Legendy starego Stanisławowa. Część 38

-a A+

Przejdźmy na „ty”

W międzywojennym Stanisławowie istniała tradycja, pochodząca jeszcze z czasów austriackich. Wspomina o tym znany polski uczony, a wcześniej stanisławowski gimnazjalista Ryszard Harajda.

– W szkołach średnich profesorowie zwracali się do swych uczniów per „ty”. Ta praktyka istniała do pierwszego spotkania profesora z byłym uczniem po zdaniu matury. Od tej chwili profesor zwracał się do niego w osobie trzeciej. Maturzysta mógł zaprotestować i prosić profesora o poprzednią formę zwracania się: było to świadectwem uznania, wdzięczności i życzliwości dla profesora. Uczeń mógł jednak bez zastrzeżeń przyjąć od dawnego nauczyciela nową formę grzecznościową, co świadczyło o oficjalnych stosunkach pomiędzy nimi. Jedno i drugie było swego rodzaju oceną profesora przez jego uczniów.

Być może stąd pochodzi znane powiedzenie: „Per „pan” i przez przepraszam”.

Toponimiczne klony
W Stanisławowie II połowy XIX wieku główną rolę odgrywali Polacy. Dominowali w gospodarce, życiu politycznym i kulturalnym miasta. Wiele ulic nosiło nazwiska bohaterów polskiej historii: w centrum miasta była ulica Jana Sobieskiego (ob. Strzelców Siczowych). Została tak nazwana w 1885 roku.

Ulica Sobieskiego (pocztówka z kolekcji Maksyma Dutkacza)

Był to słynny wódz, który rozbił wojska tureckie pod Chocimiem, wstrzymał wojska osmańskie pod Żurawnem i uratował Wiedeń i cały świat chrześcijański przed inwazją islamu. Tak znamienita postać musiała być uwieczniona w miejskim nazewnictwie.

Na tym jednak nie poprzestano. W 1925 roku zmieniono nazwę niewielkiej uliczki Weingartena w okolicy Leonówki na ul. Króla Jana III (ob. Olgi Kobylańskiej). Według tradycji, aby rozróżnić królów o tym samym imieniu nadano im numery porządkowe. Sobieski był trzecim Janem na tronie Polskim. W ten sposób Stanisławów miał dwie ulice noszące imię tego samego bohatera.

Sowieci jednak prześcignęli Polaków. Gdy Polacy jedynie kombinowali z imionami i nazwiskami, komuniści nie zaprzątali sobie tym głowy. Pomiędzy kinem „Kosmos” i mostem kolejowym jest malutka uliczka, prostopadła do ul. Niezależności. W czasach austriackich i polskich nazywała się ulicą Królowej Zofii. Po II wojnie światowej odebrano jej tytuł królewski i pozostała po prostu ulica Zofii. W 1951 roku z okazji 80-lecia Wasyla Stefanyka nadano jej imię tego przykarpackiego pisarza.

Nadbrzeże Stefanyka (pocztówka z 1974 roku)

W następnym dziesięcioleciu rozpoczęto zabudowę prawego brzegu rzeki Bystrzycy Sołotwińskiej. Powstało nadbrzeże, które pierwotnie tak właśnie się nazywało – Nadbrzeże. Gdy nastał rok 1971, a z nim 100-letni jubileusz wybitnego pisarza, Nadbrzeże otrzymało imię nowego patrona – Wasyla Stefanyka.

Obecnie małej uliczce nie zmieniano już nazwy i dziś mamy dwóch Stefanyków – tego nad rzeką i tego w centrum.

Zdrowe miejsce
Na początku XX wieku oba stanisławowskie cmentarze były prawie całkowicie zapełnione. Żydowski, mieszczący się w okolicach dzisiejszego kina „Kosmos”, założono jeszcze w XVII wieku, a chrześcijański – za hotelem „Nadija” – przyjął pierwsze pochówki w roku 1782. Poszerzać tereny pochówków już nie było gdzie i magistrat poszukiwał nowego miejsca na nową nekropolię. W 1910 roku gazeta „Kurier Stanisławowski” pisała, że z nakazu burmistrza specjalna komisja obrała miejsce na nowy cmentarz w okolicach Dąbrowy. Tak wówczas nazywano okolice przy końcu ul. Czornowoła. Obok ulicy rada miasta planowała wydzielić teren 25-30 ha pod nowe pochówki. Był to jak na owe czasy teren olbrzymi. Dla porównania, powierzchnia obecnego parku im. Szewczenki stanowi 24 ha.

Pierwsza wojna przeszkodziła rozpoczęciu prac, ale zamiaru nie zarzucono. Na mapie Stanisławowa z 1919 roku widnieje teren nowego cmentarza, ale bez pochówków.

Okazuje się, że te magazyny leżą w najzdrowszej okolicy miasta (ilustracja z archiwum autora)

Historyk architektury Żanna Komar zbadała, że podczas kreślenia w 1925 roku nowego planu Stanisławowa przebadano stan gruntów, wód i powietrza całego miasta. I co się okazało? Dąbrowa okazała się najzdrowszą okolicą Stanisławowa! Zakładać w takim miejscu cmentarz byłoby wielką głupotą. Wobec tego postanowiono wybudować tu dzielnicę mieszkaniową. Jednak zamiast sympatycznych willi założono obok… wojskowe lotnisko. W czasach sowieckich lotnisko przesunięto bardziej na południe, a dziś w najzdrowszej okolicy miasta są magazyny za Urzędem Celnym.

Bracia Majdańscy
Niektóre dzielnice Frankiwska noszą nazwy, których pochodzenia bez setki wódki lub studiów krajoznawczych ustalić się nie da. Dla przykładu weźmy rejon „Bracia”, leżący przy ul. Hnata Chotkiewicza. Usłyszałem w autobusie rozmowę dwóch nastolatków. Jeden opowiadał z zachwytem drugiemu, że ta dzielnica swoją nazwę wzięła od braci – kryminalnych autorytetów, którzy „trzymali” tę okolicę i zginęli, zastrzeleni przez konkurencję.

Słysząc takie wywody, ludzie starsi jedynie się uśmiechają. Dobrze pamiętają, że ul. Chotkiewicza niegdyś nosiła nazwę Braci Majdańskich.

W okresie międzywojennym w miejscowości Opryszowce mieszkali sobie bracia Petro, Wasyl, Dmytro i Stepan Majdańscy. Wszyscy mieli twarde przekonania bolszewickie i należeli do nielegalnej Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU). Gdy przyszli pierwsi sowieci, bracia zaczęli czynnie utrwalać władzę komunistyczną na Przykarpaciu.

Największą karierę zrobił najstarszy z braci, Petro (1919-1944): instruktor CK KPZU, deputowany do Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Ukrainy, inspektor stanisławowskiego Wydziału Oświaty w latach 1939-1940. Komunistyczne przewodniki podawały, że za przekonania polityczne był więźniem Berezy Kartuskiej. Jednak w życiorysie tego „bojownika o świetlaną przyszłość” był jeszcze jeden areszt, o którym sowieccy historycy wolą milczeć.

Otwórzmy gazetę „Kurier Stanisławowski” z dnia 24 maja 1925 roku. Na stronie 5 mamy niewielki artykuł „Młodociany potwór”, w którym czytamy: „Posterunek Policji Państwowej aresztował w tych dniach 15-letniego Petra Majdańskiego z Opryszowców, który w bestialski sposób zhańbił 6-letnią córeczkę sąsiadów”.

Okazuje się, że współczesna wersja nastolatków o braciach-kryminalistach wcale nie jest daleka od prawdy.

Od Skruta do Gutta
Przysłowia i przypowieści bywają narodowe i regionalne. Jeżeli przysłowie „Praca nie wilk – do lasu nie uciecze” zrozumiałe jest dla wszystkich, to sens wypowiedzi „Od Skruta do Gutta” dla większości mieszkańców naszego miasta jest do dziś zagadką. Ale mieszkańcy międzywojennego Stanisławowa dobrze wiedzieli o co idzie. Swego czasu krajoznawca Mychajło Hołowatyj zbadał znaczenie tego zagadkowego przysłowia i wytłumaczył jego sens.

W latach 20. utalentowany ukraiński cukiernik Wołodymyr Skrut otworzył własną cukiernię przy dzisiejszej ul. Mazepy 4. Firmowe lody, smaczne ciasteczka, aromatyczna kawa szybko zdobyły popularność wśród mieszkańców.

Cukiernia Wołodymyra Skruta (ilustracja z archiwum autora)

Zakład pana Skruta szczególnie oblubowała sobie młodzież. Przy filiżance kawy chłopcy i dziewczęta poznawali się, nawiązywali relacje i przyjaźnie. Zdarzało się, że znajomość urastała do wielkiej miłości i kończyła się przed ołtarzem.

Klinika dr. Jana Gutta (zdjęcie z kolekcji Natalii Gajnal)

Z czasem młode pary, rzecz jasna, cieszyły się potomstwem. Najpopularniejszym szpitalem położniczym w tamtych czasach była lecznica dr. Jana Gutta. Została otwarta w styczniu 1926 roku i znajdowała się w kamienicy dzisiejszej przychodni przy ul. Iwana Franki 17. I teraz wszystko staje się zrozumiałe: „Od Skruta do Gutta” – była to typowa droga narzeczonych w międzywojennym Stanisławowie.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 18 (358), 29 września – 15 października 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.