Skarb Kozackiego Hetmana

Skarb Kozackiego Hetmana

Fot. secretworlds.ru

Sensacyjny artykuł

W 1907 r. w periodyku „Nowe Czasy” pojawił się artykuł profesora konserwatorium Aleksandra Rubca. Przeglądając zasoby jakiegoś archiwum, odnalazł w nim dokument z relacją angielskiego szypra z 1720 r., w którym to roku zabrał on na pokład, obierając kurs na Londyn, dwóch ukraińskich młodzieńców. Poza osobistym bagażem, pasażerowie wtoczyli na pokład bardzo ciężkie beczki. W angielskiej metropolii młodzieńcy poprosili szypra, by zawiózł ich do siedziby Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, do której biur wnieśli także beczki. Później szyper dowiedział się od urzędnika Kompanii, że przybysze z Ukrainy złożyli w depozyt złote monety z oprocentowaniem 4% (niektóre źródła mówią o 2,5% lub nawet 7,5%) w stosunku rocznym. Co ważne: ponoć wraz z beczkami, do bankowego sejfu trafiła również własnoręcznie przez Połubotka napisana po angielsku dyspozycja wskazująca, kto poza nim mogą podjąć wkład: jego spadkobiercy (ale tylko z męskiej linii) lub wskazane przezeń inne osoby. Szczegóły co do podziału depozytu wyglądały tak: 80% miało przypaść niezawisłej Ukrainie, 20% – potomkowi. I jeszcze jeden istotny szczegół: odbioru muszą dokonać obie strony jednocześnie. Oryginał tego dokumentu Pawło wręczył synowi, Andrzejowi z zaleceniem, by strzegł go jak źrenicy oka. Szyper zapamiętał także imiona owych młodzieńców, wysłanych z tak odpowiedzialną misją do Anglii, byli to Andrzej i Jakow. A hetman Połubotok miał trzy córki i dwóch synów, właśnie Andrzeja (niektóre dokumenty wskazują, iż było mu na imię Ostap) i Jakowa!

 

Można sobie wyobrazić, jaką sensacją stał się ów artykuł! Szczególnie uważnie przeczytali go potomkowie hetmana, którzy uznali, że trzeba jak najszybciej przystąpić do działania, by móc sięgnąć po pieniądze spoczywające w angielskich sejfach, po tylu latach zaokrąglone do gigantycznych sum. Skrzyknęło się ich ponad 400. Postanowili wpierw ustalić, jakie kroki należy podjąć, by uzyskać dostęp do fortuny. Już w następnym roku zwołali zjazd do miejscowości Starodyby, przybyło nań z najdalszych nawet zakątków imperium około 350 osób, wszyscy z wielkimi nadziejami na uzyskanie najmniejszej choćby części bajecznego skarbu, która każdemu mogłaby zapewnić dostatek do końca życia. Ich rojenia wzmocnił obecny na obradach profesor Rubiec zapewniający, że depozyt nie jest mrzonką, że istnieje, na co ma dodatkowe dowody, wycinki z angielskich gazet z lat 1840, w których donoszono, iż brytyjscy agenci poszukują potomków Połubotoka. No bo po co mieliby się za nimi rozglądać? Poza tym, pewien londyński bankowiec rosyjskiego pochodzenia także go upewniał, iż skarb czeka na swych właścicieli. Te stwierdzenia jeszcze bardziej podgrzały atmosferę zjazdu, jego uczestnicy wybrali spośród siebie 25-osobową komisję, mającą odtąd zajmować się losem hetmańskiej spuścizny. Zrobiono także zrzutkę pieniężną na zaangażowanie w sprawę wziętego kijowskiego adwokata, którego wysłano do Londynu, by na miejscu rozeznał sytuację. Wrócił tylko z wiadomością, że Kompania Wschodnioindyjska została formalnie rozwiązana w 1874 r. i nie sposób ustalić, kto przejął – jeśli w ogóle istniały – jej aktywa. Adwokat miał jeszcze raz pojechać do Londynu, lecz ten plan pokrzyżował wybuch pierwszej wojny światowej. Ale ze skarbem coś było na rzeczy…

 

Spotkanie w Wiedniu
W 1922 r. do ambasadora Ukrainy w Wiedniu (Ukraina utrzymywała własny korpus dyplomatyczny aż do powstania ZSRS), Jurija Kociubińskiego (w latach 1927-1930 był ambasadorem w Polsce; w ramach stalinowskiej czystki w 1937 r. go rozstrzelano) zgłosił się przybyły aż z Brazylii mężczyzna, który przedstawiając się oznajmił, iż jest Ostapem Połubotkiem, synem Andrzeja (Ostapa), który po śmierci ojca, obawiając się o swe życie opuścił Ukrainę i przez Turcję, Grecję i Francję dotarł aż do Południowej Ameryki. A jaki interes go sprowadził do Europy? Chodziło o skarb po dziadku – zaproponował, żeby wspólnie rozpocząć starania o jego odzyskanie z Bank of England (to on, jak przypuszczano, po likwidacji Kompanii Wschodnioindyjskiej teraz nim władał), przy czym nawet nie chciałby przejąć 20% depozytu, jak rozporządził Pawło, lecz zadowoli się tylko 1%.

Eksperci wyliczyli, że w ciągu minionych 200 lat wartość skarbu urosła do wielu miliardów, a może nawet bilionów funtów szterlingów, czyli ów jeden procent uczyniłby Ostapa najbogatszym człowiekiem świata! Kociubiński uznał, że sprawa jest zbyt poważna, by omawiać ją w cztery oczy, sprowadził więc do gabinetu konsula generalnego, jako świadka. Oczywiście, zapytano gościa, jaki ma dowód, że jest potomkiem hetmana. Mam, powiedział i przedłożył dyplomatom odręczne pismo dziadka, z dyrektywą odnoszącą się do skarbu. Nie był to oryginał, tego na razie nie chciał wypuścić z rąk, spoczywał w jakimś banku, lecz kopia. Ale i ona zrobiła na Kociubińskim wielkie wrażenie, była jakby sprawdzianem, że nie ma do czynienia z jakimś oszustem, lecz prawdziwym sukcesorem Pawła Połubotka. Należało zatem podjąć działania. Postanowił udać się osobiście do Charkowa, by tam rozważyć, co dalej. Nie zastał Christiana Rakowskiego, przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych, zwrócił się więc do Grzegorza Pietrowskiego, przewodniczącego Ogólnoukraińskiego Centralnego Komitetu Wykonawczego. Ten zwołał jego prezydium. Nie ma żadnego protokołu z tego posiedzenia, ale sprawę potraktowano poważnie, bo do Wiednia skierowano polecenie, by dalszym jej biegiem pokierował ów konsul generalny, który był obecny przy rozmowie Kociubińskiego z Połubotkiem (Kociubiński akurat zachorował). Dyrektywa brzmiała: nawiązać w jakiś sposób kontakt z Bank of England i sprawdzić, czy zachowało się w nim pisemne rozporządzenie Pawła Połubotoka.

 

Konsul zakrzątnął się gorliwie wokół tego polecenia. Z jego pozycji nawiązanie jakichkolwiek rozmów z Londynem było raczej niemożliwe, miał jednak wysoko postawionego przyjaciela w austriackim ministerstwie spraw zagranicznych, z dobrymi relacjami w angielskiej metropolii. Podjął się pośrednictwa. Z dobrym rezultatem: w czerwcu 1922 r. w podwiedeńskiej miejscowości Maria Enzersdorf odbyło się spotkanie, w którym uczestniczyli obaj dyplomaci, Ostap Połubotok i przybyły z Anglii pułkownik Robert Mitchell, przedstawiciel Bank of England, który wciąż jednak zarzekał się, że bierze w nim udział jako osoba prywatna i nie ma żadnych pełnomocnictw do podjęcia jakichkolwiek decyzji. Ostap pokazał mu kopię pisma dziadka, Anglik uważnie je przeczytał, potem zauważył, że po pierwsze, zanim podejmie się dalsze kroki, należy wpierw potwierdzić jego autentyczność, a po drugie, wypełnienie woli hetmana i tak byłoby niemożliwe, bo przecież Wielka Brytania nie uznaje, iż sowiecka Ukraina jest niepodległym państwem! A przyjąwszy nawet, iż to kiedyś nastąpi, musiałoby dojść do jakiejś ugody, bo o wypłacie takiej sumy, jaka w ciągu dwóch stuleci narosła w banku, nie mogłoby być mowy. Czy tę konstatację można było przyjąć jako potwierdzenie istnienia depozytu w Bank of England? Charków otrzymał dokładną relację z przebiegu spotkania, ale żadnych dalszych kroków nie podjęto, bo Rakowskiego odwołano ze stanowiska (później w stalinowskim procesie skazano na 20 lat więzienia, a w 1941 r. rozstrzelano), a przedstawicielstwo dyplomatyczne Ukrainy w Austrii (także w innych państwach) zlikwidowano. Ostap Połubotok wrócił do Brazylii, gdzie ślad po nim zaginął. Teczki z dokumentacją sprawy skarbu Połubotka znowu trafiły na półki, gdzie osiadał na nich kurz.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X