Zeniu, napisz mi list do Polski…

-a A+

Wspomnienie o dziadku Zenonie Maniowskim

Zeniu, napisz mi list do Polski… – te słowa ciągle brzmiały w naszym domu. A Zenon Maniowski, mój dziadek, siadał i pisał. Dziesiątki, setki listów. Ludzie przychodzili do niego co miesiąc, co tydzień, co dzień – sąsiedzi i obcy – z prośbą o napisanie i tłumaczenie listów na język polski. A w tych listach była cała historia Kresów – życie tych ludzi, ich obawy i marzenia. Dlatego w głębi serca nazwałabym mojego dziadka kronikarzem.

Zenon Maniowski urodził się 14 kwietnia 1921 roku, całe życie mieszkał we wsi rodzinnej swojego ojca, w Wygnance Górnej koło Czortkowa [do 1945 r. w II RP]. Czortków w 1919 roku razem z Wygnanką liczył 15 000 mieszkańców (w tym 5000 Polaków). Polacy utrzymywali ze sobą kontakty, wspierali się nawzajem. Do lat pięćdziesiątych ludzie mówili po polsku, później po ukraińsku z licznymi polskimi słowami. Nowe pokolenie Polaków we wszystkich sferach życia miało do czynienia z językiem ukraińskim i rosyjskim.

Historia Czortkowa ma wiele polskich śladów, zauważalnych zwłaszcza w architekturze. Przed II wojną światową w Wygnance Górnej znajdował się staropolski drewniany dom należący do Leontyny Kolmerowej – jej mąż Edward Kolmer był sekretarzem starostwa w Czortkowie. Tuż obok dworca była ruina pałacu Potockich, tzw. Stary Dwór, w którym dawniej mieściło się ogromne archiwum oraz galeria obrazów Hieronima Sadowskiego. Archiwum przeniesiono do klasztoru czortkowskich sióstr miłosierdzia, a obrazy przewieziono do Lwowa. Miał Czortków także kiedyś zamek, dziś będący w ruinie, był tu także pałac hrabiego Borkowskiego z dużym parkiem, dom dla sierot i samotnych prowadzony przez siostry miłosierdzia. W 1863 roku w zamku czortkowskim internowano powstańców styczniowych. W poznańskim „Nowym Kurjerze” z 23 kwietnia 1937 roku czytamy, że 56 lat temu pan Erazm Gulewicz, miejscowy nauczyciel, kupił w Czortkowie najprawdziwsze skrzypce Stradivariusa, wewnątrz posiadały karteczkę z napisem i datą 1751 rok.

Mój pradziadek Piotr Maniowski był kolejarzem. Jego krewni – Michał i Paweł Maniowscy, być może byli księgowymi, dlatego że są wymienieni wśród absolwentów kursu handlowego w Czortkowie w 1907 roku. Organizatorem kursu było Towarzystwo Kółek Rolniczych we Lwowie (prezesem był Artur Zaremba-Cielecki). Kandydaci ubiegający się o przyjęcie na ten kurs musieli spełniać następujące warunki: a) mieć ukończone 16 lat, b) należeć do jednego z wyznań religii chrześcijańskiej, c) uczęszczać do szkoły ludowej i poprawnie umieć pisać i czytać, dobrze znać cztery działania rachunkowe, d) moralnie i przykładnie się prowadzić. Wszyscy uczestnicy kursu korzystali z nauki bezpłatnie i otrzymali bezpłatne mieszkanie.

Dziadek Zenon był najstarszym dzieckiem, dwójka młodszego rodzeństwa, Jarosław i Stanisława, mieszkała w Czortkowie. W młodości dziadek Zenon pracował jako technik leśny, po kilku latach objął stanowisko strażaka Komendy Miejskiej Straży Pożarnej w Czortkowie.

A było to w czasach, gdy w straży pożarnej, obok wozów strażackich, używane były konie, które na drewnianych wozach woziły beczki z wodą. W straży pożarnej dziadek przepracował całe swoje życie. Zaczynał od strażaka, a skończył jako prezes korpusu komendy. Na początku lat osiemdziesiątych przeszedł na emeryturę. W jego książeczce pracowniczej jest wiele podziękowań za sumienne wykonywanie swoich obowiązków służbowych. Był z natury człowiekiem łagodnym i cierpliwym, wrażliwym na cierpienie innych, bardzo często pomagał nawet obcym ludziom. Z żoną Oleną wychowali dwójkę dzieci. Razem doczekali się trojga wnucząt.

To zdjęcie to przykład wspaniałego obyczaju czortkowskich chłopaków. Po lewej stronie jest Zenon Maniowski (mój dziadek) obok niego zaś Eustachy Nożak. Oboje smalili cholewki do Olusi Maniowskiej (wtedy jeszcze Tracz). Chłopcy byli rywalami, ale nie wrogami. Zrobili wspólne zdjęcie i dali jej ze słowami: „Olusia, wybieraj!”. Byli prawdziwymi dżentelmenami.

I dziadek Zenon i babcia Olusia ukończyli przed II wojną światową szkołę powszechną i mieli szczęście poznać w tej szkole prawdziwą historię Polski. Ich dzieci już takiej możliwości nie miały, bo chodziły do szkół radzieckich. O Polsce dowiadywały się w domu, w którym rozmawiano po polsku. W ich domu obchodzono zawsze święta religijne, a od lat dziewięćdziesiątych także i państwowe: 3 maja, 11 listopada. Myślę, że moi przodkowie w dawnych czasach nie tylko obchodzili święta polskie, ale także byli ich organizatorami, ponieważ członkowie rodziny Maniowskich pracowali na stanowiskach rządowych. Mój prapradziadek Ignacy Maniowski był radnym gminy Wygnanka Górna (1909 r.), Mikołaj Maniowski był na urzędniczej posadzie komisarza (1925 r.) w tejże Wygnance, a Jakub Maniowski – radnym w czortkowskim magistracie (1930 r.). Być może właśnie on stał się bohaterem gazetowej sensacji: „Atak szału na tle ostatnich wypadków”, artykułu zamieszczonego we lwowskiej „Chwili” z 20 maja 1935 roku.

Polacy z Czortkowa zawsze byli aktywni i patriotyczni, między innymi organizowali bale charytatywne, o czym świadczy wzmianka w krakowskiej gazecie „Kalina” z 1867 roku, w której informuje się, że niejaka pani Erazma Szattauer zorganizowała w swoim domu w Czortkowie bal i zebrała 200 zł na pomoc Polakom powracającym z niewoli sybirskiej. W latach trzydziestych wielokrotnie odbywały się bale pracowników społecznych, z których dochód przekazywano na Dom Strzelecki w Dawidkach czy Dom Ludowy w Wygnance Górnej. Polska praca społeczna zaowocowała również powstaniem domu Kółka Rolniczego w Wygnance Dolnej, który został sfinansowany przez Polaków, a zwłaszcza przez pana Zarębę- Cieleckiego, znanego ofiarnego działacza kresowego.

W domowej biblioteczce moich dziadków było wiele książek, wśród nich „Podręcznik szkolny. Pierwsze czytanie” . Jeśli dziadek usłyszał, że ktoś uczy się polskiego, darował mu w prezencie polską książkę.

Polacy z Wygnanki Górnej nie mieli swojego kościoła, więc wszyscy byli parafianami czortkowskiego kościoła św. Stanisława Biskupa i Męczennika. W 1941 roku z rąk NKWD w męczeński sposób zginęło 8 ojców dominikanów. Cudem ocalał tylko jeden z nich, Reginald Wiśniowiecki, który akurat w tym czasie tajnie studiował u dominikanów w Krakowie. Miał przy sobie obrazek z wizerunkiem Matki Boskiej Różańcowej z Czortkowa.

W Wygnance Górnej w latach 1892–1908 w domu Józefa Niewczasa przy ulicy Żurawiej 2 działała biblioteka i czytelnia polska założona przez poetę Kornela Ujejskiego, należącego do tej światlejszej szlachty polskiej, która poczuwała się do obowiązku działania na rzecz rozwoju wsi, a bibliotekarzem w niej był sam Kornel. W księgach tej czytelni można znaleźć takie przyrzeczenie: „W imię Boga i Ojczyzny, iż nie będzie dopuszczona do czytelni żadna książka, która by powstała przeciw naszej Świętej Religii i moralności chrześcijańskiej”. Bardzo się cieszę, że członkami tej czytelni byli moi przodkowie: Stanisław Maniowski, wygnaniecki fotograf, Aleksander Maniowski oraz Konstanty Maniowski. Dodam tylko, że dziś dokumentacja tej czytelni ludowej znajduje się w Bibliotece Zakładu Narodowego im. Ossolińskich we Wrocławiu.

Od dzieciństwa intrygowała mnie i zachwycała ciemnozielona z metalowymi dodatkami skrzynia mojej babci Olusi, która należała jeszcze do jej mamy Anny. Skrzynia jest stara i solid-nam, a zamek z masywnym kluczem działa po dziś dzień. Gdy zaglądam do niej, to tak jakby czas się w niej zatrzymał. W środku po lewej stronie jest wąska półka z wieczkiem, tam zawsze leżał modlitewnik z małymi świętymi obrazkami oraz nici i różne drobiazgi. W skrzyni babcia trzymała też duże kawałki tkaniny, ubrania i chusty na głowę, do dziś leży w niej domowe płótno konopne, kiedyś obecne w każdym domu. Ale w skrzyni babci Olusi są też jej hafty. Kwitną na nich róże, bujne maki i skromne chabry, drobne niezapominajki i dorodne słoneczniki. Na płótnie rozproszone są kwiaty ogrodowe i polne, kłosy złotej pszenicy i winorośle. Kwitną sobie na serwetkach, obrusach, poduszkach i zasłonach, przyozdobione koronkami również autorstwa mojej babci. Pamiętam z dzieciństwa komplementy, jakimi obdarowywano babcię za jej talent do haftowania. W domu były piękne stare polskie i ukraińskie pocztówki z haftami – z nich również babcia czerpała wzory. Dzisiaj łatwo jest mieć takie hobby, ale w czasach USRR trudno było zdobyć niezbędne do tego materiały. Na początku lat siedemdziesiątych zabrakło czarnych nici. Babcia wpadła na pomysł, żeby wyciągnąć je z czarnej chustki, specjalnie do tego celu kupionej. Babcia akurat haftowała jakiś duży haft. Jednak podczas prania stało się nieszczęście – czarna nić z chusty zabarwiła płótno brudnymi smugami. Płacz, łzy, nieszczęście. Wtedy jeszcze nie wiedziano, że takie nitki trzeba najpierw namoczyć w wodzie z octem. Po tym smutnym zdarzeniu dziadek kupował nici w Polsce, we Wrocławiu, gdzie mieszkał jego krewny Terlecki. Do tej pory pozostały nam motki z napisem „Mulina Ariadna. Widzewska Fabryka Nici im. H. Sawickiej, Łódź, cena 2,25 zł” lub „Kordonek, cena 5,45 zł”.

Tak samo jak bogate w kwiaty były jej płótna, tak różnorodny był jej ogród. Każdego roku babunia siała wiele kwiatów. Kochała narcyzy, irysy, hiacynty, chryzantemy, piwonie, dzwonki. A jak wiele odmian sama wyhodowała!

W naszym domu zachował się zestaw trzech kieliszków, tzw. karczmiaków (50 ml). Być może zostały kupione w jednej z czortkowskich restauracji, na przykład na dworcu u panów Konikowskiego, Kucharskiego i Krzyżanowskiego, albo w Pokoju Śniadań panów Banacha i Rarogiewicza? Kto wie. Babcia Olusia zostawiła nam dwa notatniki kulinarne z ulubionymi przysmakami z dzieciństwa. Starannie przechowujemy też małą buteleczkę po perfumach „Być może”, które dziadek przywiózł dla niej z Wrocławia. Oprócz tego drewniany różaniec, modlitewniki, święte obrazki (niektóre nawet z 1898 roku) – to są nasze rodzinne duchowe skarby.

Część rodzinnych dokumentów i zdjęć przekazaliśmy do Muzeum Śląska Opolskiego w Opolu, aby w ten sposób zachować je dla potomnych.

Kiedy miałam 9 lat, zapytałam moją mamę, dlaczego tak wielu ludzi przychodzi do mojego dziadka pisać listy, czy dlatego, że są analfabetami? Usłyszałam, że ludzie ci nie umieją już pisać w ojczystym języku. Dzisiaj wiem dlaczego tak było. Dlatego, że pokolenie mojego dziadka to Polacy bez domu, bo dom został im zabrany.

Wiktoria Maniowska
Tekst ukazał się w nr 23-24 (339-340), 20 grudnia – 16 stycznia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.