Strach

Chcę się przyznać, że od pewnego czasu bałem się „zajrzeć do internetu”, wziąć gazetę do ręki, bałem się także przed telewizorem zasiąść.

Za każdym razem bowiem, kiedy niebacznie czyn taki popełniłem i (wirtualnie) opuszczałem mój bezpieczny, ukraiński, prowincjonalny azyl, to straszny, bezlitosny, okrutny, podstępny, cyniczny, chciwy, zakłamany, pogardliwy, dyszący nienawiścią i czyhający na mnie niewinnego, świat mnie atakował! A ja wtedy bać się poczynałem, serce mi się tłukło jak oszalałe, paniczne myśli pędziły ekspresem niczym po splątanych torach, ręce się trzęsły, zasnąć nie mogłem – a jak już zasnąłem nawet, to śniły mi się same koszmary.

Czemu to tak? Ano, gdy błąd ten czyniłem i w wartki strumień informacji, prognoz, analiz oraz wieszczenia wszelakiego się zanurzałem, to dowiadywałem się o świecie rzeczy strasznych. I wcale tu nie o zamachy, nie o terrorystów, nie o piratów, nie o rosyjską agresję, nie okupację Krymu, wojnę w Ukrainie, ofiary nalotów w Syrii, areszty opozycji, okrutne wyroki, wyniszczanie Kurdów, afrykański głód, azjatyckie pożary i powodzie mi chodzi. Cóż zatem? Ano, czytając, oglądając, słuchając, od „asów” publicystyki, „autorytetów” wszelakich, redaktorów, polityków, profesorów i innych jeszcze, dowiadywałem się: że wszyscy mną manipulują, wszyscy kłamią, że w sprawach dobrych wcale nie ma dobra, a sprawy złe nie są sprawami złymi, że miłość umarła, a nienawiść żyje, moja wiara nie jest już wiarą, a nadzieja przestała być nadzieją. I że w tej apokaliptycznej wizji to nie tylko ja zagrożony jestem, ale i Polska, ojczyzna moja, ku zatracie pędzi. Bowiem wszyscy nią frymarczą, wszyscy pogardzają, wszyscy chcą wykorzystać. Dlatego tragedia, choć tak do końca nie wiadomo jaka, jest coraz bliżej. I nie ma już żadnej nadziei!

No chyba, że schylę głowę przed mądrością autorów takiego świata obrazu. Chyba że będę widział, słyszał, czuł i myślał tak, jak oni chcą bym widział i myślał. Wtedy, owszem, zgadzają się na to łaskawie, że jeszcze jakaś tam nadzieja niewielka istnieje. Tak dla Polski, jak i dla mnie maluczkiego. Czemu tak? Albowiem to tylko oni, którzy nadciągającą apokalipsę wieszczą są uczciwi, mądrzy, bezinteresowni, prawdomówni. To oni tylko, tak o moim, jak i mej ojczyzny błogostanie myślą! Tylko oni, w genialności swojej, widzą całą przewrotność planów i uczynków wszelakich ciemnych sił i to tylko oni, uzbrojeni w prawdziwą uczciwość i mądrość potrafią im zapobiec. Dlatego, dla ratunku i sanacji późniejszej, powinienem patrzeć na świat ten podły tylko ich oczami, tylko ich arcy mądre powtarzać myśli. No i co bardzo ważne, najważniejsze nawet być może, przyznać powinienem i krzyczeć o tym głośno, że wszyscy ci, którzy w ich uczciwość i genialność wątpią, ich wizji świata nie podzielają, są właśnie częścią tego drugiego, strasznego świata, który naszą ojczyznę niszczył/niszczy, zamęt międzynarodowy wprowadzał/wprowadza, na mnie biednego czyhał/czyha (użyty czas do wyboru czytelnika – mnie obydwa pasują)! Wtedy, gdy genialność ich uznam, mamy szansę na przeżycie. Wtedy można będzie (wedle jednych wersji) raj zagrożony ocalić, (a wedle drugich wersji) ku oczekującemu rajowi nas powieść. Powiedźcie proszę, jak można czytając, oglądając, słuchając tego wszystkiego równowagę duszy zachować?

Jednak po pierwszym oszołomieniu zalewem (naprzemiennym) albo najczarniejszych wizji, albo obietnic oczekującej nas światłości, po przeprowadzeniu krótkiej kuracji (wyłączyłem internet, telewizor, radia nie słuchałem, gazety nie brałem do ręki), otrząsnąłem się z depresji oraz rozpaczy i zacząłem myśleć. Zacząłem stawiać sobie pytania – dlaczego tak, czy to możliwe, logiczne, spójne? Jak to było wczoraj? Kim wczoraj byli ci, którzy dzisiaj są tymi, którymi są dzisiaj? Co mówili wtedy, a co mówią teraz? Czemu to, co wczoraj uznawali za dobre, dzisiaj nazywają złem i ciekawe, jak będą to jutro nazywali? Czy i kto mną chce manipulować? Czy zniechęcanie do logiki i granie na mych emocjach to już manipulacja, czy nie jeszcze? A jeśli tak, to jaki jest cel tej manipulacji? Komu i jakie korzyści przyniesie to, że jednych (zgodnie z oczekiwaniami) znienawidzę, a innych (także zgodnie z oczekiwaniami) wyniosę na ołtarze? Czy, kto i dlaczego pcha mnie ku relatywizmowi? Relatywizmowi wszystkiego, w tym tego co najważniejsze? No i najistotniejsze – dlaczego twórcy tej wizji „polskiej apokalipsy” lub „polskiego raju” odmawiają mi prawa do myślenia? Czy rzeczywiście uważają mnie za bezkrytycznego idiotę, którego strachem przed kijem, albo marchewki pragnieniem można gdzie się chce zagnać? Ot, taki audyt (a to modne ostatnio słowo) świadomości zrobiłem. Rezultaty? Mało dla większości naszych „artystów słowa i obrazu” budujące! Toż to kłamstwo i hucpa oczywista!

Po strasznie długim i teoretyzującym wstępie powinienem przejść do konkretów. Napisać i udowodnić, kto, kiedy, jak i gdzie obrazem jaki widzimy manipuluje. Kto i jak do relatywizmu nas przyzwyczaja, nienawidzić zachęca, strachami nas straszy. Postaram się chociaż częściowo to zrobić. W tym jednak problem, że bardzo trudno jest to uczynić nie narażając się na obwinienia (tak słuszne, jak i urojone) politycznego zaangażowania – a tego nie chcę. Tak, mam swoje przekonania i ich się nie wstydzę. Jednak nie uważam za stosowne wykorzystywać łamów prze-szacownego Kuriera do ich propagowania. Nie propaganda jest mym celem. Dlatego w mych dywagacjach poniższych nie pragnę politykować i nawet jeśli mimo pewnych starań nie uda mi się uniknąć jakiegoś dzisiejszego politycznego kontekstu, to polityczna propaganda nie moim zamiarem, a już na pewno, w przedstawianiu mego toku myślenia nie zamierzam posługiwać sią metodami w sposób, który strach i niesmak u mnie wywołują. Obiecuję to, choć wiem, że będzie niełatwo, ale starał się będę bardzo! Jednocześnie zaznaczyć pragnę, że me starania odpolitycznienia niniejszego tekstu w żadnym stopniu nie wpłyną na istotę tego, o czym pisać pragnę. Do rzeczy wracając – jako, że użyłem już uprzednio słowa „audyt”, proponuję dalej przy takiej „księgowej” konwencji pozostać i w kilku blokach konkretami się zająć.

Może najpierw o tym, co wielki strach we mnie budzi – o mediach i ich służbie relatywizmowi wartości. Dobro i zło i relatywistyczne do nich podejście – to bardzo proste. Pamiętacie zapewne takie określenie „filozofia Kalego”? Otóż to właśnie jest to!!! To jest najlepsza definicja relatywizmu wartości. Punkt widzenia całkowicie zależny od punktu siedzenia. Znamienita większość redaktorów, komentatorów, ekspertów i mądrali wszelakich zdaje się wyznawać bez zastrzeżeń żadnych właśnie „filozofię Kalego”. Bez żadnego zażenowania, bez poczucia najmniejszej niezręczności. No i niestety, do konkretów przejdę, czyli nieco o polityce teraz. Media nam wieszczą: gdy jedni są większością i z tego korzystają – to dobrze, bo to demokracja. Gdy w większości są inni, nie ci „jedni” – to źle i to demokracją już nie jest. I raz jeszcze – wcale nie o polityków i ich działania mi chodzi (im jeszcze kiedyś czas poświęcę). Dla mnie przerażające są zachowania dziennikarskiej braci (prawda, nie całej). Proszę zauważyć – ci, którzy chwalili za coś „jednych”, teraz, dokładnie za to samo, mieszają z błotem „drugich”. Ci którzy „jednych” krytykowali, „drugich” teraz chwalą. I uwaga!!! Absolutnie nie zmierzam tutaj oceniać słuszności, podstaw prawnych czy politycznych racji. Raz jeszcze – mam własne o tym zdanie, lecz to temat na odrębny artykuł. W tym piszę o mechanizmie, w którym zło i dobro nie są traktowane jednoznacznie i ostatecznie. Nie tylko one zresztą! Także prawda i kłamstwo. Oceny ich stały się zmienne i uzależnione od politycznej wygody. Dla wielu to miejsce siedzenia determinuje ocenę tego co złem, a co dobrem mienią, a że miejsce siedzenia się zmienia – to i to co jest w swej istocie niezmienne, traci tą niezmienność na rzecz użyteczności. Taki sposób oceniania dobra i zła głoszą, propagują, uzasadniają przeróżni akolici tych, którzy bądź na „krzesłach” zasiedli, bądź z „krzeseł” spadli – w tym niestety dziennikarze, publicyści, eksperci, Zaznaczam raz jeszcze – nie w tym problem, że oni wyrażają swe opinie. Problem w tym, że jeszcze niemal wczoraj wszyscy oni w praktycznie tych samych kwestiach mieli opinie diametralnie inne i to co wczoraj było dla nich dobrem, dzisiaj jest złem (albo odwrotnie – do wyboru). Takie instrumentalne traktowanie wartości podstawowych (dobro-zło, prawda-kłamstwo), propagowanie takiego podejścia, niszczy zaufanie, wprowadza zamęt w rozumach i duszach, pozbawia poczucia bezpieczeństwa. Brak jednoznacznie wyznaczonych wartości i zasad, wcześniej czy później, każdego do zagubienia doprowadzi, a gdy ktoś się zgubi – ten się boi. Ja też!

System „wszystko albo nic”. Strasznie wyniszczające podejście. Zdaje się, że jeszcze dwa miesiące temu poprosiłem moich Przyjaciół by poradzili mi, jaką (w miarę) obiektywną gazetę (w internecie) mógłbym znaleźć. I cóż? Odpowiedź była straszna – „żadnej”. Nie wiem, możliwe że ktoś z czytających ten tekst potrafi mi doradzić. Jednak chciałbym wyjaśnić dlaczego szukam gazety (w miarę) obiektywnej. Otóż, czytam zazwyczaj sporo, w tym prasę (prawda – teraz internetową). Młody już nie jestem, mam swoje przyzwyczajenia. Tymczasem te gazety które czytałem dotychczas (nie napiszę które) coraz częściej wywoływały u mnie nieprzyjemny odruch. I rzecz nie w tym, że coraz bardziej się polityzowały i zamiast dziennikarstwem zaczynały się zajmować propagandą. Na propagandę jestem odporny. Sprawa w tym, że coraz częściej stosowały wobec czytelnika (więc i mnie także) stara zasadę – „kto nie jest z nami, ten jest przeciwko nam!”. Co może też istotne, robiły to posługując się prymitywnym szantażem i manipulacją. Niczym barana, zaganiały mnie do swej zagrody. Wymagały jednoznacznej i BEZWARUNKOWEJ oraz BEZKRYTYCZNEJ akceptacji ich punktu widzenia. Tak i tyle! Żadnego „ale”, „i”, „jeśli”! We wszystkich sprawach, nie tylko politycznych. Wiele gazet i publicystów (o politykach nie wspominam) robi to nadal i świetnie się z tym czuje. Najprostszy przykład – artykuł w którym „przemądra” gazeta prezentuje równie „przemądry” pogląd pewnej pani (a nie napiszę konkretnie jaka to gazeta i kto się w niej „udzielał”), a wszystkich tych, którzy z tym głupim paplaniem się nie zgadzają, anonimowych przecież czytelników określa mianem ksenofobów, nacjonalistów, ciemnogrodem. Pytam – kto chce być ksenofobem, nacjonalistą, ciemnogrodu obywatelem? Nikt? Prawidłowo – je tez nie chcę! Ale przecież redaktor, sam REDAKTOR! napisał, że albo się zgadzamy z głoszonymi dyrdymałami, albo ciemnogrodem jesteśmy! No i co?! Kto znajdzie w sobie siłę i wiedzę by takiemu szantażowi się oprzeć?! Tak więc – albo kapitulacja i „Het! Do stada, z innymi baranami beczeć głupoty”, albo ciemnogród i ksenofobia! Innego wyjścia REDAKTOR dla nas nie przewidział – „tertium non datur”! Szantaż? Szantaż! Ohydne? Ohydne! Straszne? Straszne! Tymczasem włączcie internet, zajdźcie na strony gazet, dzienników i jeszcze inne i spójrzcie proszę krytycznym okiem jak często nas w ten sposób szantażują! Takie pozbawienie nas wolności właśnie świat dookoła nas strasznym czyni.

Nie wiem, jak nazwać inną metodę, dosyć powszechnie dzisiaj w naszych mediach stosowaną. W zasadzie nawet, są to dwie metody, które spotwarzają (to nie jest pomyłka! to słowo od słowa potwór utworzone) obraz naszego świata. Pierwsza zwyczajnie go deformuje, zakłamuje. Druga go zohydza. Pierwsza metoda „jak gwóźdź prosta”. Dla jej opisania, w celu uniknięcia odniesień do dzisiejszej polityki, cofnę się w historii nieco – bo to stara, choć „jara” metoda. W latach 20. XX wieku, w Rosji Radzieckiej trwała o władzę walka pomiędzy Trockim i Stalinem. Prasę, szczególnie zaś gazetę „Prawda” kontrolował Stalin (internetu i telewizji nie było). No i w jakimś tam głosowaniu, w jakimś tam zakładzie pracy, zwyciężają zwolennicy Trockiego. Zdobyli 60% głosów. Staliniści 40%. Na drugi dzień w „Prawdzie” na pierwszej stronie wielki artykuł! Czerwony, olbrzymi nagłówek! Zwycięstwo Stalina, 60% za, a 40% dla Trockiego. Oczywiście Trocki protestuje, kłamstwo – krzyczy! Stalin na to spokojnie – faktyczne, pomyłka, poprawimy. No i na kolejny dzień sprostowanie – Trocki 60, Stalin 40. Tyle, że to już na „Prawdy” 4 stronie i drobnym drukiem. Ot tak! Metoda ciągle żywa: głośno kłamać – cichutko sprostować, głośno zelżyć – po cichu przeprosić! Co w naszych głowach pozostaje – głośne kłamstwo, czy ciche sprostowanie? Jaki obraz maluje się w naszej głowie? Kto jest malarzem – autor kłamstwa, czy autor sprostowania? Druga metoda, podobna, chociaż i odmienna nieco. Kiedyś, przy okazji wyborów już o niej pisałem. Sprowadza się ona do prostego hasła: „rzucać gównem – zawsze coś się przyklei”. Wariacji wiele. Na przykład, krzyczący nagłówek sugerujący niegodziwość opisywanego i pod nagłówkiem artykuł nawet słowem tej niegodziwości nie potwierdzający. Albo informacja jawnie nieprawdziwa, krzywdząca. Natychmiastowa reakcja skrzywdzonych, wyjaśnienie. Tyle, że nieufność i podejrzenia już zostały „posiane”. Coś tam się przykleiło i już nie sposób się domyć. Jednym słowem, albo fałsz, albo brud – znak firmowy dla redakcji, dziennikarzy, redaktorów, publicystów i ekspertów wielu (prawda, nie wszystkich). Komu się może nieprawdziwy i do tego brudem obrzucony świat podobać?

„Ojciec, prać?” albo „Naszych biją!”. Też proste raczej. Pierwsze – to następstwo zasady „kto nie jest z nami, ten jest przeciw nam”. A tych, co nie z nami, bić należy! Tak więc jednoznacznie „Ojciec, prać”! Więc redaktorzy i publicyści przeróżni na tych „nie naszych” rzucają się „kupą” i „bigosują” niczym niegdyś pijana szlachta w karczmie. Nie ważne – mądra idea, korzystna sprawa, zacny człowiek! Nie nasz?! Nie nasz?! Tak więc „prać” i tyle! Powód? Bez żartów proszę! Ten zawsze się znajdzie! A jak nie? No to się go sprokuruje! Przykład? Proszę uprzejmie! Polski dziennikarz wyjeżdża za granicę, gdzie jako zagraniczny dziennikarz tworzy skrajnie krytyczny materiał w zagranicznych mediach, a następnie wraca do Polski i robi kolejny materiał o tym, jak to zagraniczne media nas krytykują (wszystkie podobieństwa do realnych osób i zdarzeń są oczywiście przypadkowe). Paskudne? Paskudne! Ale to nie ważne! Ważne by „prać” „nie naszych”! A co na temat „naszych biją”? Też banalna sprawa. Ktoś „palnął” głupotę. Polityczną, historyczną, jeszcze jakąś – nie ważne. Głupota oczywista. Bezsens totalny, albo dyletanckie paplanie. Teoretycznie – nie powinno być żadnego problemu. Albo pominąć milczeniem, albo rzeczowo skrytykować, albo wyjaśnić autorowi/autorce (do wyboru) pomyłkę, bezsens, niewiedzę, niekompetencję i… tyle. Ale nie! Jakakolwiek krytyka, dyskusji próba spotyka się z okrzykiem „naszych biją”! I już zastępy całe dziennikarzy wszelakich, publicystów oświeconych i wszystkich komu się zechce tylko – bronić głupot zaczynają. Zaczyna się zazwyczaj delikatnie – niby nie zrozumieliśmy. Oni nam „wyjaśnią”… Potem do użytku może wejść takie słówko „performance”, a pod nie każdy idiotyzm da się podciągnąć, nawet flagę państwową wetkniętą w psie odchody (wszystkie podobieństwa do realnych osób i zdarzeń są oczywiście przypadkowe). Później mamy do czynienia z wątpliwościami co do naszych zdolności intelektualnych. Jak to nie zadziała i dalej głupotę za głupotę uważamy, pojawiają się dyskusje o naszym charakterze, przekonaniach politycznych, domniemanych uprzedzeniach, a na koniec dywagacje o naszej psychice. Bo przecież to „naszych biją”! I nie ważne, że ci „nasi” to głupcy, szkodnicy, złodzieje i miernoty. Ważne, że to „nasi” i wara od nich wszystkim! Kiedy obronę jawnej głupoty widzę, gdy z agresją na szlachetność się spotykam – strasznie mi na duszy…

Nienawiść. Tak wiem – ostatnio ciągle ktoś krytykuje „mowę nienawiści” powszechnie (a tak! powszechnie!) używaną w mediach. Krytykuje ją jednak tylko wtedy, gdy jest używana przez adwersarzy krytykującego. Jednocześnie redaktor, publicysta, autor postu nawet na moment nie zawaha się by po nią sięgnąć w ataku na „nie naszego”, obronie „naszego”, obrzuceniu medialnym „gównem” przeciwnika – osiągnięcia postawionego celu, najprościej rzecz ujmując. Przy opisywaniu nienawiści (nie mowy tylko), służącej mediom do malowania nam świata obrazu, na szukanie przykładów nawet wysilał się nie będę. Nie ma sensu. Wystarczy chociażby włączyć komputer i „zajść” na przeróżne internetowe strony. Nie tylko na FB. Także, a może szczególnie, na komentarze na stronach internetowych popularnych gazet. Oj, tam to się dzieje! To już nie jest sprawa języka tylko! To są ewidentnie problemy ze stanem ducha piszących! To samo dotyczy Twittera. Mam nawet czasami wrażenie bycia świadkiem pewnej machinacji. Wpis zamieszczony bywa tylko po to, by nienawistne komentarze wywołać. Kilka neutralnych słów, jedna linijka tekstu czasem jest podstawą dla dziesiątków komentarzy. Dla lżenia, wykpiwania, obrażania, oczerniania. Nie zgadzacie się? No to szanowni administratorzy (to zdaje się też redaktor, tylko taki internetowy) – dlaczego na takie numery pozwalacie? Nie kasujecie, nie blokujecie? Powiecie mi – wolność słowa?! Ciekawe! Po pierwsze, jakiego słowa, pytam?! A po drugie, wolność słowa to tak, ale za to wolne słowo odpowiedzialność to już nie?! Może znowu użyjecie pojemnego słówka „performance”? Super, tyle, że proponuję skończyć z obłudą! Jak ktoś – to „mowa nienawiści”, a jak wy – to „performance” i wolność słowa?! Dobre żarty!

Dlaczego nienawiść jest taka powabna? Bo nienawiść jest jak wino! Upaja! Wiem, bo kiedyś umiałem nienawidzić. Długo się z tego leczyłem. Ale dzięki temu rozumiem pewną sprawę. Mowa nienawiści może być przemyślanym aktem, celowym działaniem. Może, ale tylko do pewnego momentu. Potem ta „mowa” jest prawdziwej nienawiści przejawem. Teraz właśnie, coraz częściej samą nienawiść, swoisty jej „destylat” obserwuję. Gdzie ta nienawiść ma korzenie? Moim zdaniem, to skutek prymitywizmu wielu naszych polityków. Oni nie politycznego przeciwnika widzą – oni widzą wroga. Wroga zaś trzeba zniszczyć! Trzeba nienawidzić! Jednak, wracając do tego, o czym pisać pragnę, sprawa znowu nie w polityce. Sprawa w tym, że dziennikarze (w wielu przypadkach) zamienili się z dziennikarzy w propagandystów, publicyści (wielu) także i teraz politykom służą. Siłą rzeczy, przejmują schematy zachowań zleceniodawców. Chamstwo, arogancja, przeświadczenie o nieomylności, nieuzasadniona niczym duma i samozadowolenie, nienawiść do wszystkich dookoła – szczególnie tych młodszych i zdolniejszych, pazerność na kasę, brak nawet śladu samokrytycyzmu, oderwanie od realiów „zwykłego świata”. To źródła owej „mowy nienawiści” i niestety, najzabawniejsze internetowe filmiki, plakietki na garniturach i plakaty w redakcjach niczego nie zmienią. Jeśli zaś tak, to świat nam prezentować będę nienawistny, bez miłości, bez wiary, bez nadziei. Fałszywy to obraz, wykreowany byśmy też nienawidzili. Bo tak łatwiej nami sterować.

Wiem, że w tym co pisze, podobny jestem do małego człowieczka, który się porwał z „motyką na słońce”. Tego co się dzieje w polskich mediach – nie da się na kilku stronach opisać. Jednak nie potrafiłem się oprzeć! Mieszkam poza Polska od lat już wielu i polska prasa, polskie media, portale internetowe są dla mnie ważne. Czytam więc, oglądam i… ja naprawdę wpadłem w depresję! I naprawdę jej przyczyną były wieści, a raczej „obraz świata” naszymi dziennikarzami, publicystami (nie wszystkimi przyznaję) malowany! Język którym się posługują, sposób w jaki wartościami kupczą, lekkość z jaką zmieniają zdanie, prymitywizm z jakim kłamią, bezwstyd z jakim propagandzie się oddają, zaciekłość z jaka nienawidzą, pogarda z jaka nas traktują, nonszalancja z jaką autorytety depczą, pazerność jaką przejawiają. Straszne! Kropla po kropli, ziarno za ziarnem, kapało, sypało się to na me plecy. Aż kilka dni temu udało mi się „strząsnąć” narzucony na mnie ciężar i spojrzeć w niebo bez strachu. Może i ktoś z Was ma podobne problemy. Może komuś mój tekst „wyzwolić się” pomoże.

Tak, wiem. Znowu bez wniosków, znowu bez propozycji. Były już takie zarzuty. Wyjaśnienie zatem. Wnioski i propozycje pozostawiam czytelnikom. Umyślnie! Mój szacunek dla wolności nie pozwala mi Wam wniosków narzucać. Nie pozwala mi też proponować Wam, jak z opisanymi zjawiskami walczyć! Po pierwsze, jakie ja mam do tego prawo? Tak, podzielić się opiniami mogę, pragnę nawet! Jednak mam świadomość tego, że to co ja za problem uważam, wcale dla kogoś innego problemem być nie musi. Jeśli tak jest, to jaki sens ma proponowanie wniosków i działań jakichkolwiek? Po drugie, wierzę w Wasza mądrość. Tekst napisany traktuję nie jako wyczerpującą analizę, lecz jako sygnał jedynie. Wierzę, że jeśli Was temat zainteresuje, jeśli sens w nim znajdziecie, sami zaczniecie „drążyć”. Sami znajdziecie jeszcze dziesiątki, setki (niestety) może przykładów jak to „czarny obraz” świata nam przed oczami malują, jak to rozumowi przeczą, wartości depczą, propagandzie służą. Jeśli tak, jak ja mogę „przed szereg” wyskakiwać i jakieś wnioski proponować? To byłby brak szacunku i wiary!

Po trzecie, wreszcie. Słusznie, czy nie, ale za filozofa się uważam. Takiego śmiesznego marudę, który dziwnymi pytaniami się zajmuje, chodzi zapatrzony w niebo, okulary nosi, fajkę pyka, nudne książki czyta. Serio! Moje rozumienie tego co robić powinienem sprowadza się do wyjaśniania, badania świata. Jego zmienianie pozostawiam politykom właśnie.

Uważam za swój obowiązek hołd złożyć, czapkę zdjąć z głowy i nisko, do nóg samych się pochylić, przed wszystkimi DZIENNIKARZAMI, PUBLICYSTAMI, EKSPERTAMI, REDAKCJAMI (tymi których znam osobiście i tymi którzy nie są mi znajomi), którzy na przekór trudom, modzie, pokusom i wszystkiemu innemu, nie oddali się tworzeniu propagandy, nie zamienili sumienia na pieniądze, którzy trwają i walczą. Tym dla których prawda i dobro są jednoznaczne i niezmienne. Ja naprawdę wielkim Was darzę szacunkiem.

Artur Deska
Tekst ukazał się w nr 22 (242) 30 listopada – 17 grudnia 2015

X