Legendy starego Stanisławowa. Część 36

-a A+

Zapomniany bohater

Już od kilku lat w Iwano-Frankiwsku z powodzeniem działa program „Miasto Bohaterów”, w ramach którego na murach domów umieszczane są tablice z nazwiskami wybitnych osobistości zamieszkujących niegdyś budynek. Wśród tych ludzi są bardziej lub mniej znani, ale brakuje tam jednej osoby. Pozostawił po sobie wyraźny ślad w historii Ukrainy, ale jego nazwisko niewiele mówi mieszkańcom miasta.

O walce pod miejscowością Kruty z pewnością słyszał każdy. 29 stycznia 1918 roku oddział kijowskich studentów i kadetów korpusu junkrów odważnie spróbował powstrzymać bolszewików w ich drodze na Kijów. Siły były nierówne i po zaciętym boju Ukraińcy wycofali się. Część oddziału trafiła do bolszewickiej niewoli i zostali rozstrzelani. Tym nie mniej bitwa weszła do historii Ukrainy jako przykład męstwa i bohaterstwa obrońców niezależności młodej republiki.

Oddziałem ochotników dowodził setnik Awerkij Gonczarenko, były kapitan carskiej armii. Jest on jednym z głównych bohaterów filmu „Kruty”. Przeżył on bój i kontynuował walkę z bolszewikami, a z czasem dosłużył się stopnia pułkownika URL.

Po wymuszonym wycofaniu się armii URL do Galicji, los rzucił Gonczarenkę do Stanisławowa, gdzie był wykładowcą w junkierskiej szkole atamana Szapowała. Szkoła mieściła się w zabudowaniach byłego więzienia „Dąbrowa”, przy ob. ul. Czornowoła 119a. Niebawem walki wyzwoleńcze zakończyły się i Gonczarenko znalazł się w obozie internowanych pod Przemyślem. Z pewnością Stanisławów zapadł mu w serce, bo wrócił tu po zwolnieniu z obozu w 1922 roku.

W swoich wspomnieniach „Z lat minionych”, pułkownik pisze:

„Później przyszedłem do pracy w Ukraińskiej Spółdzielczości w Stanisławowie. Tu obejmowałem różne stanowiska: referenta zboża, organizatora spółdzielni itd. Na wiosnę 1943 roku w Buczaczu wstąpiłem do dywizji SS „Galizien”, powiat którego odnosił się do Stanisławowskiego Związku Spółdzielczego”.

Z tego wynika, że ponad 20 lat mieszkał w naszym mieście! Jego adres nie jest znany, ale miejsce pracy można w przybliżeniu określić. W 1922 roku ukraińscy weterani walk założyli Stanisławowski Powiatowy Związek Spółdzielczy. Jego biura i sklepy mieściły się w budynku spółdzielni „Kredyt” przy ul. Sobieskiego. Z czasem Związek opuścił ten budynek. Dziś dawna ulica Sobieskiego nazywa się Strzelców Siczowych. Pozostaje jedynie ustalić numer domu i można odsłaniać tam pamiątkową tablicę Awerkija Gonczaruka.

W Stanisławowie Związek Spółdzielczy mieścił się przy ul. Sobieskiego (pocztówka ze zbiorów Maksyma Dutczaka)

Genialny projekt
Dziwne jest to, że do tej pory ukraińscy wydawcy nie wznowili autobiografii Horacego Safrina „Komiczne i osobliwe historie mego życia”. Autor zamieścił w niej wiele bajek i legend z życia starego Stanisławowa z pierwszej połowy XX wieku. Oto jedna z nich:

W latach 20. w Stanisławowie mieszkał stary Żyd z długą brodą, Mojsze Jolles, handlarz solą. W mieście uchodził za dziwaka i wsławił się swymi bzdurnymi projektami. Na przykład pewnego razu pojechał do Warszawy i poszedł do ministra finansów Jabłońskiego:

– Muszę trafić na audiencję do ministra – powiedział w sekretariacie.

– Po co? – pyta sekretarz.

– Mam genialny plan, jak zwiększyć dochody z monopoli soli.

Gdy ministrowi powiedziano o wizycie, ten przyjmował urzędową delegację Jugosławii. Propozycja Jollesa bardzo zainteresowała ministra, bo w Polsce był kryzys i dodatkowe wpływy do budżetu były konieczne. Szybko zakończywszy rozmowę z Jugosłowianami minister kazał zaprosić gościa.

– Szanowny pan Jolles! Nie bacząc na wiek, przyjechał pan z tak daleka. O co chodzi w pana projekcie?

– Ekscelencjo! – dumnie odpowiedział Żyd. – Trzeba podnieść cenę na sól!

Pałac Ministerstwa Finansów w Warszawie (novynarnia.com)

Duchy ukraińskiego gimnazjum
Najciekawsze są legendy, które pochodzą od konkretnych ludzi. Na przykład tę historię opowiedziała mi dziennikarka Oksana Lisowska, która usłyszała ją od nauczycielki muzyki Aleksandry Turiańskiej, a jej z kolei opowiedział ojciec – Marian Stepaniak. W latach 20. XX wieku studiował on w Stanisławowie w ukraińskim gimnazjum, które mieściło się przy ul. Lipowej 44 (ob. Szewczenki).

Chłopcy spoza miasta mieszkali w bursach – odpowiedniku akademików. Jedna z nich – pan Marian już nie pamiętał, która – miała złą opinię. Podobno w nocy po korytarzach snuły się duchy! Uczniowie młodszych roczników, powiadali, że gdy kładli się spać, słyszeli na korytarzach dziwne odgłosy i postukiwania. Gimnazjaliści włączali światło i wychodzili na korytarz, ale nikogo tam nie było. Niektórzy ze strachu nie mogli zasnąć przez całą noc. Na szczęście – duchy nie chodziły co noc, lecz tylko od czasu do czasu.

Tajemnica została odkryta dopiero po roku, gdy „pierwszaki” poszły do następnej klasy. Według ustalonej tradycji „zielonych” gimnazjalistów straszyli ich starsi koledzy. Przywiązywali do łapek kota skorupki orzechów, a ten chodził po korytarzach i stukał, a biedne „pierwszaki” bledli pod kocami i drżeli ze strachu. W tym czasie ich starsi koledzy zachodzili się od śmiechu w sąsiednim pokoju.

Dawne gimnazjum, widok od strony dziedzińca (pocztówka ze zbiorów Leonida Orła)

Na ulicy Kołłątaja
W przedwojennych miastach Galicji była swoja specyficzna subkultura, którą określano, jako „batiarską”. Nazwa pochodzi od „batiarów” – łobuzów, chuliganów, awanturników. Mieli swoją modę, dowcipy i piosenki. Najwięcej batiarów było we Lwowie, ale w Stanisławowie też ich nie brakowało. Z tych czasów doszła do nas jedna piosenka, która opisuje wydarzenie na ulicy Kołłątaja (ob. Dniestrowska). Napisana jest w mieszanej gwarze polsko-ukraińskiej, ale jej sens zrozumieć nietrudno:

Na ulicy Kołłataja,
Fajduli, fajduli, faj,
Bije baba policaja,
Fajduli, fajduli, faj,
Raz go w żebra, raz go w jaja,
Fajduli, fajduli, faj,
Tak się bije policaja,
Fajduli, fajduli, faj,
Ten policaj nie był głupi,
Fajduli, fajduli, faj,
Załadował szpryc do dupy,
Fajduli, fajduli, faj...

Co stało się powodem i czym zakończyło się to starcie nie wiadomo. Najpewniej policjant zabrał babę na posterunek. A może pogodzili się i niebawem pobrali.

Lekcja łaciny
Łacina za Polski była obowiązkowym przedmiotem w gimnazjum. W Stanisławowie w 1921 roku łacinę w gimnazjum wykładał profesor Gnat Pawluch. Wiadomo, że wiele łacińskich słów ma zakończenie na „-us”. Skorzystał z tego jeden niezbyt przykładający się do nauki uczeń. Na pytanie profesora, jak brzmi po łacinie „pole”, z całym spokojem odpowiedział – „polanus”.

Klasa wybuchnęła śmiechem, ale profesor też znał się na żartach:

- Dobrze synu, z taką łaciną szybko wrócisz na swoją wioskus, weźmiesz w ręce widłus, narzucasz na wozantus gnojus i powieziesz na polantus.

Po łacinie pole – to ager.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 12 (352), 29 czerwca – 16 lipca 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.