprzez którą ząb jest odżywiany jak każdy inny narząd organizmu. Złamanie zęba powoduje otwarcie znajdującej się w nim miazgi. Jaki to ból, proszę zapytać kogokolwiek, komu przydarzyło się coś podobnego. Otwarta miazga zęba nie pozwala nawet na dotknięcie piórkiem anioła, a co dopiero na zaciśnięcie zębów przez lwa. Atak bólu może wtedy przypominać rażenie prądem wysokiego napięcia. Wkrótce następuje martwica tej obnażonej miazgi, martwa miazga zostaje zainfekowana bakteriami, gnije i śmierdzi zgniłym mięsem. Przez otwór na szczycie korzenia zębowego, przez który miazga wnikała do zęba, infekcja wydostaje się teraz do kości szczęki, dając silny obrzęk, ropień, gorączkę i wściekły ból. Nad zębem gromadzi się coraz więcej ropy, która otoczona kością nie może nigdzie odpłynąć i przez to stwarza coraz większe ciśnienie. Trwa nieustanny, coraz silniejszy ból! Każdy nacisk na obrzękłe tkanki powoduje ból po prostu niewyobrażalny.

Zastrzelony Duch podparty dla zrobienia zdjęcia. Obok trupa Ducha, pułkownik Patterson (Wikipedia)

O czymś takim pisał właśnie pułkownik, opisując wielki obrzęk, jaki znalazł u Ducha dookoła jego złamanego kła. Duch więc był chory. Cierpiał. Właściwie nie mógł gryźć, a gdy już gryzł, wpadał w szaleństwo jeszcze większego bólu. To mogło być powodem jego nadzwyczajnej agresji. To mógł być powód, dla którego wiele zabitych przez lwy ludzi było tylko nadjedzonych, lub tylko zabitych, jakby dla zabawy. To raczej nie była zabawa. Lew mógł wytrzymać piekielny ból tylko do czasu zabicia człowieka, a potem nie miał już siły znosić kolejnej dawki bólu podczas zjadania ofiary.

Ciemność okazał się bratem Ducha, który poświecił się dla chorego. Pomagał mu jak tylko umiał. Napadali na ludzi, bo dla dużych zwierząt ludzie to fujary, słabe, powolne i bez węchu. Łatwe do zabicia. I o to głównie chodziło. Obaj przychodzili do obozu robotników nie na polowanie, do którego Duch już nie był zdolny, a jak do sklepu spożywczego…

Pułkownik wydał książkę o swoich afrykańskich przygodach i historia ludożerczych lwów stawała się znana coraz bardziej. Na kanwie tych zdarzeń nakręcono dwa filmy, a muzeum w Chicago zakupiło od pułkownika skóry obu lwów i ich czaszki. Ze skór utworzono dwa wypchane lwy, choć ta rekonstrukcja nie jest udana. Lwy wyszły jakieś małe i zupełnie niepodobne do tych którym zrobiono fotografie zaraz po zastrzeleniu.

A co z koleją do Ugandy, czy jak kto woli „wariackim ekspresem”? Działa w najlepsze do chwili obecnej! Może więc wszystkie te cierpienia ludzi i zwierząt jednak nie poszły na marne?

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 22 (194) za 29 listopada–16 grudnia 2013

X