Jestem Polakiem i zawsze o tym pamiętam

-a A+

Wspomnienia Romana Kociuby

Urodziłem się w Brzeżanach [w Polsce w województwie tarnopolskim, dziś w obwodzie tarnopolskim], mieszkam w Drohobyczu, ale najbardziej czuję się związany ze Lwowem. Tam spędziłem swoje młode lata, studiowałem, miałem najbliższych przyjaciół. Tam poznałem swoją żonę. Chodziliśmy do teatru.

Bardzo lubiłem konie i ze swoją narzeczoną często bywaliśmy na torach wyścigowych, gdzie jeździłem konno. Taką okazję miałem tylko we Lwowie.

Ukończyłem Publiczną Szkołę Powszechną III stopnia w Truskawcu w 1938 roku. W szkole uczyliśmy się krótkich, takich po sześć zwrotek wierszyków patriotycznych, a w domu z kolei babcia uczyła nas piosenek. Bardzo lubiła śpiewać, szczególnie w święta albo kiedy mieliśmy gości. Niestety, nie zacytuję dzisiaj żadnego z nich, nie pamiętam, nie te lata. Polskiego uczyłem się od dzieciństwa w domu, bo wszyscy rozmawialiśmy po polsku. Czytałem po polsku, modliłem się po polsku, mieliśmy też skromną bibliotekę. Były tam bajki i satyry Ignacego Krasickiego, utwory Mickiewicza, z moim ulubionym „Panem Tadeuszem”. Babcia i mama miały też modlitewniki.

Rodzice – Olga i Dymitr Kociubowie w pracy

Moi rodzice byli farmaceutami. Mama Olga z domu Zaworotiuk urodziła się w 1909 roku w Wiedniu, pracowała jako aptekarka w Truskawcu. Tata po ukończeniu Wydziału Farmaceutycznego na Uniwersytecie Jagiellońskim [w Krakowie] pracował w aptece najpierw w Toruniu, Truskawcu, a potem w Drohobyczu. Miałem też młodszą siostrę, która umarła jako ośmioletnia dziewczynka tuż przed wybuchem II wojny. Rodzice bardzo przeżyli tę stratę. Więcej rodzeństwa nie miałem.

W naszym domu zawsze obchodzono święta religijne i państwowe. Najbardziej lubiłem Boże Narodzenie i Wielkanoc. Pamiętam, jak szliśmy na pasterkę razem z naszymi sąsiadami i przyjaciółmi, była nas naprawdę spora gromada.

W rodzinie zachowały się niektóre dokumenty, np. świadectwo studiów mojego ojca, metryki urodzenia. Są także przekazywane z pokolenia na pokolenie relikwie św. Bazylego, święte obrazy, medalik i krzyżyk prababci, drewniany różaniec mamy.

W Drohobyczu mieszkało bardzo dużo Polaków. Pracowali głównie w Polminie, państwowej rafinerii ropy naftowej. Mieli swoje domy, ich dzieci uczęszczały do polskich szkół razem z żydowskimi. Był piękny kościół św. Bartłomieja, powstały z fundacji króla Władysława Jagiełły w 1392 roku. Były w nim piękne witraże wykonane przez Matejkę, Wyspiańskiego, Mehoffera, barokowy ołtarz, bogata biblioteka. Obok kościoła był pomnik Bitwy Grunwaldzkiej – kupka kamieni z wieńczącym ją krzyżem.

Do 1939 roku hucznie obchodzono polskie święta narodowe, organizowano zabawy na głównym placu. W 1939 roku wszystko się skończyło. Któregoś dnia do drzwi zapukał NKWD. Zaczęły się rewizje i aresztowania.

Od tego czasu nie wolno było mówić głośno o Polsce. Rodzice zakopali w ziemi polskie książki i modlitewniki. Zniszczono witraże w kościele św. Bartłomieja, barokowymi ołtarzami i książkami palono w piecu. Polskie święta obchodzono po cichutku, przy zaciągniętych zasłonach. Wszyscy żyli w ciągłym strachu.

Mojego dziadka, adwokata, i ciocię w 1941 roku komuniści zesłali na Syberię, bo byli wykształconymi ludźmi i nie chcieli pracować ani dla Niemców, ani dla komunistów. Dziadek już z Syberii nie powrócił. Wujek był polskim majorem, w 1939 roku został aresztowany przez komunistów i w 1941 roku rozstrzelany w Katyniu. Brat mojej teściowej Włodzimierz Gąska, żołnierz Wojska Polskiego, poległ w kampanii wrześniowej w okolicach Kolonii Grabnowoli [Grabnowola-Kolonia, wieś w Polsce w województwie mazowieckim], jest pochowany w zbiorowej mogile. Drugi brat, Aleksander Gąska, przebywał w obozie dla jeńców wojennych w Kozielsku, w 1940 roku został zamordowany w Lesie Katyńskim. Po latach jego kuzyn pojechał do Katynia i odnalazł Dąb Pamięci porucznika Aleksandra Gąski.

W czasie II wojny światowej rodzina teściowej ukrywała dwie żydowskie kobiety. Niestety, nic o nich nie wiem, oprócz tego, że jedna z nich była żoną lekarza. Teściowa bała się o nich mówić, cała rodzina ryzykowała życiem, ale uratowała od śmierci dwa inne życia.

Na naszym podwórku w Drohobyczu stała figurka Matki Boskiej. W 1949 roku NKWD nakazał ją zniszczyć. Teściowa jednak ukryła figurę na strychu i dzięki temu Matka Boska dzisiaj stoi na dawnym miejscu.

Rodzice i babcia uczyli mnie, jak zachowywać swoją polskość, nie zapominać o swoim pochodzeniu, pielęgnować pamięć o zmarłych. Jestem Polakiem i zawsze o tym pamiętam.

Marta Terpak
Tekst ukazał się w nr 5 (345), 17 – 30 marca 2020

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.