Wiosna 1944

-a A+

W latach 1942-43 we Lwowie Niemcy czuli się w roli gospodarzy: front był daleko, w mieście działały kina, restauracje, sklepy.

Jednak większość tych uciech dostępna była jedynie „Nur für Deutsche” – tylko dla Niemców. W tramwajach mieli wydzielone 1/3 wagonu, a w pociągach – oddzielne wagony. Co niedzieli przed Operą o godz. 15:00 grała orkiestra wojskowa, a w dnie powszednie były łapanki i wywózki „na roboty” do Niemiec i Austrii. Wieczorami i nocą działała godzina policyjna.

Sytuacja zmieniła się pod koniec 1943 i na początku 1944 roku. Zaczął się zbliżać front. AK zaczęło wykonywać wyroki na kolaborantach. Na murze domu przy ul. Zbaraskiej 4 (ob. Opilśkoho) pojawił się napis czarną farbą „Tu mieszka zdrajca polskiego narodu”. Po tygodniu został on zastrzelony na schodach tej kamienicy. Na murach zaczęły się pojawiać patriotyczne napisy i rozrzucano pocztówki o takiejże treści. Zaktywizowało się też podziemie komunistyczne. Agent rosyjski Kuzniecow zastrzelił niemieckiego urzędnika Otto Bauera.

Pociągnęło to za sobą konsekwencje: 21 kwietnia 1944 roku – z okazji urodzin Hitlera – we Lwowie przeprowadzono publiczną egzekucję. Na ul. Słonecznej 6a (ob. Kulisza), gdzie teraz stoi hotel „Lwów”, rozstrzelano 52 zakładników, a dwie osoby powieszono. Do 1946 roku w tym miejscu kładziono kwiaty i palono świece. Po opuszczeniu miasta przez Polaków, ta tradycja zanikła.

Aby w jakiś sposób uspokoić nastroje ludności Niemcy postanowili zorganizować mecz piłkarski pomiędzy polskimi i niemieckimi sportowcami. O tym meczu na łamach Kuriera Galicyjskiego nr 20 z roku 2016 pisał Jan Jaremko. W artykule wykorzystał on wspomnienia Wacława Kuchara i Kazimierza Górskiego – uczestników tego wydarzenia sportowego.

Jestem rodowitym Lwowiakiem. Urodziłem się i w okresie wojny mieszkałem przy ul. Na Bajkach 25 (ob. ul. Kijowska). Naszymi sąsiadami była rodzina Haninów. Mieli syna Leona i trzy córki. Leon, nazywany przez kolegów Bobcio, był wychowankiem lwowskiej Pogoni i przed wojną studiował na Politechnice Lwowskiej. Na boisku grał jako lewy obrońca. Po 1939 roku grał w Spartaku Lwów.

W czasie okupacji niemieckiej, gdy organizacje sportowe nie działały, sportowcy lwowscy musieli przystosować się do nowych warunków. Pan Leon, jako „nieukończony” inżynier, pracował w gazowni lwowskiej. Wówczas przy jego pomocy jego rodzinie – i po sąsiedzku nam – przeprowadzono instalację gazową do kuchni. Kilku przedwojennych piłkarzy pracowało przy obsłudze boiska Czarnych Lwów przy ul. Stryjskiej. Kosili tam trawę, malowali granice pola, a podczas meczy Niemców z Węgrami, Słowakami czy Włochami, rozwieszali siatki na bramkach i przygotowywali mecze. Za to otrzymywali kartki żywnościowe i jakieś pieniądze. Zdarzały się jednak okazje, gdy przedwojenni koledzy-rywale, spotykali się na tym polu i mogli pokopać piłkę.

Leon Hanin również odwiedzał te „spotkania koleżeńskie” i czasami zabierał mnie, abym podawał im piłkę. Było tam jeszcze kilku chłopaków w moim wieku i była to dla nas nie lada frajda, móc podawać piłki takim sławom lwowskiego footballu. Mieliśmy szczególnie dużo pracy, gdy na bramce stawał Spirydon Albański, gracz reprezentacji Polski. Strzelano mu ostro, a on prawie wszystko łapał lub odbijał. Mieliśmy wówczas trochę biegania. Komendant stadionu, starszy Niemiec, przychylnym okiem patrzył na te „treningi”.

Rodzina Haninów zajmowała czteropokojowe mieszkanie na parterze z wejściem od podwórza. Często odwiedzali go koledzy piłkarze. Haninowie ukryli odbiornik radiowy i często goście schodzili się właśnie na słuchanie audycji z Londynu. Pewnego razu wpadłem do nich i zobaczyłem ten odbiornik. Starsza siostra, pani Hanka, bardzo się zmiesza, gdy zobaczyłem radio i poprosiła mnie, abym, broń Boże, nikomu o tym nie mówił. Po tym incydencie, już więcej nie zapraszano mnie „na pokoje”. Wszystkie sprawy załatwiałem w kuchni. Takie rzeczy jak radia, aparaty fotograficzne, a nawet narty były zabronione dla ludności cywilnej. Pani Hanka czasami po cichu przekazywała mojej mamie te wiadomości. Nasze rodziny żyły ze sobą w dobrych stosunkach i często wspomagaliśmy się nawzajem w trudnościach życiowych.

Mecz wyznaczony był na koniec maja 1944 roku i miały w nim wziąć udział niemiecka drużyna „Kona” i polscy sportowcy z przedwojennych lwowskich klubów. Na kilka dni przed meczem „Bobcio” dał mi dwa niewielkie afisze o meczu. Z kolegą rozkleiliśmy je na tablicy ogłoszeń przy ul. Wiśniowieckich (ob. Rusowych) i na skrzyżowaniu ulic Listopada i Szymonowiczów (ob. ul. Konowalca i Melnyka).

W dzień meczu pogoda była ładna i siostry pana Leona wzięły mnie na ten mecz, który rozgrywano na stadionie na Pohulance. Stadion był ogrodzony drewnianym płotem z bramą i furtką w nim. Przez małą furtkę kontrolerzy przepuszczali widownię „z biletami”. Jednak chętnych do obejrzenia tego widowiska było tak wielu, że tłum rozwalił bramę i wdarł się na stadion. My mieliśmy bilety i miejsca na niewielkiej trybunie w 1 czy 2 rzędzie. ¾ trybun zajmowali Niemcy, a w przejściach stała policja. Kibice ustawili się wokół pola i na pagórku.

Gra była ciężka. Niemcy, przegrywając, stale faulowali, kopiąc naszych po nogach. Sędzia, naturalnie Niemiec, tej brutalnej gry nie zauważał. Niemieccy napastnicy w żaden sposób nie mogli przejść naszej obrony. Leon Hanin pod koniec meczu został tak mocno kopnięty, że musiał zejść z pola. Jego siostra Maria miała na szczęście torbę z opatrunkami i opaskę z czerwonym krzyżem na ramieniu. Pozwolono jej podbiec do brata i okazać mu pomoc. Nie było już czasu na zamianę, więc Bobcio grał dalej, mocno kulejąc.

Polacy wygrali 4:1. Radości naszych kibiców nie było granic. Stadion szybko opustoszał. Leona do domu przywiózł jakiś kibic dorożką, bo nie mógł iść. Później przez kilka dni leczył się, ale u przyjaciół na sąsiedniej ulicy, bo ukrywał się. Zresztą tak jak i inni uczestnicy meczu, którzy starali się „zniknąć z oczu” władzom na jakiś czas.

Do przyjścia drugich sowietów Leon Hanin pracował nadal w gazowni. 22 lutego 1946 roku rodzina Haninów opuściła Lwów i osiadła we Wrocławiu. Leon ożenił się ze swą narzeczona – sąsiadką z naszej kamienicy Ireną Kozak, ukończył politechnikę. Miał jednak kłopoty zdrowotne i do wielkiego sportu już nie powrócił.

W czerwcu 1964 roku moja matka odwiedzała rodzinę we Wrocławiu. Tam spotkała się z Leonem. Lwowa już nigdy nie odwiedził. Jego siostra, Zuzia, w latach 1991 i 1994 przyjeżdżała do Lwowa ze swą córką. Były to ciepłe sąsiedzkie spotkania. Ja również odwiedzałem ich kilka razy. Wówczas od p. Zuzi otrzymałem krótkie satyryczne wierszyki o przedwojennych piłkarzach zatytułowane „Nagrobki jubileuszowe”. Jest tam również o Leonie Haninie:

W tym grobie leży zacny chrześcijanin.
Nazywał się Bobcio albo LEON HANIN.
Za życia swego kręcił się wśród graczy
I kopał piłkę – Bóg mu to wybaczy,
Bo choć mocno do futbolu się palił,
Gdy jeden mecz wygrał, to dziesięć zawalił.
Serce miał miękkie, lecz stalowe nogi;
Wchodził on w gracza, jak masło w pierogi.
Teraz już stoi przed sądem niebieskim
I nie sam tam stoi – z pewnością z Jeżewskim.
Razem bowiem żyli i kosili razem,
Wspólnie też pod jednym dzisiaj leżą głazem.

Wspominam zawsze ten mecz, bo był to dla mnie pierwszy, który oglądałem z trybun. Do dziś pozostała mi pasja kibicowanie drużynom piłkarskim. Ale teraz na stadion już nie chodzę. Nie ma już teraz prawdziwej piłki nożnej, a jest jedynie pełno młodzieży, nie posiadającej żadnej kultury.

W 2006 roku odwiedziłem Warszawę i postanowiłem odwiedzić Kazimierza Górskiego. Niestety był już w szpitalu. Przyjęła mnie jego synowa i opowiadała, jak zawsze ciepło wspominał Lwow. Sprezentowała mi książkę Kazimierza Górskiego. Później odwiedzałem już tylko jego grób na Powązkach. Zdziwiony byłem skromnością tego wybitnego trenera. Mieszkał w skromnym 3-pokojowym mieszkaniu i spoczął na cmentarzu pod skromnym nagrobkiem. Nie tak mieszkają teraz nasi trenerzy i piłkarze, którzy grają jak patałachy.

Tadeusz Żuk
Tekst ukazał się w nr 8 (324) 26 kwietnia – 16 maja 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.