Skarb Kozackiego Hetmana

Skarb Kozackiego Hetmana

Gra za kulisami

Ale nadal coś było na rzeczy, bo mimo wszystko, skarbem wciąż się zajmowano, teraz po części zakulisowo, także na Łubiance, siedzibie NKWD. Na początku lat trzydziestych ktoś zatelefonował do Borysa Szebołdajewa, syna jednej z uczestniczek spotkania w Starodybach w 1909 r., członka Komitetu Centralnego WKP(b) i zaproponował, że podejmie się roli pośrednika w odzyskaniu skarbu. Partyjny działacz odłożył słuchawkę, podejrzewał bowiem, że to jakaś prowokacja. Kilka lat później go aresztowano, a na przesłuchaniach domagano się odeń, by przyznał, że nawiązał kontakt z ambasadą brytyjską w Paryżu w sprawie przejęcia depozytu z Bank of England, przy czym wyraził zamiar przedostania się na Zachód, by tam w dostatku dożyć swych dni. W 1938 r. sowiecki państwowy bank Wniesztorgbank powiadomił siostrę Szebołdajewa, że przyjechała delegacja z Wielkiej Brytanii, chcąca przeprowadzić rozmowy w sprawie spadku po hetmanie, ale przejęta aresztowaniem brata odmówiła w nich uczestnictwa. Pod koniec lat 90. rozeszły się w Moskwie słuchy, że hetmańskim skarbem zajmowała się rezydentura NKWD w Londynie, której udało się potwierdzić to, co było już znane, że po likwidacji Kompanii Wschodnioindyjskiej wszystkie jej pieniężne interesy przejął Bank of England, oraz – co było nowością – iż spuścizna po hetmanie znajdowała się w nim jeszcze przed rozpoczęciem drugiej wojny światowej.

Interesujące są w tym względzie poczynania strony brytyjskiej. W 1947 r. przyjechał do Moskwy sekretarz handlu zamorskiego Harold Wilson (późniejszy premier Wielkiej Brytanii), by podpisać porozumienie, dotyczące regulacji należności za materiały wojenne i żywność dostarczone Związkowi Sowieckiemu w czasie wojny. Protokół z rozmów nie został nigdy upubliczniony, niemniej z rozmaitych przecieków wiadomo, że zawarto ugodę, na mocy której wszelkie zobowiązania finansowe Moskwy zostały anulowane, przy czym podstawą takich ustaleń była także rezygnacja z wszelkich pretensji Moskwy do depozytu Połubotka! Szczegóły takiego załatwienia sprawy zawiera utajniony aneks do umowy. Ze strony Związku Sowieckiego umowę podpisał ówczesny minister handlu zagranicznego Anastas Mikojan, ze strony brytyjskiej – ambasador Maurice Peterson.

 

Pod koniec lat pięćdziesiątych do Injurkollegium (sowiecka instytucja prawnicza wyspecjalizowana w dochodzeniu praw materialnych obywateli sowieckich za granicą) zgłosił się, teraz zrehabilitowany, wspomniany wyżej Borys Szebołdajew z wnioskiem, by na nowo rozpocząć starania o odzyskanie depozytu. Nie było to sekretem, bo notatka o nowym otwarciu sprawy pojawiła się nawet w popularnej gazecie, w „Izwiestijach”. W Londynie zaniepokojono się: przecież na szczeblu rządowym ustalono, że żadnych pretensji do skarbu nie będzie się już zgłaszać, a tu proszę – ktoś na nowo z nimi wystąpił, i to prywatnie! Anglicy postanowili się lepiej zabezpieczyć. W 1968 r. podpisano kolejne porozumienie, wyraźnie podkreślające, iż skreślone zostają wszelakie pretensje o charakterze finansowym, zarówno rządowe, jak i prywatne. Ze strony sowieckiej podpisał je premier Aleksiej Kosygin. Rychło okazało się ono jednak dla Anglików niewystarczające, bo dotyczyło ewentualnych roszczeń, powstałych po 1 stycznia 1939 r., a spadek po hetmanie zdeponowano w londyńskim banku na początku XVIII wieku! Trzeba postawić jeszcze większą barierę ewentualnym dochodzeniom, wymyślili angielscy politycy i doprowadzili do jej powstania: będąc w 1986 r. Londynie, minister spraw zagranicznych Związku, Eduard Szewardnadze, podpisał nową wersję umowy, tym razem ustalającą, że obie strony nie zgłaszają już do siebie żadnych roszczeń, bez względu na to, jakiego mogą dotyczyć okresu. Londyn odetchnął. Ale czy rzeczywiście tak uporczywie domagając się tego aktu, miał na uwadze hetmańskie złoto? Injurkollegium przez pewien czas zajmowało się z dużą dociekliwością skarbem, bo wpłynęło doń w tej sprawie wiele interpelacji i wręcz oskarżeń, że państwo lekceważy możliwości jego odzyskania. Przewodniczący Jurkollegium, A. A. Korobow, zamknął postępowanie po badaniach licznych ekspertów oświadczeniem, w którym przede wszystkim poddał w wątpliwość, czy złoto faktycznie dotarło do Kompanii Wschodnioindyjskiej, bo szansa przetransportowania go w XVIII wieku do Anglii była więcej niż nikła. Poza tym, nie znaleziono jakichkolwiek dowodów poświadczających, iż to się udało, a opowieści owego angielskiego szypra to legenda. Injurkollegium zwróciło się do Bank of England i do brytyjskiego Skarbu Państwa. Z obu tych instytucji przyszły odpowiedzi, że nie ma w nich żadnych śladów istnienia majątku Połubotoka.

W 1990 r. Ukrainę odwiedziła premier Wielkiej Brytanii, Margaret Thatcher. Wykorzystując to, w Radzie Najwyższej, zgłoszono interpelację w sprawie skarbu. Nie wiemy, jaki odniosła skutek, zapewne „żelazna dama” nie chciała w ogóle na ten temat dyskutować. Niemniej, parlament powołał komisję, której przewodnictwo powierzono akademikowi Petrowi Trońce. Wyłoniła delegację, która z nim na czele udała się do Londynu, by tam się „w sprawie” rozejrzeć. Ale rozmówcy mieli do powiedzenia tylko tyle, że obowiązuje ich tajemnica bankowa, a poza tym, że skarbu Połubotoka nigdy w Anglii nie było i nie ma. Delegacja wróciła z niczym.

Koniec sprawy?
Skądże! Co i rusz w minionych latach pojawiały się w prasie nowe artykuły o skarbie, na ogół niewnoszące nic nowego do ciągnącego się już od dziesiątków lat i niezmiernie powikłanego problemu. Ciekawa jest informacja, wydrukowana we francuskim magazynie historycznym sprzed pół wieku, że w ukraińskim piśmie, ukazującym się w Południowej Ameryce ukazał się komunikat konsulatu sowieckiego w stolicy Urugwaju, Montevideo, iż poszukiwany jest Ostap Połubotok lub – gdyby nie żył – jego potomkowie. Konsulat zapewnił, że pokryje wszystkie koszty podróży takiej osoby do Urugwaju, tudzież jej pobytu w Montevideo. Dlaczego Moskwa pragnęła odnaleźć Ostapa? Może dlatego, że w czasie jego pobytu w Wiedniu konsul poświadczył mu na piśmie, iż jest pełnoprawnym potomkiem Pawła Połubotoka? W owym czasie taki dokument był równorzędny z aktem notarialnym.

To oczywiste, że po rozpadzie Związku Sowieckiego, londyńskim skarbem zainteresowała się także niepodległa Ukraina. Ach, jakby się jej przydało położyć na nim rękę! Jak wspaniale mógłby on się przyczynić do uzdrowienia kulejącej gospodarki, do podniesienia poziomu życia obywateli! Znaleźli się rachmistrze, którzy wyliczyli, że Anglia powinna wypłacić Kijowowi 16 miliardów funtów szterlingów, co oznacza, iż na każdego Ukraińca przypadłoby około 300.000 dolarów. Finanse republiki zostałaby na tyle podreperowane, że budżet miałby z czego czerpać środki nie przez dziesiątki, lecz setki lat! Dwóch parlamentarzystów, Władimir Jaworski i Roman Iwanczuk, wystąpiło z postulatem, by Wielka Brytania zwróciła Ukrainie jej narodowe bogactwo. No i na tym chyba na razie stanęło. Co nie znaczy, że temat już całkowicie stracił aktualność. Można powiedzieć, że wykształciły się dwa obozy: jeden utrzymuje, że złoto w Anglii jest, tylko rząd Jej Królewskiej Mości go – z naliczeniem odsetek – nie wyda, bo oznaczałoby to ruinę Abionu na wiele lat, drugi, że wszystko to jest legendą, którą należy włożyć między bajki. A zatem, wedle tych ostatnich – sezam Bank of England nigdy się nie otworzy, a według pierwszych, taka szansa jeszcze nie została zaprzepaszczona. Może należałoby zaangażować jakiegoś współczesnego Ali-Babę? Poczekamy, zobaczymy…

Tadeusz Kurlus
Tekst ukazał się w nr 4 (128) 2 – 14 marca 2011

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X