Słomiany świat pani Marii

Słomiany świat pani Marii

Słomianym rękodziełem ludowej artystki Marii Krawczuk z Wołynia zachwycają się mieszkańcy wielu ukraińskich miast. Ze swymi pracami odwiedziła wystawy w Anglii, USA, Francji, Holandii, Kanadzie, Belgii, w krajach byłego ZSRR. Do dziś wspomina pobyt w Japonii, gdzie zadziwiała zwiedzających swymi wytworami w pawilonie Ukrainy na wystawie EXPO w Nagoi. Najczęściej pani Maria zapraszana jest do Polski. Tu dzieli się tajnikami tworzenia diduchów, świątecznych pająków, zawsze jest mile widzianym gościem.

Za Bug, jak do siebie do domu
Pani Maria mówi, że jej ojciec Wasyl ukończył szkołę polską z wynikiem celującym. Służył w wojsku i po wielu latach Polska wynagrodziła swojego żołnierza – przez jakiś czas oprócz ukraińskiej emerytury otrzymywał też polską. Dziś Polska gościnnie otwiera drzwi przed jego córką. Wyroby ze słomy pani Maria przedstawiała w Warszawie i na Pomorzu. – w Gdańsku, Gdyni i Sopocie, – opowiada artystka. – Ze wszystkich Jarmarków Jagiellońskich opuściłam tylko jeden. Pod koniec ubiegłego roku zaproszono mnie do Woli Sękowej na Uniwersytet Ludowy Rzemiosła Artystycznego, prowadziłam cykl zajęć z plecenia ze słomy. Warsztaty trwały pięć dni i obecnie czekam na zaproszenie na kontynuację zajęć.

Maria Krawczuk jest zachwycona stosunkiem Polaków do niej i do kultury ludowej. Artystkę cieszy fakt, że na festiwalach i jarmarkach jej rękodziełem interesują się ludzie w różnym wieku. Najchętniej jednak pracuje z polską młodzieżą. Tak też było na Uniwersytecie Ludowym w Woli Sękowej, gdzie większość uczestników warsztatów stanowili ludzie młodzi.

Przez ciernie do sławy
Nasza rozmowa powraca do tematów ukraińskich. Moja rozmówczyni wzdycha ze smutkiem: – Jakby na Wołyń w 1939 roku nie przyszli sowieci, a tereny te pozostały w Polsce, los rodziców nie byłby taki ciężki.

 

Muzeum „Słomiane cuda” (Fot. Agnieszka Ratna)Jej ojciec w czasie wojny dostał się do niewoli, a stamtąd do obozu niemieckiego. A dalej, jak mówią, – z deszczu pod rynnę. W obozie udało mu się przeżyć, po powrocie do domu założył rodzinę. Potem jako „wróg narodu” został zesłany na Syberię. Tam w baraku, w Prokopiewsku koło Kemerowa, przyszła na świat Maria. Kiedy w 1956 roku rodzina wróciła do ojczystego Tuliczowa nie mieli własnego kąta. Wybudowali dom. Było im ciężko, ale Maria od dziecka marzyła, że zostanie artystką.

Studia w liceum plastycznym im. Iwana Trusza we Lwowie pozostawiły same przyjemne wspomnienia. Obecnie pani Maria z wdzięcznością wspomina swych profesorów i atmosferę. Nauczyli jej podstaw malarstwa, grafiki, kompozycji, ale też odpowiedzialności za swoją twórczość.

Przez jakiś czas pracowała jako artysta-dekorator w kołchozie, następnie na poczcie, a kiedy zaczęło ją nudzić wypisywanie kolejnych haseł i druczków, znalazła pracę w szkole. Zaocznie ukończyła iwanofrankiwski instytut pedagogiczny na wydziale grafiki, była pierwszą osobą z dyplomem na temat wyrobów ze słomy.

– Po raz pierwszy słomianą szkatułkę zobaczyłam w autobusie – kontynuuje swą opowieść artystka. – Dowiedziałam się kto jest jej autorem i pojechałam do wsi Kustycze do dziadka, który tam mieszkał. Nauczył mnie tylko jednego splotu i smutno powiedział: „Wszystkich uczę, ale nikt nie chce tym się zająć”.

To było jak iskra, rozpaliło jej wyobraźnię niczym suchą słomę. Zaczęła pracować, szukała nowych splotów, form i materiałów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X