Miasto mego dzieciństwa. Część 2

-a A+

Kurier Galicyjski kontynuuje druk wspomnień Wołodymyra Barana. Tym razem pójdziemy z autorem do polskiej szkoły, poznamy leksykon stanisławowskiej ulicy i usłyszymy o tym jak wybuchła wojna.

Szkoła
Gdy ukończyłem 6 lat, poszedłem do szkoły. Przy wyborze placówki oświatowej rodzice powodowali się dwoma kryteriami: poziomem nauki w szkole i żeby była blisko domu. Wybór padł na szkołę im. Piramowicza i Emilii Plater. Dziś w pomieszczeniach szkoły mieści się szpital przy ul. Matejki, a właściwie jego stare skrzydło, wychodzące na ul. Republikańską. Obecnie nazwiska jej patronów mówią niewiele. Jezuita Piramowicz był znanym pedagogiem, a Emilia Plater dowodziła oddziałem powstańczym w czasie polskiego powstania w 1831 roku.

Właściwie były to dwie szkoły pod jednym dachem. Lewe skrzydło było męskie (im. Piramowicza), a prawe – żeńskie (im. Plater). Wspólną mieliśmy salę sportową, którą użytkowaliśmy na przemian.

W klasach wisiały portrety marszałka Piłsudskiego i prezydenta Mościckiego, a pomiędzy nimi niewielki krzyż. Naukę rozpoczynaliśmy modlitwą „Ojcze nasz”, po czym śpiewaliśmy hymn religijny „Kiedy ranne wstają zorze”. Znacznie później dowiedziałem się, że napisał go poeta Franciszek Karpiński, który w XVIII wieku uczył się w gimnazjum stanisławowskim. Szkoła była państwowa i bezpłatna. Została zbudowana w 1926 roku według ostatniego słowa techniki – elektryka, sanitariaty, autonomiczne ogrzewanie, żeliwne grzejniki. W szkole wykładano po polsku, cykl nauki trwał 7 lat, przy czym po 5 klasie można było przenieść się do gimnazjum, gdzie już zdawano maturę, czyli egzamin dojrzałości. Wypadło mi uczęszczać do tej szkoły tylko cztery lata – potem wybuchła wojna. Uczyliśmy się literatury, geografii, katechizmu, matematyki i… języka ukraińskiego. Obecnie wiele mówi się o pacyfikacji, ale fakt, że w polskiej szkole zmuszano wszystkich do nauki ukraińskiego o czymś mówi.

Na dużej przerwie biegliśmy do stołówki w suterenach po „szkolne dożywianie” – bezpłatnie wydawano nam kubek kawy z mlekiem i chleb z masłem (w święta były bułeczki). Dla młodych organizmów było tego za mało, więc braliśmy z domu kanapki. Nie zapominano również o dzieciach z ubogich rodzin. W każdej klasie stał koszyk, do którego wkładano kanapki dla ubogich. Nauczyciele wręczali im te kanapki tak delikatnie i dyskretnie, że nikt na przerwie nie wiedział kto co je – swoje czy z koszyka.

Wszyscy uczniowie i gimnazjaliści Stanisławowa mieli jednakowe mundurki. Różniły się tylko kolorem lamówki na czapce. Na przykład: my mieliśmy szarą wstążkę, w szkole Czackiego – czerwoną, a w innych żółtą czy zieloną. Oprócz tego dużymi metalowymi cyframi znaczono klasę. Identyfikacja ucznia nie sprawiała żadnej trudności.

Dyscyplina była surowa. W parku, na dworcu, na ulicy Sapieżyńskiej (dzisiejszym deptaku) stali przedstawiciele komitetu rodzicielskiego, którzy pilnowali, by uczniowie nie chodzili na wagary. Chociaż ci sprytniejsi chowali czapki do tornistrów i wówczas identyfikować ich było trudniej.

Jak rozmawialiśmy na ulicy
Jakkolwiek brzmi to patetycznie, ale Stanisławów był miastem o wysokiej kulturze. Usłyszeć na ulicy przekleństwa lub zobaczyć ucznia z papierosem było praktycznie nierealne. Ludzie byli wychowani, nikt nikogo nie popychał, nie spluwał na chodnik. Chociaż przekleństwa, naturalnie, istniały.

Podczas kłótni najczęściej używano zwrotów w stylu; „Pocałuj mnie w dupę”, „Kurwa twoja mać”, „Szlag by cię trafił”. Najgorszym przekleństwem były słowa „gnis” i „potka” (odpowiedniki męskiego i żeńskiego narządów płciowych).

Pamiętam, że w toalecie szkolnej ktoś wyskrobał na ścianie: „Gnis i potka – to rzecz słodka”. Były też oczywiście bardziej dowcipne „klozetowe rymowanki” w stylu: „Panowie szlachta, nie bądźcie złej natury, nie róbcie na deskę, ale wprost do dziury”.

Stosunki międzynarodowościowe
Nasza szkoła nie była prosta. Obok rozlokowanych było kilka jednostek wojskowych i stąd uczyło się w niej wiele dzieci z rodzin oficerskich. Byli też Żydzi, stanowiący większość ludności miasta. Zdarzali się i Ukraińcy.

Wszystkie te narodowości współistniały pokojowo. Polacy odwiedzali Ukraińców w ich święta religijne i nawzajem. Żydzi też zapraszali do siebie, zapraszano również ich. Właściwie antagonizmów nie odczuwało się, chociaż przykre wypadki się zdarzały.

Z bratem biegaliśmy do szkoły przez miejski park. Czasami widzieliśmy na ziemi ulotki, w których po polsku pisało:

„Na stos, na stos!
Bij Żyda w nos!
Aż mu wycieknie z nosa sos!”

Interesujące, że były one drukowane w drukarni i często takie „dzieła” rozrzucano po mieście.

W 1938 roku miał miejsce prawdziwy akt terrorystyczny. W mojej klasie uczył się żydowski chłopak Lindner, z którym się zaprzyjaźniłem. Jego ojciec miał przy dzisiejszej ul. Czornowoła, blisko skrzyżowania z ul. Matejki szklaną budkę, w której handlował wyrobami z własnej piekarni w oficynie. Pewnej nocy do budki wrzucono bombę i po budce pozostała jedynie wyrwa w chodniku. Samą piekarnię oblano smołą i podpalono, ale na szczęście strażacy ugasili pożar. Kto to zrobił – do dziś nie wiadomo.

Tak wybuchła wojna
Przed wybuchem II wojny światowej pan Rychlicki podniósł czynsz i przenieśliśmy się tam gdzie było taniej. Odtąd zamieszkaliśmy w kamienicy Pod Bożą Opieką na rogu dzisiejszych ul. Sorochteja i Czornowoła. Kamienica należała do Żyda Tanenbauma (jego nazwisko oznaczało „choinkę”). Naszym sąsiadem był profesor rysunku Emil Dubrawa, uważany za wspaniałego portrecistę.

Wiedzieliśmy, że 1 września wybuchła wojna, ale w Stanisławowie było dość spokojnie. Pewnego dnia siedziałem w oknie na pierwszym piętrze, wychodzącym na lotnisko. Raptem od strony Zagwóźdźca pojawiły się niemieckie samoloty, które zbombardowały pas startowy. Obok leżało dawne więzienie Dąbrowa, w którym stacjonowała jednostka wojskowa. Byli to chyba ułani. Z dachu więzienia do niemieckich samolotów otwarto ogień z przeciwlotniczych karabinów maszynowych. Kilka samolotów opuściło lotnisko i poleciało w naszym kierunku.

Obok kamienicy rodziny Baranów, w dawnym więzieniu Dąbrowa, w 1939 roku na dachu ustawiono przeciwlotniczy karabin maszynowy (NAC)

Pierwsze bomby upadły w miejscu, gdzie dziś stają wędrowne cyrki. Wybuch spowodował taki wstrząs, że spadłem na ziemię. To uratowało mi życie. Kolejne bomby zaczęły spadać coraz bliżej. Ze strachem patrzyłem potem na ścianę kamienicy, całą posieczoną odłamkami. Wówczas nieopodal zabiło przechodnia. Jak się okazało później był to uciekinier z Krakowa, którego śmierć dosięgła w Stanisławowie.

17 września od wschodu uderzyli sowieci. Polacy prawie od razu zestrzelili sowiecki samolot. Spadł na ul. Rewery koło dwóch starych sosen, rosnących przed naszym dawnym domem. Maszyna spadła podwoziem do góry. Lotnika w kabinie nie widziałem, ale dobrze zapamiętałem czerwone gwiazdy na ogonie samolotu.

W mieście szerzyły się plotki. Mówiono, że niebawem wejdą bolszewicy z rogami na głowach i nie oszczędzą nikogo. Straszono masowymi aresztami, pobiciami i grabieżą. Ojciec spalił całą naszą bibliotekę w języku niemieckim.

Czerwoni weszli jednak jakoś spokojnie. Początkowo na Gołuchowskiego (ob. Czornowoła), od strony śródmieścia pokazało się kilka ciężarówek z karabinami maszynowymi. Za nimi gruchotały malutkie tankietki, które wydały mi się beznadziejnie przestarzałe. Potem w stronę lotniska przemaszerowała kolumna piechoty. Zamiast rogów niektórzy mieli na głowach czapki „budionówki”. W oczy rzucały się juchtowe wysokie buty, układające się w niechlujną harmonijkę – w polskie oficerki wstawiano metalowe wstawki, żeby skóra się nie marszczyła. Takie buty nazywano „angliki”.

Na ulice wylegli mieszkańcy miasta, wśród których było dużo dzieci. Żołnierze z pierwszych szeregów częstowali dorosłych papierosami, a dziatwę – cukierkami. Gdy przechodził koniec kolumny, żołnierze prosili: „Daj zakurit’”. Papierosy przyszło się oddać, podobnie cukierki.

Zanotował Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 21 (361), 16 – 30 listopada 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.