Stary Nowy Rok

Stary Nowy Rok kumanets.com.ua)

Na zachodniej Ukrainie króluje powiedzenie „od Romana do Jordana ukraińska ramadana”, przy czym ramadana nie oznacza wstrzemięźliwości, ale długie świętowanie, według dwóch rytów: zachodniego i wschodniego, od początku grudnia do lutego.

Świętuje się nie tylko w rodzinach, ale również w miejscach pracy. Kiedyś próbowałam rano wezwać taksówkę, ale z kilku firm otrzymałam tę samą wiadomość, że wolnych taksówek nie ma. W południe chciałam zjeść lancz, lecz okazało się, że lanczu też nie ma. Gdy zapytałam, dlaczego? Otrzymałam odpowiedź, bo dzisiaj Mykołaja. Na Ukrainie św. Mikołaj nie tylko przynosi prezenty, ale jest na tyle ważnym świętym, że niektóre zakłady są tego dnia zamykane. W mieszanych rodzinach dzieci otrzymują prezenty dwa razy na Mikołaja 6 i 19 grudnia, dwa razy na Boże Narodzenie 24 grudnia i 6 stycznia oraz obowiązkowo w Nowy Rok, bo Did Moroz jest dalej żywy i dobrze mu się wiedzie. Znaną lwowską piosenkę, która kończy się zwołaniem „Ni ma jak Lwów”, można by dokończyć, bo we Lwowie jest najwięcej Mikołajów.

Raz przywieziono nam z targu choinkę. Wysoką i niezwykle ciężką. Osadzenie jej w stojaku okazało się zupełnie niemożliwe. Przewracała się na wszystkie strony. Gdy rozchyliłam gałęzie, zobaczyłam dwa pnie. Zaczęłam rozcinać sznurek. Ze środka wyskoczyła jeszcze jedna, trochę mniejsza. Gdy zdjęłam cały sznurek, na podłogę spadła czwarta. W pokoju zrobił się zagajnik. Dziecko zaczęło płakać, co my teraz zrobimy. Miejscowa opiekunka klaskała w dłonie i wykrzykiwała, że czeka nas obfity rok i niespodziewane radości. Prawda była dużo prostsza, sprzedawcy nie wiedzieli, co sprzedają.

Ukraina to nadmiar i niedobór. Brzydota i przesada. Staruszka, której nie stać na zgniłe banany i bogacz, który ogląda telewizję na złoconych kanapach.

Barokowe biesiadowanie to cecha ludzi Wschodu. Oceniana pozytywnie, jako wartość podtrzymująca tradycyjne więzi rodzinne i społeczne, element kultury i religii. Ukraińskie długie bożonarodzeniowo-noworoczne świętowanie jest pewnego rodzaju ewenementem w Europie Środkowej. Przez jednych docenianym, przez innych krytykowanym. Szczególnego znaczenia nabrało ono dzisiaj, gdy na wschodzie kraju nie milkną strzały, ludzie nie mają gazu, prądu, nie działają szkoły, szpitale, zakłady pracy. Na zachodzie hucznie, w bogatej oprawie fajerwerków, obchodzony jest Sylwester i Nowy Rok, a nawet dwa „Nowe Roki”: Nowy Rok i Stary Nowy Rok – 14 stycznia, według kalendarza juliańskiego. Lwowskie osiedla opustoszały, bo miejscowi wyjechali świętować do rodzin, ale ich miejsce zajęli turyści, którzy zamiast za granicę, przyjechali do Lwowa. Ulice starego miasta wypełniają tłumy, które przelewają się w bezkształtnej masie przez kościoły i restauracje. Z niedowierzaniem zatrzymują się przy dzieciach, które po polsku przygotowują jasełka w katedrze łacińskiej. Wsłuchują się w język polski. To dla nich całkowita niespodzianka, wręcz egzotyka. W restauracjach trudno znaleźć wolne miejsce. Przy stoliku w małej włoskiej restauracyjce siedzą dwie dziewczyny przy karafce z wódką. Piją dyskretnie, wolno, delektują się. Nie przepijają ani wodą, ani herbatą. Przy innym stole duża rodzina z niemowlęciem. Dyskutują o cenach mieszkań w Berlinie. Ktoś rozmawia przez telefon, tłumacząc, że na święta nie ma po co wyjeżdżać za granicę, bo Lwów to maleńki Paryż. Wszyscy rozmawiają po rosyjsku. Zaglądam przez okna do innych restauracji, wszędzie tłumy. Wszyscy świętują. Biesiadowanie daje poczucie wolności i normalności. Poczucie sytości wypełnia nie tylko cielesne doły, ale i głowy. Ucztujący się nie boją. Zapominają. Zapominają o Krymie i o wojnie. Zapominają, że za euro nie płacą 10 hrywien, jak rok temu, ale 20, że z radia rozbrzmiewa piosenka z przeraźliwą prośbą dziewczyny, by jej miły wrócił i że wielu nie wróciło.

Boją się tylko ci, którzy nie mają pieniędzy i w samotności oglądają w domu telewizję, w której pokazują wojnę i kraj na skraju przepaści. Na lwowskim rynku panuje karnawał. Centrum miasta jest kolorowo oświetlone, chociaż na obrzeżach codziennie na kilka godzin wyłączają prąd. Centrum miasta to Europa, iluminacje, targi świąteczne. Teatr normalności. Przeszklone fasady kamienic odsłaniają wnętrzności lokali, przypominających przepastne brzuchy rabelaisowskiego Gargantui, gdzie głód po równowadze przerabiany jest na pieniądze. Trzeba jeść i pić, żeby czuć, że się żyje. Trzeba się rzucić w kręte otchłanie gastryczne, żeby nie słyszeć tego, co się dzieje w głowie. Trzeba się bawić, żeby zapomnieć o niepewnym jutrze. Im więcej jedzenia i picia, tym mniej myślenia. Hałas zamyka usta refleksji. Alkohol upija strach. Przypomina to barokowe zajadanie wojen i nieszczęść. Temperaturę spożywania podnosi przygaszone czerwone światło i surrealistyczne krzesła, kształtem przypominające anatomię siedzącej na nich części ciała.

Coraz bardziej nienasycone otchłanie trawienne grają marsza pod batutą gastronomicznych dyrygentów, którzy dobrze wiedzą, że zapychanie trzewi nie nasyci emocji. Że nawet najbardziej wyszukana potrawa zostanie strawiona i wydalona a bezwolni właściciele jelit wrócą, bo cielesne głębiny będą się domagały coraz większych ilości zapychaczy. Bo wszyscy poszukują namiastki tego, czego zaznali wcześniej. Wszyscy chcą się bawić i żyć spokojnie. Biesiadując, wierzą, że zaczarują nowy rok, żeby był dostatni i radosny.

Turyści w wyszukanych futrach mieszają się z ludycznymi kolędnikami, niosącymi ozdobne snopki zbóż, symbole dostatku. Kolędując zaklinają rzeczywistość, żeby korowód nie zamienił się w chocholi taniec.

Irena Bilińska
Tekst ukazał się w nr 2 (222) za 30 stycznia – 16 lutego 2015

X