„Syberiada Polska”

„Syberiada Polska”

To tytuł nowego polskiego filmu, którego premiera w tych dniach, odbyła się w Warszawie. Na ten pokaz i spotkanie z twórcami tego dzieła, reżyserem (Andrzej Zaorski), scenarzystami, autorem muzyki i aktorami, przybyły tłumy.

 

Ale jego producenci nie zapomnieli też o wyjątkowych gościach, których obecność okazała się ważniejsza od celebrytów, mianowicie żyjących jeszcze, acz już nielicznie, ofiarach sowieckiego terroru i barbarzyństwa i ich dzieciach. To oni właśnie, kresowiacy, żyjący wciąż tam na tej obcej ziemi, ale także w Polsce i na Zachodzie, wciśnięci w fotele kina przykładali do oczu chustki, a nawet z lekka szlochali. Nie byli w stanie nad sobą zapanować. Górę wzięły wywołane tym filmem emocje. Wróciło bowiem to, co niegdyś sami przeżyli i wycierpieli. Ich dramat zaczął się w lutym 1940 roku, kiedy sowieckie władze okupacyjne przystąpiły do zaplanowanej akcji wywózek w głąb Związku Sowieckiego. Deportacje te pochłonęły tysiące polskich ofiar, a ich dramat na trwałe zapisał się w świadomości kresowych Polaków. Można je porównać z akcją likwidacji żydowskich gett w okupowanej przez Niemcy Polsce. Deportacje te zapoczątkowały gehennę kilkuset tysięcy polskich obywateli, którzy znaleźli się na nieludzkiej ziemi. Ich wina polegała jedynie na tym, że 17 września 1939 roku, byli obywatelami Rzeczypospolitej Polskiej. Istnieje spora rozbieżność w ustaleniu dokładnej liczby osób deportowanych. Polscy historycy szacują, że w latach 1940-41, w głąb Związku Sowieckiego trafiło od kilkuset tysięcy do miliona Polaków. Szacuje się, że śmiertelność wśród zesłańców sięgała nawet 25 procent. A ilu Polaków nigdy nie wróciło z tych terenów? Tego również nie da się oszacować, ponieważ rosyjskie archiwa wciąż milczą!

Gdy siedemdziesiąt trzy lata temu, w lutową mroźną noc, do zamieszkałych przez Polaków kresowych wsi i miasteczek przybyły sowieckie komanda, aby rozpocząć zaplanowaną akcję deportacyjną, zapanowała groza. Wiele polskich rodzin spodziewało się najgorszego. Zastraszeni nie mogli wiele ze sobą zabrać w podróż w nieznane. Pod eskortą załadowano ich do bydlęcych wagonów. Gdy pociąg ruszył temperatura w wagonach gwałtowanie spadła. Sytuacja stawała się dramatyczna. Na pryczach, pakunkach, walizach, leżały kobiety i dzieci. Brakowało snu i jadła, brakowało dosłownie wszystkiego. W takich warunkach przemierzali tygodniami bezkresną Rosję, aby dotrzeć do wyznaczonego celu. A gdy już przybyli czekał na nich zarządzany przez enkawudowców obóz, a następnie ciężka w tym okrutnym klimacie fizyczna praca, przy np. jak w przypadku tego filmu, karczowaniu tajgi. W takich warunkach o choroby i śmierć nie było trudno. Uciekinierów zmuszano do publicznego upokarzania, czyli tzw. kajania się. Gehenna niewolniczego życia i brak nadziei powodowały, że umierali oni tysiącami. Po tych, co tam zostali, pozostała tylko pamięć ich bliskich i ta osadzona w pamięci zbiorowej Polaków. Aktualnie, co siódmy Polak deklaruje, że ma rodzica, dziadka, lub pradziadka urodzonego na dawnych Kresach lub sam urodził się na tych terenach. Oznacza to, że w Polsce żyje około 4,5 miliona osób pochodzących z dawnych Kresów. To właśnie oni wciąż przypominają o tym dramacie. Ale, nie tylko.

X