03/07/2020 19:56
autor Konstanty Czawaga

Wędrówka do huculskich grażd

-a A+

Skanseny Lwowa, Użhorodu i Kijowa szczycą się huculskimi grażdami. Są to czworoboczne zagrody góralskie, w których dom łączy się z budynkami gospodarczymi, tworząc pośrodku dziedziniec. Prawie wszystkie takie małe twierdze ludowe w Karpatach już znikły. W Krzyworówni nad Czeremoszem Czarnym pozostała jeszcze wybudowana w XIX wieku grażda, która po śmierci gospodarzy została przekształcona w obiekt muzealny. Jedyna natomiast zamieszkała grażda w tej okolicy zachowała się pod samym szczytem góry Ihrec.

W cieniu zapomnianych przodków
Po zwiedzeniu Muzeum Iwana Franki w Krzyworówni, gdzie znajduje się ekspozycja poświęcona również Stanisławowi Vincenzowi, po przerzuconej nad Czeremoszem wiszącej kładce zmierzamy do Muzeum Etnograficznego Chata-Grażda w przysiółku Zariczczia (Zarzecze).

„W górze grażdy, u szczytu dachów, co siedziały okrakiem jeden na drugim, zbierały się szepty jak w pudle muzykalnym. Byle co mogło je zbudzić i rozegrać” – opisał swoje wrażenie o takim huculskim mieszkaniu Stanisław Vincenz w swojej słynnej tetralogii „Na wysokiej połoninie”. – „Nie myślicie przecie, że grażda słuchała tylko własnych starych szeptów. Słuchała i czuwała wszelako i na wszystkie strony. Tak tylko a nie inaczej można w niej było mieszkać, bo była obronna. Nie tylko słychać z niej było jak z myśliwskiego stanowiska, także widać z niej było na wszystkie strony, bo znajdowała się blisko grzbietu pasemka. Nikt nie mógł zbliżyć się niepostrzeżony”.

Fot. Konstanty Czawaga

W austriackich księgach podatku gruntowego ten obiekt prywatny został odnotowany w 1858 roku. Należał do rodziny Charuków. Na początku lat 70. ubiegłego wieku wypadła mi okazja poznać ostatnich właścicieli tej grażdy. Leciwi Charukowie prowadzili gospodarkę i prawie codziennie byli zmuszeni do udzielania się turystom. Byli dumni, że zostali docenieni przez społeczność. Badacze literatury z Kijowa i Lwowa upublicznili, że kiedyś częstymi gośćmi ich grażdy bywali wybitni pisarze ukraińscy Iwan Franko (1856–1916) i Mychajło Kociubynski (1864–1913). W 1963 roku Siergiej Paradżanow kręcił w tej grażdzie sceny do jednego z najsłynniejszych filmów o Huculszczyźnie „Cienie zapomnianych przodków”, który powstał na podstawie powieści Mychajła Kociubynskiego o tej samej nazwie. Ten utwór jest pełen mistyki, symboliki religijnej i narodowej oraz poetyki surrealistycznej, którą była wypełniona też ta grażda, dopóki nie odeszli z tego świata Charukowie.

U schyłku ich życia ugryzłem chyba ostatni plasterek starowieku huculskiego. Leciwy już Hucuł opowiadał każdemu gościowi prawie całą historię świata.

– Siadaj na ten kamień, gdzie kiedyś lubił siedzieć Iwan Franko, a ja ci wszystko powiem – zaprosił Charuk, który pasł tam krowę.

Gadał po huculsku i o znaczeniu wielu słów trzeba było się domyślać, a jeszcze musiałem to wszystko tłumaczyć na ukraiński język literacki dla studentów z Kijowa, którzy też przystanęli na chwilę.

Gdy w swojej opowieści doszedł do I wojny światowej, stwierdził, że w Kosowie Kozacy rosyjscy zaprzęgali miejscowych Żydów do wozów i zmuszali ich do picia wody z rzeki Rybnicy jak to robią konie. Nie ukrywał, że wtedy najwięcej się przestraszył „woroplanów”, to znaczy samolotów wojskowych. Mówił tak emocjonalnie, że wydawało się, że straszne samoloty za chwilę zamkną niebo nad Charukiem razem z nami, słuchającymi go. A o tajemniczej Wielkanocy Brachmańskiej Charuk opowiadał tak przekonująco, że w oczach niektórych ufnych słuchaczy pojawiło się nawet wahanie i podejrzenie, czy czasem ci Brachmanie nie mieszkają pod ziemią za pobliską górą.

Zapadał wieczór i Charuk poprowadził krowę do domu. Nie wprost do bramy, a dookoła grażdy. To znaczy za słońcem – wyjaśnił. Jeszcze zaprosił mnie do środka grażdy i zaprowadził tam do wąskiej niskiej ciemnej owczarni. W długim żłobie wzdłuż ściany zamiast siana zobaczyłem szkielety krowich głów. Charuk wyjaśnił, że należały kiedyś do jego ulubionych krów, które zagryzł niedźwiedź lub które w czasie powodzi zabrał Czeremosz, on zaś znalazł to co pozostało. Może stało się to powodem jego dziwactwa, a może był takim od urodzenia, tego nie wiem. Można było się domyślać, że w ten sposób pielęgnował pamięć o czasach przedwojennych, kiedy Charukowie mieli dużo bydła i owiec. Komuna „uwolniła” ich od tej gospodarki.

Od 1984 roku Charukowa grażda stała pusta. W 1993 budynek został odrestaurowany, a rok później podczas Pierwszego Światowego Kongresu Hucułów otwarto tu muzeum. Eksponaty są wystawione we wszystkich pomieszczeniach i na podwórku wewnętrznym. Pracownica muzeum w barwnym stroju ludowym pragnęła przystępnie wyjaśnić nam do czego służyła czy nadal służy Hucułom każda z przedstawionych na wystawie rzeczy, zaśpiewała też kołomyjki. Ekipa Kuriera Galicyjskiego z Mirosławem Rowickim na czele oraz Andrzej Klimczak, redaktor naczelny pisma SDP „Forum Dziennikarzy”, podziękowali jej za opowieść.

Fot. Konstanty Czawaga

Marusiakowie – ostatni z Mohikanów
Po jakimś czasie ponownie szykujemy się do Krzyworówni, ażeby zwiedzić w tej okolicy kolejną grażdę, zamieszkałą przez rodzinę Marusiaków. Sprawdzamy adres.

Hucuł popatrzył na nasz sprzęt i po chwili namysłu doradził:

– Tak, ta grażda rzeczywiście należy do Krzyworówni, jednak będzie wam ciężko wydrapać się tam po stromych leśnych ścieżkach, a może też uczepić się was jakieś błądzenie. Jedźcie do wsi Bukowiec, stamtąd będzie łatwiej i bliżej.

Pod szczytem Bukowca zostawiamy samochód.

Młody dyrektor szkoły, którego poznaliśmy tam, wskazuje na sąsiedni grzbiet:

– Grażda Marusiaków jest po drugiej stronie. Zobaczycie ją z góry. Półtorej godziny trzeba iść – zapewnił.

Wspinamy się po wąskiej drodze, a raczej po śladach wozów i ciągników pozostawionych w żółtej mokrej glinie oraz po stromych ścieżkach w górę przez las, krzaki i łąki. Wydawało się, że już dotarliśmy na szczyt, ale tam okazało się, że trzeba przejść jeszcze przez jedną górę.

Skrzyżowanie na opustoszałej połoninie nie ma żadnego oznakowania. Można się tylko domyślać, że jedna z dróg prowadzi tu z przełęczy Bukowiec. Prawdopodobnie tak było i za czasów Stanisława Vincenza, kiedy we wspomnianej już tetralogii „Na wysokiej połoninie” napisał, że w tej okolicy „trochę pokrajany, pokrzyżowany ścieżkami, jednak niejeden leśny człowieczyna, jakiś rozbitek czy spóźniony naśladowca dawnych słynnych watah, krył się tam nieźle i napadał niespodzianie podróżnych na przełęczy Bukowca, na tych „ślipankach“ leśnych, co to zaczęły udawać drogi kołowe. A chociaż starym zwyczajem junackim napastnik taki grzecznie przemawiał do napadniętych, jednak obdzierał ich dokładnie i bez pardonu. Ale to takie ot już były ostatki słynnego junactwa opryszkowskiego, bez świetności, bez sławy. Uparte niedobitki po tylu pacyfikacjach, sztandrechtach i katowniach mandatorskich. I znikły razem z lasem jasienowskim”.

Po tylu latach od tamtych czasów lasy dziewicze dokoła przełęczy Bukowiec i dalej są już powycinane, a na ogolonych szczytach i grzbietach przez cały rok królują wiatry. Przed nami dokoła są przepiękne widoki pasm górskich. Gdzieś daleko w dolinie błyszczy posrebrzony przez słońce Czeremosz. Jeszcze dalej niebo podpierają Góry Czywczyńskie i Czarnohora.

Ostatnia wspinaczka po drodze wśród traw połonińskich i wreszcie niedaleko za grzbietem, na granicy lasów i górskich łąk widzimy samotną osadę huculską. Szybko schodzimy poniżej. Pracujący w tartaku mężczyźni nie zwracają na nas uwagi. Obok na huśtawce uśmiecha się dziewczynka, która bez obawy i strachu przed nieznajomymi przywitała się z nami, nieznajomymi.

– Mama piecze chleb w domu – powiedziała.

Grażda w tym miejscu naprawdę wygląda jak twierdza zamknięta przed światem zewnętrznym. Wchodzimy na mały dziedziniec przez drewniane drzwi. Tam bawi się jeszcze jedna, mniejsza dziewczynka. Słysząc nasze głosy, z chaty wyszedł już niemłody Hucuł. To Mykoła Marusiak, gospodarz. Na palcach ma wytatuowany rok urodzenia – 1960.

– Nie ma już więcej takiej grażdy, w której mieszkają ludzie – stwierdził. – Reszta jest w muzeach.

Na pytanie, czy jest to jego dom rodzinny, wyjaśnił:

– Nie, przyszedłem tutaj. Dziadek mojej zmarłej małżonki zbudował go w 1925 roku.

Dziadek nazywał się Mykoła Mohoruk i był synem wójta Krzyworówni. To był szanowany gospodarz, który posiadał kilka połonin i sporo lasów. Postanowił pod szczytem góry Ihrec zbudować najlepszy dom w okolicy i zrealizował swój plan. Gospodarka prosperowała, ale wszystko zmieniło się wraz z nadejściem władzy radzieckiej. W 1957 roku rodzina została zmuszona do oddania swej ziemi, bydła i owiec do kołchozu. Dopiero w latach 90., już w niezależnej Ukrainie, potomkowie Mohoruka na różne sposoby i na ile to było możliwe odzyskali utracone mienie. Trzy pokolenia Marusiaków na wysokości 1100 metrów nad poziomem morza teraz nadal prowadzą styl życia swoich przodków i tradycyjną gospodarkę góralską.

– Wokół domu znajdują się owczarnie i chlewy – pokazuje Mykoła. – Trzymamy tutaj owce i bydło. Mamy krowy, 50 owiec. W zimie chlewy ocieplają mieszkanie, chroniąc go od zimnych wiatrów. Wtedy psa też wpuszczamy do grażdy, żeby wilki nie pogryzły. On sobie tutaj biega i daje znać, kiedy przychodzą wilki.

Wysoki zrąb chroni dom i podwórko przed drapieżnym zwierzem czy złodziejami.

Na progu pojawia się córka Mykoły Luba. Zaprasza nas do domu pod wysoką strzechą. Dwa pokoje oddzielone sienią. Drzwi są symetrycznie umieszczone po obu stronach korytarza. Rodzina mieszka po lewej stronie. Jest tam też kuchnia. Pokój, który znajduje się po prawej stronie, zwiedzają turyści. Surowa, obronna forma grażdy kontrastuje z bogatym wystrojem wnętrza świetlicy. Na ścianach są piękne huculskie dywany – kyłymy, ikony w haftowanych ręcznikach. Drewniane łóżka nakryte liżnykami. Są to wzorzyste koce, tkane z owczej wełny i puszyste z obu stron. Można też zobaczyć wiele zdjęć rodzinnych umieszczonych w rzeźbionych ramach. Obok wiszą ciupagi – broń dumnych Hucułów.

– To wszystko są rzeczy nasze, rodzinne – zaznaczyła kobieta.

Przekonujemy się, że tutaj, w górach, gdzie domy znajdowały się w znacznej odległości od siebie, w takim dworze było bezpieczniej i przytulniej. Tak jak teraz, w grażdzie Marusiaków. Zdaniem Luby, ciężko byłoby przychodzącemu z zewnątrz przyzwyczaić się do takich warunków. Dla niej jest to gniazdo rodzinne, w którym wyrosła i chce tam żyć. Studiowała w Iwano-Frankiwsku. Czasy nauki wspomina z miłością, jak też inny układ życia oraz miejskie relacje międzyludzkie. Nigdy nie planowała mieszkać w stylu huculskim. Wróciła, by zaopiekować się chorą matką. Wyszła za mąż, urodziła trzy córeczki – Olesię, Ludę i Oksankę. Tak się złożyło, że mąż też Marusiak, więc nie zmieniła nazwiska. Nie tęskni za miastem, które wyczerpało ją swoim hałasem, ona zaś bardzo lubi ciszę.

– Gdziekolwiek pójdziesz, zawsze jest blisko, by wrócić do domu – opowiada Luba. – Kiedy byliśmy dziećmi, chodziliśmy do szkoły, myśleliśmy, że dobrze byłoby zamieszkać bliżej wioski, ale teraz tego nie czujemy. Mamy połączenie telefoniczne, internet. Cywilizacja jest, jak mówią. Nie powiedziałabym, że jest tu tak źle.

Marusiakowie produkują ser, któryi mieszkańcy okolicznych wiosek stale zamawiają na zimę. Również od wczesnej wiosny do późnej jesieni przyjmują w grażdzie turystów, prawie codziennie. Luba nie ukrywa, że wcześniej nie miała pojęcia, że w ten sposób można zarabiać pieniądze.

– Teraz udzielamy też swój czas dla turystów – mówi Marusiakowa. – Przyjmowaliśmy też gości z Polski, Niemiec, Francji. Zapraszamy do grażdy. Ja czy tata opowiadamy im o naszej kulturze huculskiej. Oni degustują nasz ser, a jeśli chcą, to kupują. Tylko żadnych noclegów.

Lato dla Marusiaków to najtrudniejszy czas w roku. Trzeba pracować dwa razy więcej. Wiele zależy od pogody, zwłaszcza przygotowania siana na zimę. Latem Marusiakowie zatrudniają pracownika, choć coraz trudniej jest znaleźć miejscowych chętnych do takiej pracy.

Ser i turyści to nie jedyne źródło dochodu rodziny Marusiaków. Sprzedają także wełnę i byki. Za pieniądze otrzymane ze sprzedaży byków Marusiakowie prawie ukończyli drugi dom, postawiony obok grażdy. Jednak, jak mówi Mykoła, dwuletni byk kosztuje tyle, ile miesiąc pracy w Polsce. Dlatego wielu mieszkańców jedzie tam do pracy. Mąż Luby też.

– A kto pasie bydło i owce? – pytam.

– Teraz pasą się bez pasterzy, są ogrodzone.

Koń w zaprzęgu ciągnie po trawie na metalowych saniach ciężką kamienną płytę. Gospodarze porządkują teren przy nowym domu.

Fot. Andrzej Borysewycz

W listopadzie Mykoła Marusiak tym koniem znów dostarczy ze wsi wszystkie niezbędne artykuły spożywcze: cukier, sól, mąkę, kaszę, ziemniaki. Każdą zimę Marusiakowie spędzają w domu. Śnieg pod górą sięga czasem 10 metrów, więc trudno się do nich dostać. Nie mogą też oni zejść do wioski. Nawet w czasie deszczu trudno jest dostać się do Marusiaków, ponieważ jest ślisko, podeszwy są obciążone ciężką żółtą gliną. Wtedy nawet samochód terenowy nie dostanie się do grażdy.

– Ale jeżeli zaistnieje wielka potrzeba, możesz zejść na dół – dodaje Luba.

Jeśli ktoś w grażdzie nagle zachoruje, musi wezwać pogotowie do wioski, a pacjent zostanie zabrany do wsi konno. Ale zdarzyło się też, że Luba będąc w ciąży poszła sama.

– Pójdziesz z nami do miasta? –zapytał żartobliwie nasz kolega Andrzej Borysewycz jedną z dziewczynek.

– Tak – usłyszeliśmy odpowiedź.

Mała szczebiotka wprawdzie nawet nie próbowała ruszyć się z huśtawki. Chyba zrozumiała żart obcego pana. Ale czy pozostaną Marusiakówny na grażdzie gdy dorosną?

Rodzice i dziadek jeszcze nie zastanawiali się, do której szkoły pójdą dziewczynki. Mykoła uważa, że najprawdopodobniej będą uczyć się w szkole z internatem w Werchowynie, miasteczku rejonowym, ponieważ do miejscowej szkoły w Krzyworówni czy Bukowcu jest daleko i trudno tam chodzić małym dzieciom bez dorosłych.

Hucuł Mykoła nie wyobraża sobie życia bez grażdy i nie rozumie, dlaczego miałby wyjeżdżać z gór. Jego zdaniem wnuki rosną – będzie przyszłość. Luba też jest optymistycznie nastawiona do przyszłości grażdy i ich stylu życia.

– Nigdzie stąd nie pójdę – stwierdza.

Czy pozostaną tutaj córeczki? Nie będzie ich ograniczać, ale teraz jest za wcześnie, aby o tym myśleć.

Mykoła pożegnał się z nami i wrócił do swej pracy. Ser u Marusiaków kosztuje sto hrywien za kilogram. Luba waży głowy bundzy, które wyglądają jak bochenki chleba ze starymi łuskami. Zwykle takie głowy ważą od półtora do dwóch kilogramów. Ponieważ jestem miłośnikiem prawdziwej bryndzy, kupiłem sobie u Marusiaków tego delikatesu huculskiego, by we Lwowie smakować go sobie z mamałygą.

Konstanty Czawaga