Kto i dlaczego kocha radzieckie wersje historii

-a A+

W zamieszczonych niedawno przez przezacny Kurier Galicyjski tekstach o trwającej polsko-rosyjskiej (i nie tylko) awanturze historycznej zamieściłem moje bardzo ostre i niepochlebne opinie o radzieckiej i postradzieckiej historiografii.

Pisałem o jej dyspozycyjności i podporządkowaniu polityce, o kłamstwach, manipulacjach i absurdach wszelakich. Pisząc o tym przewidywałem, że nie przejdzie to niezauważone i znajdą się obrońcy radzieckich „kronikarzy”, ale nie spodziewałem się takiej skali i intensywności reakcji! Na mój e-mail i na komunikator (w sieci społecznościowej) „przyszło” kilka wiadomości – dla mnie bardziej niż niepochlebnych. Oprócz tego, że mogłem zapoznać się z „merytorycznymi” argumentami mającymi wykazać bezsens mych wywodów, dowiedziałem się, że jestem rewizjonistą, faszystą, patentowanym łgarzem, Żydem (!), idiotą, zdrajcą, ignorantem, lizodupem (!), nieukiem, sprzedawczykiem, psychicznie chorym i wiele, wiele jeszcze.

Pełne zaskoczenie! Jednak ktoś czyta moje teksty?! W porządku, ale ile osób powinno je czytać, by wśród nich znaleźli się tacy „gorący odbiorcy”? Zgoda, Kurier Galicyjski ma całkiem sporo czytelników (tak w Polsce, jak i na Ukrainie, a zapewne i w Rosji też – przekonany jestem, że przynajmniej „odpowiedni ludzie” go tam uważnie czytają), ja może również nie jestem tak zupełnie anonimowy (chociażby dzięki Kurierowi właśnie), ale żeby aż tak?! Dwa krótkie teksty w szanowanym, ale przecież nie ogólnopolskim, dwutygodniku i aż taka na nie reakcja?! Do tego „listy” w trzech językach? Powtarzam – pełne zaskoczenie! W porządku, część tej „korespondencji” można przypisać internetowym trollom, jednak nie całą przecież! Trolle – wiadomo, stwory niewarte uwagi, ale reszta? Ta „reszta” przez kilka dni nie dawała mi spokoju – dlaczego tak? Wreszcie wymyśliłem i kilkoma myślami postanowiłem się podzielić.

Każdy, kto poddaje w wątpliwość rzetelność i obiektywność radzieckiej i postradzieckiej historiografii, dokonuje zamachu na jej produkty – mity i obrazy. Są to mity i obrazy, bez których historia życia wielu ludzi straci sens. Jak bowiem mają sobie oni wytłumaczyć śmierć bliskich, głód, biedę, pracę ponad siły, jeśli poddać w wątpliwość chociażby radziecki mit o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej? Jeśli przekonywać, że to nie Niemcy zaplanowały wojnę (W. Suworow), że klęski nie były spowodowane zaskoczeniem i niemiecka przewagą (M. Sołonin), czy wreszcie, że w Leningradzie (dzisiaj ponownie St. Petersburg) można było uniknąć głodu (L. Mleczin). Czy uczucie dumy ze szlachetnego poświęcenia nie zostanie wtedy zastąpione goryczą? Świadomością, że zostali zwyczajnie oszukani, ograbieni, wykorzystani? Kto chce zobaczyć w lustrze twarz oszukanego głupca, zamiast twarzy szlachetnego bohatera? Zdawać by się mogło, że jest to już tylko teoretyczny problem, który dotyczy starych i nielicznych. Błąd! Radziecki mit o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej – na nas napadli i byliśmy słabi, dlatego ponieśliśmy klęski i kraj został zrujnowany, trzeba podnosić z gruzów i jest ciężko, jest biednie, ale będzie (kiedyś tam) cudownie – aż do końca lat sześćdziesiątych służył radzieckiej propagandzie by usprawiedliwiać eksploatację ludzi, brak szacunku i biedę. Jego ofiary wciąż żyją, są liczne i wcale nie takie wiekowe.

Każdy, kto poddaje w wątpliwość rzetelność i obiektywność radzieckiej i postradzieckiej historiografii, dokonuje zamachu na jej produkty – filmy, pieśni, książki, wiersze. Radziecka propaganda wyprodukowała tysiące filmów zgodnych z radziecką wersją „historii”, wydrukowała miliony książek, rozdała setki tysięcy nagród kompozytorom, artystom, poetom. Propaganda historyczna, mimo że podana „w sztuce” w mniej drażniący i łatwiejszy do przyswojenia sposób, to jednak nadal propaganda, a nie historia! Np. czy ktoś z czytających te słowa widział film Siergieja Eisensteina „Październik”? W filmie jest scena szturmu na Pałac Zimowy. Dzielni rewolucjoniści, w tumanach mgły i światłach reflektorów, wdrapują się na wrota, biegną, zdobywają. Tyle, że to stuprocentowa fikcja, wyprodukowana zgodnie z zaleceniami i na potrzeby bolszewickiej propagandy! Doskonale wiadomo jak w rzeczywistości wyglądał ten szturm i że film ma się do tej rzeczywistości nijak. Jednakże, gdy – każdego kto ten film oglądał – poprosi się o zamkniecie oczu i opowiedzenie jak on wyobraża sobie szturm Pałacu Zimowego, to opisze on obrazy właśnie z filmu, nie inne! Można powiedzieć – nie tragedia. Tyle, że podobnych radzieckich i postradzieckich fałszujących historię tworów są tysiące, jeśli nie setki tysięcy. Żyją one w duszach widzów, słuchaczy, czytelników, zamieniają wiedzę. Przez lata funkcjonowania stały się częścią ich świata. Poddawanie w wątpliwość, przeczenie prawdziwości tych obrazów, słów i dźwięków, to zamach na ten świat. Świat znajomy, oczywisty, bezpieczny. Wielu jest zdecydowanych by tego świata bronić.

Każdy, kto poddaje w wątpliwość rzetelność i obiektywność radzieckiej i postradzieckiej historiografii w części traktującej o Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, dokonuje zamachu na „mit założycielski” tak ZSRR, jak i Rosji. Mit o zwycięstwie, mit o „wojujących dziadach”, mit o pokonaniu największego zła na świecie – jednoczył i nadal jednoczy Federację. Długo o tym można pisać, wiele aspektów rozważać. Szkoda czasu – ten mit funkcjonuje, a jego zniknięcie, korekta nawet, może mieć apokaliptyczne dla Rosyjskiej Federacji następstwa.

Każdy, kto poddaje w wątpliwość rzetelność i obiektywność radzieckiej i postradzieckiej historiografii, dokonuje zamachu na cześć i sławę jej twórców. Oczywiście – nie wszystkich, ale na wielu. Problem z radzieckimi „historykami” doskonale opisał Mark Sołonin („Pranie Mózgu”). Najpierw opisuje on pułapkę, w którą wpadają odbiorcy ich propagandy. Pisze o tym, że ludzie żyjący z pracy rąk żywią wielki szacunek dla architektów, konstruktorów, wynalazców. Pisze, że w oczach ludzi „prostych”, ktoś, kto jest w stanie skonstruować silnik rakietowy – musi być geniuszem. Dlatego słusznie są jemu nadawane przeróżne tytuły – od doktora (kandydat nauk) po profesora. Sołonin opisuje mechanizm, w rezultacie którego podziwiający techniczną „profesurę” ludzie automatycznie przenoszą swój szacunek na ogół utytułowanych. Tymczasem – zauważa on – to, że w ZSRR ktoś zostawał doktorem, habilitował się, otrzymywał tytuł profesora historii nie miało nic wspólnego z jego (obiektywnie pojmowanymi) osiągnięciami naukowymi. Po pierwsze, w ZSRR taka nauka jak historia była traktowana jedynie jako dodatek do historii Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, ze wszystkimi wynikającymi z tego dla historii konsekwencjami. Po drugie, kariera „historyka” (w większości przypadków) była uzależniona nie od jego odkryć i osiągnięć, a od tego na ile skrupulatnie i gorliwie realizował on w swojej pracy odpowiednie, partyjne dyrektywy. Dalej Sołonin opisuje, jak kolejne pokolenia takich „historyków – profesorów” produkowały kolejne pokolenia im podobnych, a te... Stosunek, w ten sposób „wyprodukowanej”, profesury do prawdy już kiedyś opisałem. Generał pułkownik (gen. broni) Dymitr Wołkogonow, profesor, w swoim czasie główny historyk Armii Czerwonej, w czasie dyskusji, na zarzut, że przecież prawda jest inna odpowiedział – „a na cóż nam taka prawda, jeśli jest ona dla nas niekorzystna”? Kurtyna!

Każdy, kto poddaje w wątpliwość rzetelność i obiektywność radzieckiej i postradzieckiej historiografii, dokonuje zamachu na wiarygodność dzisiejszej, rosyjskiej, „państwowej” wersji historii. Tymczasem historia ta została podporządkowana polityce i tym samym jej wiarygodność nie jest już abstrakcyjnym problemem naukowym, a politycznym i praktycznym właśnie. Proponuję przypomnienie sobie kremlowskich „rewelacji” o ambasadorze Lipskim, o Pakcie Ribbentrop – Mołotow, o winie II Rzeczypospolitej w rozpętaniu II wojny światowej... Powolny, acz zauważalny powrót, do przecież zarzuconej niegdyś historycznej retoryki Stalina ma służyć odbudowie zaufania do „oficjalnej wersji” historii – zawsze mówiliśmy prawdę, zawsze mówimy prawdę i zawsze będziemy mówili prawdę! Po cóż to wszystko? Wczoraj prezydent Rosyjskiej Federacji zechciał się podzielić ze światem genialną myślą, że etnos ukraiński jest sztucznym tworem, powstałym w efekcie oddziaływania Polski i Kościoła katolickiego. Dla każdego, kto choć trochę się orientuje w historii – to piramidalna bzdura. Jednak dla tych, którzy się nie orientują, przy ocenie decydującym będzie – zawsze mówiliśmy prawdę, zawsze mówimy prawdę...

Po raz kolejny czytam „listy”. Nie, nie czuję złości! Nie szukam autorów! Czytam je, starając się zrozumieć co było przyczyną ich powstania. Ba! Nie tylko to! Zastanawiam się jak wiele trudu trzeba było sobie zadać, by znaleźć mnie w odmętach Internetu – „listy” przecież nie do redakcji przyszły! Jasne – wszystko to – bezproduktywne zajęcie. Motywacji powstania tej „korespondencji” może być o wiele więcej od powyżej opisanych. Może to wcale nie „historyk” jakiś, nie człowiek który zrujnowania swego świata się boi, a zwyczajnie ktoś, kto (delikatnie mówiąc) mnie nie lubi postanowił krwi mi napsuć, a wspomniane „historyczne” teksty jedynie ku temu za pretekst posłużyły. W sumie – wdzięczny jestem.

Nawet jeśli autorami wszystkich tych listów były internetowe, prokremlowskie trolle (co prawda w to wątpię, ale wykluczyć nie mogę), to nie tylko nie udało się im mnie obrazić, zmartwić, czy zdenerwować (serio!), a po pierwsze, trochę mnie swoim prymitywizmem i ignorancją rozbawili, a co ważniejsze – dali mi pretekst dzięki któremu zastanowiłem się nad tym, dlaczego i kto może kochać radzieckie wersje historii.

Jako, że nie chciałbym by złośliwi interpretatorzy „doczytali się” w powyższym tego, czego tam nie ma, oświadczam, że wielu rosyjskich historyków i historycznych publicystów szczerze cenię i niebywale poważam. Dzieje się tak nie tylko dzięki ich pracom, którymi się od lat zaczytuję, ale dlatego, że nie dali się „osiodłać” polityce i politykom, a historię traktują z należnym jej szacunkiem i powagą, z pokorą przyjmując wszystko to, co przed ich oczyma zechce ona odkryć.

Artur Deska
Tekst ukazał się w nr 4 (344), 28 lutego – 16 marca 2020

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.