Sekrety kresowych kuferków

-a A+

Kurierowe rozmowy przy kawie

Rozmowa ósma Anny Gordijewskiej z Anną Kozłowską-Ryś, historykiem sztuki, filologiem, tłumaczem, autorką książek „Lwów na słodko i… półwytrawnie” oraz wydanej w ubiegłym roku „Sekrety kresowych kuferków”. Są to opowieści o przedmiotach, ludziach i mieście. „Punkt wyjścia każdej stanowi przedmiot przywieziony w tytułowym kuferku z Kresów. Kuferków już nie ma, ale pozostały przedmioty, jak fragmenty wspomnień... Różne historie zgrabnie połączone w całość, jak fragmenty tej samej układanki – jednej opowieści o świecie, którego już nie ma”.

Pani Anno, na wstępie chciałabym się pochwalić, że książka z Pani dedykacją dotarła do Lwowa! Trochę wątpiłyśmy na ile sprawna będzie poczta międzynarodowa, na dodatek, w dobie pandemii, ale otrzymałam przesyłkę, nawet dosyć szybko. Do tych wzruszających opowieści będę niejednokrotnie wracać nie tylko przy kawie! Dziękuje bardzo! No cóż, a teraz porozmawiajmy o książce. Skąd powstał pomysł?
Pomysł zrodził się po prostu sam. Pisząc „Lwów na słodko”, nie tylko siedziałam w papierach i przerzucałam setki stron archiwalnych dokumentów. Spotykałam wielu ludzi, miałam możliwość zobaczenia wielu „kuferków”, a w nich nie tylko fotografie czy metryki, ale i przedmioty. Nie zawsze bywały to przedmioty cenne pod względem materialnym. Były cenne pod względem emocjonalnym. Zdarzało się jednak czasami, że komuś wydawały się bezwartościowym szpargałem, a gdy zaczynałam mówić co może się z takim przedmiotem łączyć, że wystarczy tylko chwilę pomyśleć i dobrze się „wsłuchać”, to wówczas otwierały się oczy i serca. Wtedy nagle przypominały się jakieś dawne, zatarte w pamięci wspomnienia i zaczynały się opowieści! I jak ich było nie zapisywać? Przedmioty ożywiają pamięć i ją karmią, pamięć zaś przechowuje wiele skarbów: opisy mieszkań, obrazów na ścianach, drobiazgów poustawianych na meblach. A każdy z nich to wehikuł czasu!

Karneciki balowe (fot. strona z książki „Sekrety kresowych kuferków”)

Pisze Pani rzeczywiście w większości o przedmiotach codziennego użytku.
Tak, taki był zamysł. Przecież w tych przysłowiowych kuferkach przywożonych z Kresów raczej rzadko bywały rzeczy inne. Pakowano w pierwszym rzędzie te najpotrzebniejsze i te, z którymi rodziny były silnie emocjonalnie związane. Ot, choćby karneciki balowe. Nie zabierały wiele miejsca, a wydawały się bezcenne. Relikt minionych epok i czasów, gdy było... normalnie. Bierze pani do ręki taki karnecik i już przed oczyma wyobraźni stają te sale, panie „puprzybirane w tualety” i eleganccy panowie. Ze strojów balowych i odważnych nie jeden raz dekoltów pokpiwali dobrodusznie Szczepcio i Tońcio: „jak si, braci, taka baba obróciła, tu ja si patrzym na ni, a ona ni ma plecy! – Ta jak? Człowik ni moży żyć, jak ni ma plecy! – Ta plecy z mięsym i zy skóru tu miała, ino plecy zy sukienki, z materji ni miała. Joj! Sy myślim, ży jakby tam na plecach sukienka była, tu jakby pary tancerzów tak o byz cały noc, to kubitu ubróciłu z pary razy duobkoła salji, tu zichir te sukienki by wysmarowali renku. A tak, o, jak sukienki nie ma, tu ouwa najwyży si ubmyji i znowu czysta moży iść na bal”. I już „widzisz” salę Kasyna Mieszczańskiego, zastanawiasz się, co tańczono i czy były tańce uznawane za „nieprzyzwoite”? Przecież w latach 20. XX w. tango, foxtrot, two-step czy shimmy uważane były za niestosowne! Nawet jeszcze w latach 30. słychać było tu i ówdzie głosy oburzenia, że patrząc na takie wywijanie nogami, zwłaszcza podstarzałych tatusiów i mamuś, ma się wrażenie, iż choroba taneczna mózgi ludzkie zaatakowała. Lubiano jednak to wywijanie nogami i lubiano tango. We Lwowie wielkim szlagierem było tango skomponowane przez Eugeniusza Landowskiego, zaczynające się od słów „Mam gitarę kupioną we Lwowie...”. Tanga komponował też Wiktor Osiecki, ojciec znanej poetki Agnieszki Osieckiej, występujący w latach 30. i we lwowskim Teatrze Nowości, i w cukierni Jana Wohnouta przy ul. 3 Maja.

Zofia Kozłowska w sukni balowej (fot. Zbiory prywatne Autorki)

Zapewne i z lornetkami teatralnymi wiążą się jakieś ciekawe historie?
Oczywiście. Zastanówmy się… W którym magazynie we Lwowie można było zaopatrzyć się w lornetkę? Czy do teatru chadzano z lornetką własną? Teatr hr. Skarbka już w latach 90. XIX w. oferował bezpłatnie własne lornetki na czas spektaklu, jednak bywało, że niektórzy gorąco się temu sprzeciwiali. „Toż to niehigieniczne” – wołano – „grozi strasznymi chorobami”. Jakież to aktualne w czasie obecnej pandemii. Pisano nawet do prasy, chcąc interwencji, by zakazano wypożyczania lornetek. Uczynił tak na przykład znany wówczas lwowski okulista dr Leon Rosenzweig, pisząc że poprzez wspólne używanie lornetki zarazić się można niebezpieczną chorobą oczu, zwaną zapaleniem egipskim. Aby więc uspokoić zbyt ostrożnych bywalców teatru, już na afiszach zapewniano, iż wszystkie są „pod kontrolą lekarza-okulisty antiseptycznie czyszczone”, a dostać je można u bileterów – każdą w zapieczętowanej kopercie.

Być może, że dostawcą lornetek dla teatru Skarbkowskiego był c.k. nadworny optyk Adolf Silberstein, prowadzący swój sklep przy ul. Karola Ludwika 9 we Lwowie. Silberstein miał ofertę rzeczywiście szeroką – bogatsza klientela mogła nabyć u niego lornetki teatralne w oprawie szylkretowej, z masy perłowej, kości słoniowej, obciągnięte skórką, a poza tym binokle, cwikiery, tudzież stereoskopy z obrazkami, pantoskopy i latarnie magiczne. Lornetki były nieodzownym atrybutem na wyścigach końskich. W ogóle lornetka, jak sobie dworował redaktor „Dziennika Mód Paryskich”, stanowiła niezbędny element toalety u osób „dobrego tonu”. „Lornetki nie tylko używa się do spostrzegania kogoś lub czegoś – pisał – ale też i do tego, aby ją spostrzeżono i jej posiadacza”.

Kurs kroju i szycia w szkole w Snopkowie (fot. pochodzimyzelwowa)

Powszechnie zabieranym przedmiotem była maszyna do szycia.
Niemal w każdym domu stały i stoją do dziś te „krowy-żywicielki”, jak to nazywam, czyli maszyny do szycia. Pożyteczne, praktyczne i jakże często – piękne. Ileż to dzieci zasypiało przy ich cichym turkocie! W wielu oczach pozostały więc obrazy schylonych nad blatem „singerówek” babć i mam. Marie, Janiny, Aniele całymi wieczorami rytmicznie pedałowały i wyczarowywały „kreacje”. Nieustające przeróbki, łatanina, wyżyny pomysłowości. Najpopularniejsze były chyba „singerówki”, równie chętnie kupowano maszyny firmy „Pfaff” i „Rast & Gasser”. Umiejętność szycia na maszynie była właściwie obowiązkiem młodych panienek, dlatego też często maszyna bywała prezentem ślubnym, choć niektórzy musieli kupować ją na raty. Panienki uczyły się szycia na różnych kursach, a także w ramach nauki w niemal każdej szkole prywatnej np. u ss. urszulanek czy w Instytucie Gospodarczego Kształcenia Kobiet w Snopkowie.

Talerz z Hotelu Francuskiego (fot. Strona z książki „Sekrety kresowych kuferków”)

Pisze Pani też o widelcu, talerzu i pucharku na lody.
Widelec, o którym pisałam, niestety gdzieś w ostatnich latach się zawieruszył, a tyle lat przetrwał i tyle przeżył wraz z właścicielami! To był zwykły widelec z pokoju śniadaniowego słynnej pani Zofii Teliczkowej, który zabrano na zsyłkę. Widelca już nie zobaczyłam, ale mogłam wysłuchać opowieści i podzielić się tym, co udało mi się znaleźć w archiwach, a o czym potomkowie „mamy Teliczkowej” nie wiedzieli. I tak widelec stał się pretekstem do opowiedzenia również i o mężu pani Zofii, założycielu firmy – Adolfie Teliczku, i o jej synach Stanisławie i Włodzimierzu.

Adolf Teliczek (fot. ze zbioru rodziny Teliczków)

A talerz i pucharek?
W jednym z domów Kresowian znalazł się osamotniony talerz z pięknym malowanym żółtym monogramem wplecionym w błękitną banderolę i napisem „Hotel de France”. Niewykluczone, że malunek wykonano w malarni Emila Lewickiego przy ul. Trybunalskiej, a talerz pochodzi z restauracji Hotelu Francuskiego we Lwowie, z początku XX wieku. Miał on wiele do „powiedzenia” o panu restauratorze, jego dalekosiężnych planach i perypetiach finansowych, birbantkach i cierpliwej tylko do pewnego momentu małżonce, pani Wincentynie Nowakowskiej. Może na tym talerzu podawano tak wykwintne dania jak raki? U Nowakowskiego można było dostać również pyszny kulebiak litewski, rybę po żydowsku lub szynkę na gorąco z grochowym puree, by wymienić tylko kilka dań z bogatej karty doborowych potraw. A wie pani, kim był ów restaurator? Teściem Władysława Zalewskiego, syna Ludwika, znanego lwowskiego cukiernika z ul. Akademickiej.

Pucharek na lody zaś, pochodzący z cukierni L. Zalewskiego, stał się pretekstem do napisania nieco nie tylko o lwowskich lodziarniach, choćby o wytwórni „Ta joj” Tadeusza Czarnego przy ul. Sapiehy czy lodziarzach włoskich Luigi Olivio i Salvatore Trovato, prowadzących wyrób i sprzedaż lodów przy ul. Łyczakowskiej, Chorążczyzny i pl. Bernardyńskim, ale i o wiedeńskim producencie takich naczyń z „chińskiego srebra”, czyli platerowanych – fabryce Moritza Hackera i losach jego rodziny, które były równie tragiczne jak wielu rodzin lwowskich w czasie okupacji. Nie mogło też zabraknąć opowieści o kręceniu lodów domowych, o których smaku pisał Michotek „taaakie lody… Ta, co ja Wam będę mówił. Tu Dante jest potrzebny, nie Michotek”.

W wielu domach używało się zastaw stołowych przywiezionych z Kresów.
Nie zawsze są to całe zastawy, niekiedy jest to ledwo jedna filiżanka, czasem kilka, jak te przywiezione w kufrze pani Katarzyny Łagan. Karbowane, z delikatnym wzorem kwiatowym. Pijano z nich kawę w domowym zaciszu przy ul. Staszica w Stanisławowie. A kawę kupowaną np. w handlu Jakuba Kisielewskiego na pl. Mariackim mielono samemu w domu i zaparzano w perlatorze, który – oczywiście – dochował się do naszych czasów, chociaż nie wiem, czy jest nadal używany. A jeżeli już pisać o kawie i jej walorach smakowych i aromatycznych, to jakże było nie napisać o granej we lwowskim Teatrze Nowości operetce „Król kawy”, z muzyką Tadeusza Müllera – akompaniatora ze słynnej kawiarni „Szkockiej” – i librettem pióra Mariana Hemara? Operetka reżyserowana przez Michała Tatrzańskiego biła rekordy popularności. Prasa pisała: „Zbierała żywe oklaski p. Grabowska w roli Wiery, p. Kasprowiczowa jako Ferdynanda Martez, zbierali je p. Wawrzkowicz, ujmujący w grze dyskretnej i bardzo pięknym śpiewie, p. Tatrzański, jak zawsze niezrównany w swych pomysłach, kapitalny jako Spitzer-Fontanos i wszyscy inni, którzy brali współudział w tej interesującej nowości. Doskonale zaprezentował się balet i w scenach zbiorowych, ujętych w piękną formę, i w ensemblach”.

Przechowywano nawet puszki po słodyczach?
A jakże, zdarzało się, bo można było w takiej puszcze schować jakieś drobiazgi. Potem nieco rdzą chwycone stały tu i ówdzie po domach, a teraz są przedmiotami kolekcjonerskimi, jak puszki firmy „Hazet”, „Branka” czy „L. Zalewski”. Puszkę „Hazet”, jedną z „bohaterek” książki, przywieziono z ul. Kochanowskiego we Lwowie.

Z rzeczy bardziej osobistych bywały okulary i binokle.
Binokle czy cwikiery były nieodzownym elementem przede wszystkim stroju urzędnika, niemal urzędniczym atrybutem. Należały tak do akcesoriów „biuralisty” jak kaszkiet, fajeczka lub lupa u detektywa czy chustka na szyi apasza w przedwojennym filmie. Dzięki specjalnej sprężynce trzymały się na nosie niczym przyklejone. To przedmioty interesujące pod wieloma względami. Największą w Polsce pod koniec lat 30. XX w. kolekcję dawnych okularów, w tym oczywiście cwikierów, posiadał szef Katedry Okulistyki Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie i uniwersyteckiej Kliniki Okulistycznej prof. dr Adam Bednarski. Jego kolekcję można było podziwiać na Wystawie Przyrodniczo-Lekarskiej podczas XV Zjazdu Lekarzy i Przyrodników we Lwowie w 1937 r. Lwowianie przy tej okazji dowiedzieć się mogli, że gdy po śmierci księgarza lwowskiego Balcera Hubnera (Baltazara Bibliopola) w 1591 r. sporządzano inwentarz jego księgarni, spisano również przedmioty z kramu prowadzonego przez jego małżonkę i tam też wśród towaru natrafiono na... okulary, sprowadzane zapewne z Norymbergi, bowiem tam robiono je już w 1482 r.!

Flet Romana Janiszewskiego (fot. strona z książki „Sekrety kresowych kuferków”)

W swoich palcach miałam m.in. cwikiery lwowianina pana Michała Gizickiego, szanowanego pracownika kolei we Lwowie, dawnego peowiaka. Z pietyzmem przechowują je córka pana Michała, przemiła pani Janina i jego wnuk, p. Zbigniew Grad. Zresztą to oni opowiedzieli mi o skrzypcach, należących do Józka Przysiężnego – adepta prywatnej Warszawskiej Szkoły Gry Sceniczno-Filmowej Niny Niovilli, a raczej Antoniny Elżbiety Petrykiewicz, lwowianki z urodzenia. Skrzypce też się już gdzieś „zawieruszyły” i są utrwalone jedynie na starych zdjęciach. A skoro „znam” i inne „zaczarowane” instrumenty przywiezione ze Lwowa, jak choćby flet pana profesora geografii ze szkoły im. Marii Konopnickiej Romana Janiszewskiego i parę lwowskich pianin oraz fortepianów, to nie mogło zabraknąć historii z nimi związanych. I o składzie i wypożyczalni fortepianów oraz pianin w kamienicy „Pod Szopenem” przy ul. Sykstuskiej, należącego do pana Leona Heszelesa; i o Mieczysławie Janiszewskim organmistrzu i właścicielu fabryki „organów, harmonium i ołtarzów” z ul. Ogórkowej we Lwowie; i co nieco o Konserwatorium Polskiego Towarzystwa Muzycznego.

W książce jest trochę i o Pani rodzinie.
Tak, przyznaję. Kiedyś myślałam o napisaniu o własnej lwowskiej i kołomyjskiej rodzinie, lecz ciągle odsuwałam ten temat „na potem”. Siłą rzeczy, gdy się żyje w otoczeniu tych wszystkich drogich przedmiotów – nawet gdy jest ich niewiele – to o nich się myśli. I o ludziach, którzy kiedyś te przedmioty dotykali. I słyszy się „opowieści” snute przez te przedmioty. Jestem przekonana, że wiele osób odczuwa i myśli tak samo. Niekoniecznie dotyczy to osób starszych wiekiem. Coraz więcej przecież młodych ludzi interesuje się przeszłością własnej rodziny i chce się czegoś dowiedzieć o swoich przodkach, ale również o przedmiotach, które przetrwały z dawnych czasów.

Kto więc ciekaw, ten może się dowiedzieć trochę o Lwowskim Klubie Krótkofalowców, a przy tym i o Pierwszej Krajowej Wystawie Lotniczej w 1938 r., i o nieformalnym hymnie Klubu – piosence „Ja lubię gwizdać” w wykonaniu Alberta Harrisa. Gwizdaniem w slangu krótkofalowców nazywano nadawanie i odbieranie wiadomości w eterze, stąd ten pomysł na „hymn”. No i nie byłabym sobą, gdybym nie napisała o restauracji Józefa Kotowicza przy Rynku 25, gdzie Klub wynajmował pomieszczenia na swoje zebrania. Zresztą syn pana Józefa, Jan Kotowicz był członkiem LKK. Przypominam też przemówienie prof. dr. med. Witolda Ziembickiego, ojca prezesa Klubu – Jana Ziembickiego, podczas zorganizowanych przez Klub I Międzynarodowych Mistrzostw Polskiego Związku Krótkofalarstwa, w którym to pan doktor ze śmiechem ubolewał nad tym, że syn zawiesił w prywatnej, mieszczącej się w domu profesora poczekalni dla pacjentów tablicę z trupią główką i przestrogą „Baczność wysokie napięcie”, tudzież druty i przewody oraz dziwne karty o „kabalistycznych znakach” – a były to QSL-ki – budząc w oczekujących powszechny lęk.

Widzę więc, że jeden przedmiot to początek całego łańcuszka wspomnień i historii.
Tak, przedmiot jest bowiem niczym soczewka, skupiająca wiele losów, wiele historii, wiele zdarzeń. Przedmioty w „Sekretach kresowych kuferków” gawędzą sobie więc i o ludziach, i o miastach – Lwowie, Stanisławowie, Włodzimierzu, Tarnopolu… Michotek kiedyś napisał, że poeta „w ludziach sens miasta zawarł i całą urodę”, a ja bym dodała: „w ludziach i w przedmiotach”.

No tak... Miał rację Jerzy Michotek. Wzruszające słowa. Wiem, tuż, tuż ma się ukazać kolejna książka. Ale nie będę uchylać rąbka tajemnicy.
Drogi Czytelniku! Przy następnych naszych rozmowach przy kawie sięgniemy po tematy, które Pani Anna Kozłowska -Ryś opisuje w następnej książce.
A ja dziękuję bardzo za tę rozmowę.

Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 19 (359), 16–29 października 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.