Skarb Kozackiego Hetmana

Skarb Kozackiego Hetmana

Twierdza Pietropawłowska na Wyspie Zajęczej w Petersburgu jest owiana złą sławą. Nie wiadomo, czy spisano, ilu ludzi zamęczono w jej kazamatach na śmierć (była wyspecjalizowana w torturach, zachowało się wiele przyrządów i maszyn do ich zadawania, także dziś czynne jest w niej Muzeum Tortur), ile zagłodzono.

Budowę fortecy zainicjował car Piotr I, który planował, że będzie ona bronić miasta przed ewentualnym napadem Szwedów, sam też doglądał postępu robót rozpoczętych w maju 1703 r. A potem uznał, iż może być także przydatna jako miejsce odosobnienia dla przeciwników politycznych.

 

Także w naszej historii jest ona obecna, bo więziono w niej wielu Polaków, w tym Tadeusza Kościuszkę, Seweryna Krzyżanowskiego, Juliana Ursyna Niemcewicza, Jana Kilińskiego. Ale my sięgniemy odleglejszych czasów, tych z początków twierdzy, gdy o tym, za kim miała się zamknąć jej brama, decydował sam Piotr I Wielki… Latem 1723 r. car wysłał umyślnych na Ukrainę, do Naddnieprza, by przekazali tamtejszemu hetmanowi nakaźnemu Pawłowi Połubotkowi polecenie wszechwładcy Rosji, aby stawił się na petersburskim dworze. Wezwany zjawił się więc w stolicy, w towarzystwie kilku przedstawicieli starszyzny kozackiej. Czym się kierował car, ściągając do Petersburga hetmana? Jego niesubordynacją, działalnością wymierzoną przeciw podejmowanej przez metropolię rusyfikacji Ukrainy, rugowaniu jej niezależności, narzuceniu nadzoru przez tzw. Kolegium Małorosyjskie, czyli grupę wyższych rosyjskich oficerów, bez których akceptacji żadna decyzja Kozaków nie mogła zostać wprowadzona w życie.

Hetmanat był solą w oku Piotra I, ale nie chcąc całkowicie zrazić sobie Kozaków, potrzebnych mu na wypadek wojny z Turcją, dla pozoru podtrzymywał stanowisko ich wodza. Najbardziej zaszedł mu za skórę hetman Iwan Mazepa, który zabiegając o utrzymanie niezależności Ukrainy stanął w wielkiej wojnie północnej po stronie króla szwedzkiego Karola XII. Uznał go za zdrajcę, ale nie zdołał dopaść, bo po klęsce pod Połtawą Mazepa schronił się na terytorium Turcji, gdzie zmarł w 1709 r. Do godności hetmańskiej generalna rada kozacka zgłosiła Pawła Połubotka, ale Piotrowi ta kandydatura nie odpowiadała. Stwierdził, że to człowiek nazbyt chytry, z którego mógłby się wyrodzić drugi Mazepa. Mianował hetmanem Iwana Skoropadskiego, całkowicie mu uległego, nie przeciwstawiającego się zniewalaniu Ukrainy. Zmarł w 1722 r. Trzeba było mianować następcę, tym razem został nim jednak Pawło Pułubotok, z tym, że bez pełni praw, bo mianowano go tylko hetmanem nakaźnym, czyli jeno tymczasowo pełniącym tę funkcję.

 

Z tajemnicą do grobu

Nowy przywódca Kozaków ze swych poglądów nie zrezygnował, nadal zabiegał o zachowanie niezależności Ukrainy (Piotr I zakazał posługiwania się tą nazwą dla kozackich ziem, dla niego były one Małorosją), i wciąż słał do Petersburga zażalenia na nieliczącą się z nim działalność Kolegium. Ono także przekazywało kancelarii carskiej pisma ze skargami na hetmana, niestosującego się do jego poleceń. W końcu car, mający już dość tych przekomarzań, wezwał Połubotka do Petersburga. Ale ów nie przybył z pokornie pochyloną głową, wręcz przeciwnie – wciąż przedkładał władzom prośby o przywrócenie na Ukrainie dawnych porządków, uszanowanie obowiązujących w niej praw, nieingerowanie w decyzje rady kozackiej, wreszcie powołanie hetmana, mającego pełnię władzy. To nie mogło się Piotrowi podobać, nakazał więc zaaresztować butnego Połubotka. Odtąd Połubotek tkwił w lochu w najgorszym miejscu Twierdzy Pietropawłowskiej, w Bastionie Trubeckiego. Zajrzał tam do niego sam car, spodziewając się zapewne, że zastanie w celu skruszonego człowieka, samoobwiniającego się o postępowanie niezgodne z wolą petersburskich władz. Nic podobnego, więzień wygarnął mu, jak źle obchodzi się z Kozakami, jak jego urzędnicy terroryzują Ukrainę. „Broniąc ojczyzny, nie boję się ani kajdan, ani więzienia, lepiej mi umrzeć najgorszą śmiercią, niźli patrzeć na powolne zatracanie moich rodaków” – powiedział. A na odchodne dorzucił carowi: „Szybko, bardzo szybko sąd Boży rozsądzi spór Piotra z Pawłem!”. Była to, jak się okaże, prorocza zapowiedź. W każdym razie spór z carem nie wróżył odmiany losu więźnia. Zaczęto go torturować, chciano wymusić zeń przyznanie się do samowolnego sprawowania hetmańskiej władzy. Usiłowano także wydobyć z katowanego informację, gdzie ukrył złoto, które rzekomo – jak doniesiono Petersburgowi – zgromadził w ogromnych ilościach, miał z niego – jak twierdziła kancelaria carska – okraść swą ojczyznę. Połubotok jednak milczał. Zmarł pod koniec grudnia 1724 r. I zabrał tajemnicę swego skarbu do grobu. Piotr zaś, jak zapowiedział hetman, wyzionął ducha już po czterech tygodniach. Ale złoto Połubotka pozostało na afiszu wydarzeń aż do naszych czasów. I nim zajmiemy się w dalszym ciągu naszej opowieści.

 

200.000 czerwońców

Docierające do Petersburga wieści o skarbie kozackiego hetmana były coraz dokładniejsze. Połubotok był majętnym człowiekiem, więc nie dziwiło nikogo, że mógł rzeczywiście ulokować sporą część swych środków pieniężnych w szlachetnym metalu. Co bardziej wtajemniczeni chcieli nawet wiedzieć, ile go było: 200.000 złotych czerwońców, umieszczonych w dwóch beczkach. To był skarb w całym tego słowa znaczeniu, ogromny, toteż warto było podjąć kroki, by go odszukać. W tym celu car wyekspediował na Ukrainę brygadiera A. Rumiancewa, który przede wszystkim spenetrował posiadłość hetmana we wsi Podstawki, gdzie przekopano niemal wszystkie należące do niej grunty. Bez rezultatu. Wskazówką, że te poszukiwania musiały być płonne, była nowa wiadomość: chcąc, by jego skarb był całkowicie bezpieczny, na wszelki wypadek hetman wyekspediował go do Anglii, niektórzy mówili, że już przed wieloma laty, inni, iż dopiero wówczas, gdy na wezwanie cara musiał się stawić w Petersburgu, kiedy przeczuwał, że ta wyprawa źle się dlań skończy. Do tej wersji był całkowicie przekonany bliski współpracownik Piotra I, hrabia Aleksander Mieńszykow (także zresztą zaprzyjaźniony z Połubotkiem), który po śmierci cara i osadzeniu na tronie Katarzyny I (przy niej faktycznie rządził państwem) wysłał do Anglii oficjalne pismo z prośbą o informację, czy rzeczywiście zdeponowano tam jakieś rosyjskie złoto. Odpowiedzi nie otrzymał. Sprawa przycichła na wiele lat. Odkurzył ją kilkadziesiąt lat później faworyt Katarzyny II, Grigorij Potiomkin, ale także jego kwerenda w angielskich bankach nie dała żadnego rezultatu. I znowu na blasku hetmańskiego złota osiadł kurz.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X