Rzym we Lwowie

Rzym we Lwowie Kaplica Matki Boskiej Częstochowskiej w katedrze lwowskiej (Fot. lwowskabazylika.org.ua)

Wielkanoc to dla mnie Rzym. Rzym, w którym 10 lat temu zaczął się nowy etap mojego życia. Wcześniej znałam to miasto, ale tym razem odkrywałam je na nowo. Bo w Rzymie za każdym razem można podążać innymi ścieżkami, przemierzając inne ulice, inne style, inne wieki i inną historię.

Tym razem, z uwagi na Wielki Tydzień, skupiamy się na galeriach i kościołach z obrazami Caravaggia. Ich barokowy naturalizm i emocjonalna głębia wewnętrznie korespondują z wieczorną liturgią w bazylice św. Piotra. Podczas zwiedzania towarzyszy nam niepewność, czy liturgię Triduum Paschalnego będzie celebrował nasz papież. Złudzenia rozwiewają zakulisowe informacje o bardzo złym stanie zdrowia Jana Pawła II. Niby wiedzieliśmy, ale trudno się z tym pogodzić. Uroczystościom przewodniczy kardynał Ratzinger. Siedzimy z boku, na wysokości ołtarza, ale trudno się modlić. Forma przesłania treść. Misterium odbieram jako cudowny koncert, nadawany na najwyższych tonach chłopięcych chórów. W złotej oprawie kardynalskich szat. Bezwolnie poddaję się czystym dźwiękom i złotej poświacie. O drzewie, które w te dni jest najważniejsze, przypominają brązowe kolumny nad konfesją świętego Piotra, które jakby łączyły niebo z ziemią. Po uroczystościach wpatrujemy się w światło w oknach papieskich apartamentów. Nie wiemy, że za kilka dni cały świat będzie wpatrzony w te okna. Nie wiemy również tego, że w Wielki Piątek papież przyciska do piersi krzyż, który za kilka lat będziemy adorować w katedrze łacińskiej we Lwowie. W poranek Wielkanocny pada ulewny deszcz, ale zanim dotrzemy na Plac św. Piotra pojawia się słońce, złote i ciepłe. Miasto jest świeże, czyste, jakby nowe. Uroczystości tradycyjnie podniosłe. Rozpoczyna się kazanie. Wysoko z okna biblioteki. Nikt nie wie, że to ostatnie kazanie papieża. Z oddali robię zdjęcia. W przybliżeniu, na telebimie widać, jak Ojciec Święty, z największą trudnością, wypowiada pojedyncze wyrazy. Jak silny duch walczy z coraz słabszym ciałem. Jak narzędzia mowy zamiast artykułować, zamykają przejście dla głosek. Przykro patrzeć. Smutek i żal. Wrażenie przerasta sens słów. Na zakończenie orkiestra gwardzistów szwajcarskich gra uroczystego marsza. Podniosłe bicie dzwonów ogłasza światu zmartwychwstanie. Mnie pęka głowa.

Za parę dni mój mąż będzie pisać osobiste wspomnienie ze spotkań z Janem Pawłem II. Za parę lat zamieszkamy w Rzymie i wyjedziemy stamtąd do zupełnie mi nieznanego Lwowa.  

We Lwowie nie szukam rzymskich śladów. Pojawiają się same. Na ulicach miasta bez trudu można znaleźć napisy w języku włoskim. W oryginalnej pisowni lub w transkrypcji: prodotti, sposa, bianco rosso, mangiare, celentano, perfetto, albero i wiele innych. Sieć salonów kosmetycznych nosi nazwy rzymskich wzgórz. Są sklepy z włoskimi sukienkami ślubnymi, torebkami, butami. Nieraz droższymi niż w Rzymie, ale ich kolory i fasony jaskrawo ożywiają zakurzony lwowski bruk. W sklepikach z artykułami spożywczymi można kupić prosciutto di Parma, mozzarellę di bufala, parmezan, frutti di mare, włoskie wino a nawet włoskie latte, czyli mleko i burro, czyli masło. Tylko ceny, zamiast na towarze, bywają ukryte w komputerze lub w głowie sprzedawcy, ad hoc oceniającej status kupującego. Są wreszcie restauracje, choć nieraz tylko z nazwy przypominające włoskie smaki. Za bardziej rzymską można by uznać gastronomiczną różnorodność Lwowa. Skrzyżowanie wschodnich i zachodnich tradycji kulinarnych.

W literaturze i przewodnikach, wśród znaczących dla dziejów miasta obywateli, wymieniane są włoskie rody Ubaldinich i Bandinellich, nie mówiąc o śladach transakcji handlowych, czy historii miłosnych z Włochami w roli głównej. Kończących się nieraz napisami na płytach nagrobnych, rodem z Romea i Julii, na przykład: „Śmierć nie rozłączyła tych, których połączyła miłość”.  

Podobnie jak Rzym, Lwów też ma wiele twarzy. W starożytności Rzym nazywany był po prostu Miastem przez duże „M”, podobnie w przeszłości nazywano Lwów, aż do II wojny światowej. Guido Piovene oceniając rzymian, pisał, że są pełni sprzeczności, że z jednej strony wynoszą pod niebiosa piękno swojego miasta, a z drugiej strony są na nie obojętni. Odnoszę wrażenie, że coś podobnego cechuje mieszkańców Lwowa. Z jednej strony rozpiera ich duma z tego, w jakim mieście żyją, z drugiej brakuje im poczucia indywidualnej odpowiedzialności za jego stylową i artystyczną autentyczność. Nie dbają o to, co mają, w imię poszukiwania namiastek nowoczesności, nieraz w postaci plastikowego eurostylu.

Kiedyś miasto królewskie i ważny punkt na mapie handlowej i kulturowej Europy, przez wieki pełnił reprezentatywne funkcje. Architektoniczna oprawa tychże funkcji w wielu miejscach przetrwała do dziś, w specyfice kamienic, krużganków, portali, rzeźb, fresków i malowideł, które swoim rodowodem sięgają południa Europy, m.in. Włoch. Przykładem tego są kamienice na lwowskim rynku, arcydzieła renesansu. Zaprojektowane m.in. przez sprowadzonych za panowania Zygmunta Starego, włoskich architektów. Narożna kamienica Bandinellich, tajemnicza „Czarna Kamienica”. Podobny rodowód ma należąca m.in. do Sobieskich i nazywana „Małym Wawelem” kamienica królewska, z piętrowymi arkadami-krużgankami i włoskim dziedzińcem, albo nazwana na cześć konsula Republiki Weneckiej kamienica wenecka z godłem Wenecji, nad portykiem wejściowym.

Jeszcze bardziej czytelnym przykładem włoskich, czy wręcz rzymskich wpływów we Lwowie są budowle sakralne. Szczególnie liczne i różnorodne w mieście będącym siedzibą trzech arcybiskupstw: łacińskiego, greckokatolickiego i ormiańskiego, jak również gminy żydowskiej. Włoskie wpływy można odnaleźć w bryłach wielu kaplic i kościołów. Świadczą o nich m.in. niegdysiejsze kościoły Bernardynów i Dominikanów, kaplica Kampianów w katedrze łacińskiej, czy porównywana do wieży kościoła Santo Spirito w Rzymie, wieża cerkwi Wołoskiej, wspaniałe dzieła mistrzów włoskiego pochodzenia, m.in. Piotra Barbona, Pawła Rzymianina, Pawła Szczęśliwego, Ambrożego Przychylnego. Barokowym dziełem włoskich architektów była również, bezpowrotnie zniszczona podczas wojny, synagoga Złota Róża.         

Dla mnie jednak najprawdziwszym kawałkiem Rzymu we Lwowie jest dawny kościół Jezuitów, pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Dziś kościół garnizonowy. Zbudowany na początku XVII w., m.in. pod czujnym okiem generalnego architekta Jezuitów w Polsce Giacomo Briano, tak aby godnie reprezentował potęgę zakonu i głębię przesłania. Architektoniczne szczegóły monumentalnej bryły, nawiązujące do rzymskiej siedziby jezuitów Il Gesù, przeniosły do Lwowa atmosferę barokowych kościołów Wiecznego Miasta. Pomimo ogromu przestrzeni, ciemne marmury stwarzają nastrój skupienia, poczucie łączności z tym, co podniosłe. Artystycznej wymowy wnętrza nie mogły zaburzyć połamane, po II wojnie światowej, rokokowe krużganki, czy rany zadawane freskom i marmurom, gdy kościół przez półwiecze pełnił funkcję magazynu dla zbiorów z dawnego Ossolineum. Bez względu na zniszczenia wnętrze zachowało pamięć o niegdysiejszej świetności i wewnętrznej łączności z artystycznie życiodajnymi źródłami. Duch, zamknięty w architektonicznej harmonii, przetrwał śmiertelnie niebezpieczną historię. Teraz musi znieść renowację, żeby przy zacieraniu ran, nie zostało zatarte świadectwo przynależności świątyni do świata wielkiej kultury. Do Europy.

Zupełnie inny styl i zupełnie inna atmosfera cechuje lwowską katedrę łacińską. Ale i tam można znaleźć znaczące włoskie wpływy, chociażby w kaplicy Kampianów, po lewej stronie nawy głównej. Pokryta ciemnym marmurem. Piękna i dostojna. Z uwagi na artyzm i religijną wymowę, idealne miejsce na wielkotygodniową adorację. Dla mnie jednak bardziej osobistym łącznikiem z Rzymem jest kaplica Matki Boskiej Częstochowskiej, która stała się miejscem kultu św. Jana Pawła II. Przedstawia swoistą kontynuację tego, co przeżywaliśmy w Wielkanoc 2005 roku i jest jakby przypomnieniem, czy wręcz świadectwem swoistego odejścia od grobu, opuszczenia tego grobu, który odwiedzałam w podziemiach bazyliki św. Piotra, gdy mieszkaliśmy w Rzymie. Bo beatyfikację i kanonizację papieża Polaka przeżywaliśmy już we Lwowie. Można by sądzić, że religijnie czytelna kontynuacja, wewnętrznie wpisuje się w symbolikę Wielkiej Nocy, która we Lwowie ma niemal watykańską oprawę. Liturgiczne bogactwo, różnorodność śpiewów i języków przenosi do Rzymu, m.in. do tamtego Rzymu, sprzed dziesięciu lat.

Z tą różnicą, że teraz każdy, gdziekolwiek na świecie, może wpatrywać się w pogodny wyraz twarzy Jana Pawła II. Bo wyniesiony na ołtarze Ojciec Święty, trafia nie tylko na ścianę galerii byłych papieży w bazylice św. Pawła za murami, ale wszędzie tam, gdzie ktoś zechce przedstawiać mu swoje prośby.

Irena Bilińska
Tekst ukazał się w nr 6 (226) za 31 marca – 16 kwietnia 2015

X