Słowacki, Piłsudski i…. Krzemieniec

Słowacki, Piłsudski i…. Krzemieniec

Mariusz i Urszula Olbromscy organizatorzy uroczystości w Krzemieńcu (Fot. Krzysztof Jabłonka)Słowa rodowitej Krzemieńczanki, pamiętającej czasy Liceum i jego dowojenną świetność, uzmysłowiły nam jak niezniszczalną rzeczą jest kultura i czerpiąca z niej swe siły oświata, jak uniwersalną i nieustannie odradzającą się w duszy każdego, szukającego sensu w swym życiu człowieka, którego zachwyca piękno, dobro i poczucie honoru, jako ładu wewnętrznego.

Usłyszeliśmy świadectwo świata, który nie przeminął bezpowrotnie, ale znajduje kontynuację w nas, kolejnych Krzemieńczanach. Krótkie wystąpienie autora niniejszego artykułu „Krzemieniec w tradycji rodzinnej Piłsudskich” ograniczyło się do dwóch słów-określeń, łączących obie wielkie postacie: cień Napoleona, którego 200 rocznicę wyprawy na Moskwę właśnie na bieżąco obchodzimy (7 września minie 200 lat od bitwy na polach Borodino,). Gdy rodził się Juliusz, orły armii Księstwa Warszawskiego dotarły do nieodległej od Krzemieńca granicy Rosji z Austrią, która właśnie przez Napoleona pod Wagram, a przez Polaków nad Dniestrem (pod Wieniawką), została rozgromiona. Wolność wydawała się bliska, a krzemienieccy notable jeździli gremialnie do Brodów oglądać Polskie Wojsko.

Niestety, już po urodzeniu poety, w październiku 1809 r, musiało ono cofnąć się za Bug, oddając Galicję Austriakom a Tarnopol Rosji (na 5 lat). Drugim słowem łączącym tych gigantów jest „matka”, zarówno Słowackiego, będącym ucieleśnieniem wszystkiego co najlepsze w świecie, również duchowym jak i dla Piłsudskiego, który we wszystkim, nawet w dorosłym wieku, kierował się jej zdaniem, „jakby matka postąpiła”. Dodajmy matka patriotka, pół Polka pół Litwinka, która ze służbą i rodziną ze Żmudzi umiała rozmawiać po litewsku, z władzami carskimi zaś, wyłącznie po francusku. W Krzemieńcu wskrzesił Marszałek swym jednym rozkazem Liceum, które odwiedził w 1922 roku i tu w latach 1937 i 38 jego córka Jadwiga rozpoczynała swój pierwszy kurs szybowcowy i wielką przygodę z przestworzami, która w czasie nadchodzącej wojny zaprowadzi ją do Służby w Królewskich Siłach Zbrojnych RAF-u. To wspomnienie młodzieńczych dokonań matki było powodem obecności podczas pierwszego dnia spotkań,  jej syna Krzysztofa Jaraczewskiego. Goszczącą zaś w Krzemieńcu młodą pannę Piłsudską i użyczającą „swego” szybowca, była matka piszącego te słowa, córka krzemienieckiego profesora historii i dyrektora jednej z krzemienieckich szkół Franciszka Hilczera, Zofia Hilczer, później Jabłonka. Jakże żywy przykład prawdziwości słów Hymnu Krzemienieckiego z XIX wieku, „Dzieło dziadów, wnuk podchwyci”. Cóż dodać, „matki temu winne”.

Następne wykłady były już bardziej literackie. Pani Urszula Makowska, córka nieodżałowanej pamięci prof. Stanisława Makowskiego, odkryła przed nami świat „Raptularza Wschodniego”, który był zaginął w 1939 r., a odnalazł się w Moskwie w ostatnim czasie. Raz jeszcze potwierdziło się pamiętne motto, „Rękopisy nie płoną”, zwłaszcza w Moskwie. Porównując z wydanym w druku Dziennikiem mogliśmy raz jeszcze z poetą odbyć podróż na tajemniczy Bliski, choć wtedy odległy, Wschód.

Pan Janusz Wasylkowski przypomniał związki Piłsudskiego ze Lwowem, a Mariusz Olbromski uzmysłowił jak wielka manifestacją narodową i świętem zarazem był pogrzeb Juliusza Słowackiego w 1927 r, zarządzony przez ówczesnego premiera rządu Józefa Piłsudskiego, który zdecydował, ze jego miejscem spoczynku ma być Wawel, „gdyż królom był równy”. Ta tradycja trwa do dziś.

W dalszej części było wspomnienie spektaklów w teatrze Polskim we Lwowie i recytacja fragmentów, zwłaszcza Beniowskiego, z którego strofa trafiła na grób „Matki i serca Syna” na wileńskiej Rossie.

Pierwszy dzień zakończył występ młodzieży z Liceum im. Słowackiego w Chorzowie przy czym popiersie wieszcza, stojące przed dworkiem-muzeum ozdobione zostało „licealnym” płaszczem. Szacowny Juliusz został przyjęty w poczet zasłużonych członków Liceum „Słowaka”.

Dzień następny był również przedziwną mieszaniną, sporządzoną ze smakiem, tekstów literackich, poezji i muzyki w najlepszym wydaniu. Ze strony ukraińskiej zachwycił nas swą grą pan Marczenko, zwłaszcza po wspomnieniu, że Marszałek z małżonką lubili słuchać Gershwina, wtedy natychmiast jego muzyka popłynęła z szacownego fortepianu. Zespół folkloru ukraińskiego, czterech dziewcząt z bandurą, ujął słuchaczy interpretacją „Kwiatów polskich” . Po raz kolejny okazało się, że nazwy naszych narodów mogą brzmieć i brzmiały  przyjaźnie dla siebie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X