Mieszkaliśmy przy ulicy 3 Maja w Stanisławowie

-a A+

Z Jerzym Tomaszkiem, inżynierem budowlanym, który przed wojną mieszkał w Stanisławowie, rozmawiał Jarosław Krasnodębski

Z tego, co mi wiadomo, to Pana związki rodzinne są bliższe ze Lwowem.
Ojciec [Stanisław] niedługo po ukończeniu medycyny we Lwowie otrzymał propozycję posady lekarza na kolei w Stanisławowie, gdzie mieściła się Dyrekcja Kolei. Wówczas były duże trudności mieszkaniowe spowodowane I wojną światową. Na pewno w grę wchodziły także pieniądze, w Stanisławowie łatwiej było się zakorzenić młodemu lekarzowi. Po ślubie rodzice zdecydowali się wyjechać. Mimo wszystko uwielbiali Lwów, jak większość jego mieszkańców, i z żalem wyjeżdżali do Stanisławowa, o którym mówili, że jest dziurą i prowincją.

Udało się wam otrzymać lokum w centrum miasta…
Mieszkaliśmy w nowoczesnym budynku kolejowym wybudowanym w dwudziestoleciu międzywojennym przy ulicy 3 maja nr 19. Mieścił się w nim zakład fryzjerski i sklep spożywczy tzw. konsum kolejowy. Pracownicy na kolei bez pieniędzy mogli w nim kupować, z tym, że na końcu miesiąca musieli się rozliczać. W budynku była też duża sala, w której odbywały się różnego rodzaju zabawy publiczne. Nasza rodzina zajmowała narożne mieszkanie na drugim piętrze. Było tam pięć pokoi z kuchnią, łazienką i ubikacją. Sporą jego część zajmował ojciec na prywatną praktykę lekarską. Mieszkanie posiadało aż cztery balkony, zapamiętałem, że w okresie wielkanocnym, gdy jeszcze nie było lodówek, to na balkonie trzymaliśmy zapasy.

Z balkonów mogliśmy obserwować defilady wojskowe, jakie maszerowały przed wojną w święto 3 maja i 11 listopada. Pamiętam, że zza firanki oglądałem też, jak do Stanisławowa wkraczali Sowieci.

Dom Polskiego Związku Kolejowców, w którym mieszkała rodzina Tomaszków (Biblioteka Narodowa w Warszawie)

Lekarze tworzyli miejscową inteligencję przed wojną. Czy Pana rodzice włączali się w życie społeczne miasta?
Ojciec, jak najbardziej, poza pracą zawodową udzielał się w wielu towarzystwach. Działał przede wszystkim w Polskim Związku Narciarskim, który współtworzył w Stanisławowie. Jeździł bowiem dobrze na nartach w Karpatach, zwykle w Worochcie, gdzie odbywały się zawody sportowe. Jednak nie występował jako zawodnik, ale był jednym z ich organizatorów. Były to skoki narciarskie i slalom.

Ojciec miał także zapatrywania patriotyczne. Namawiali go nawet członkowie Obozu Zjednoczenia Narodowego, żeby kandydował na posła. Pamiętam taką historię. Gdy bolały mnie stopy, ojciec zaprowadził mnie do poradni kolejowej, w której pracował. Ortopeda po zbadaniu stwierdził, że mam płaskostopie. A ja coś słyszałem na ten temat. Jak wracaliśmy już do domu, to powiedziałem ojcu nieopatrznie, że „to bardzo dobrze, że mam płaskostopie, bo przynajmniej do wojska nie pójdę”. Do dzisiaj pamiętam, jak ojciec mój tłumaczył, że myśmy ponad sto lat walczyli, żeby była wolna Polska, że wreszcie jest Wojsko Polskie, a ja wygaduje takie rzeczy.

Mama [Zofia] była dobrze wykształconą kobietą, miała ukończone konserwatorium muzyczne, lecz przed wojną zajmowała się prowadzeniem domu. Miała zdolności manualne i szyła różne ubrania dla rodziny.

Pamięta Pan swoje pierwsze kroki w szkole?
Powiązania mojej rodziny z Niemcami, jakich było wiele w Galicji, z pewnością sprawiły, że najpierw posłano mnie do przedszkola niemieckojęzycznego w Stanisławowie. Niestety bardzo szybko złapałem dyfteryt i na tym się skończyła moja niemiecka edukacja. W Polsce udało mi się jeszcze skończyć piątą klasę w tzw. ćwiczeniówce [czyli Szkole Ćwiczeń], z czego przez dwie klasy udzielano mi lekcji prywatnych. Moim nauczycielem był wtenczas dyrektor ćwiczeniówki [Władysław] Drabik. Była to szkoła państwowa, starano się jednak, żeby więcej dzieci było z rodzin inteligenckich i kupieckich. Uczniowie tworzyli bardzo zróżnicowane, wielonarodowościowe środowisko. Lekcje zaczynaliśmy od modlitwy, a na gimnastyce graliśmy w dwa ognie. Wszyscy uczyliśmy się już od trzeciej klasy języka ukraińskiego, to był jedyny przedmiot, który sprawiał mi trudności w nauce. W domu w ogóle nie mówiło się po ukraińsku.

Przebieg wojny w Stanisławowie był okrutny dla inteligencji, nie próbowaliście uciekać?
To ciekawa historia. Rodzice byli zaprzyjaźnieni z doktorem Janem Guttem, z poronińskiej rodziny, który miał własną klinikę w Stanisławowie. On jako góral robił studia w Szwajcarii, a jako młody człowiek uprawiał zapasy, walczył ze słynnym Stanisławem Cyganiewiczem. Był prominentną i znaną osobą w Stanisławowie. Miał dwa samochody, jeden wielki, nieznanej mi marki amerykańskiej. Gutt zaproponował tez rodzicom we wrześniu 1939 roku: „Słuchajcie to wygląda bardzo niepewnie, jedźmy w dwie rodziny do Szwajcarii”, lecz rodzice się nie zgodzili, chcieli pozostać w Stanisławowie, zresztą Guttowie również tak postanowili.

Sowieci, gdy wkroczyli, od razu wyrzucili nas z domu. Ojca zaaresztowali 10 października, jeszcze zdążył nam załatwić inne mieszkanie, a nasz budynek zajęło wojsko. Zapewne znaleźli w dokumentach, że ojciec był w wojsku austriackim i bronił twierdzy przemyskiej, gdy wybuchła I wojna światowa. Walczył też w Polskiej Dywizji Syberyjskiej podczas rewolucji z bolszewikami. Ojciec w trybie administracyjnym dostał 10 lat łagru, lecz do niego nie dojechał. 30 listopada 1941 roku, czyli kilka miesięcy po podpisaniu umowy Sikorski-Majski, zmarł w transporcie więźniów na biegunkę głodową, bo nie było ani jedzenia, ani picia.

Nas też wywieźli 13 kwietnia 1941 roku. Tego dnia, w nocy, była wywózka rodzin aresztowanych i rodzin katyńskich w Stanisławowie. Pod dom podjechała ciężarówka, a myśmy pakowali najpotrzebniejsze rzeczy, nie pilnowano nas wtedy. Myśmy mieli szczęście w nieszczęściu. Oficer NKWD nie tylko nie utrudniał pakowania, stwierdził, żebyśmy wzięli dużo rzeczy, bo jedziemy w długą drogę. Wzięliśmy ze sobą między innymi dwa albumy rodzinne. Z kamienicy naszej zabrano także żonę adwokata z pięcioletnim dzieckiem, jej drugi starszy syn zdążył uciec. W transporcie matka spostrzegła, że to jedno dziecko, z którym jedzie, jest nieochrzczone, co wzbudziło wśród obecnych pań dużo emocji. Ja jako najstarszy [dwunastoletni!] mężczyzna w tym wagonie zostałem więc ojcem chrzestnym.

Jak wyglądała wasza podróż i pobyt w Kazachstanie?
Nasza podróż do Kazachstanu trwała około dwóch tygodni, ile to było tysięcy kilometrów, trudno mi powiedzieć. Najpierw zawieźli nas po utartym szlaku do wsi Pieszczanki. Później trafiliśmy do większej miejscowości Presnogorkowka, z której matka zdecydowała się uciec. Była tzw. amnestia, NKWD całą tę kolonię zlikwidowało, ale stwierdzili, że jesteśmy tu potrzebni do pracy, bo jest wojna i nie wolno stąd wyjechać, za ucieczkę groziło nam więzienie. Do wybuchu wojny sowiecko-niemieckiej można było jakoś żyć, przesyłano nam paczki, między innymi od doktora Gutta.

Dzieci z matkami zesłane do Kazachstanu w 1940 roku (z archiwum Jerzego Tomaszka)

Z całej tej grupy polskiej tylko matka zdecydowała się uciec. Zapłaciliśmy szoferowi wożącemu bele wełny, między którymi się schowaliśmy. Wysadził nas pod delegaturą rządu polskiego w Kustanaju. Była to końcówka listopada 1941 roku, mniej więcej, kiedy mój ojciec umierał z głodu. […] W Bytomiu znaleźliśmy się dopiero w lutym 1947 roku. Wyjechaliśmy z Afryki z polskiego osiedla Kidugala (obecna Tanzania) w lecie poprzedniego roku. [Na temat tułaczki wojennej Jerzego Tomaszka jest dostępnych wiele informacji w Internecie. Między innymi w głośnym filmie „A Little Poland in India” wyprodukowanym w 2013 roku].

Jak to się stało, że wrócił Pan do Stanisławowa po tylu latach?
Towarzystwo Miłośników Lwowa [i Kresów Południowo-Wschodnich] organizowało wycieczki, zbierali chętnych na wyjazd na Kresy, nie należałem do nich, ale miałem stały kontakt z jego członkami. Zdecydowaliśmy się dzięki nim pojechać na wschód w 2005 roku, tylko dlatego, że w programie wycieczki był Stanisławów. To nieporównywalnie większe miasto niż przed wojną, gdy mieszkało tam około 70 tys. osób, a obecnie posiada ponad 300 tys. mieszkańców. Centrum było niezniszczone, w bardzo dobrym stanie, zachowały się zabytkowe budynki, chyba lepiej wyglądały niż secesyjne kamienice w Bytomiu. Odniosłem pozytywne wrażenie, nie była to już dziura i prowincja, jak mówili o Stanisławowie moi rodzice. Widać, że jest to duże miasto. Mimo iż nie jestem człowiekiem sentymentalnym, „wyjazd do Sojuza” wyleczył mnie z sentymentu, jednak postanowiłem tam pojechać, znalazłem swoją dawną szkołę i dom, w którym mieszkałem.

Rozmawiał Jarosław Krasnodębski
Tekst ukazał się w nr 6 (322) 29 marca – 15 kwietnia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.