Bohaterowie Stanisławowa

-a A+

W historii naszego miasta było wiele dostojnych postaci. Ktoś wsławił się jako artysta, ktoś – jako polityk, inny znów zdobył sławę dobrego gospodarza.

Można długo spierać się, kto dla Frankiwska uczynił więcej. Spróbuję przedstawić pięć osób, które odegrały największą rolę w historii naszego miasta. Możliwe, że o kimś z nich przeczytacie po raz pierwszy, ale proszę mi uwierzyć – nie ma tu ludzi przypadkowych.

Ojciec
Umieściłem swoich bohaterów w porządku chronologicznym – od czasów najdawniejszych po dzień dzisiejszy. Pierwszym z nich jest oczywiście założyciel naszego miasta Jędrzej Potocki. Można dyskutować, że Stanisławów budował nie on osobiście, lecz ukraińscy chłopi, plany zaś kreślił inżynier Francois Corassini. Żeby jednak znaleźć architekta i zebrać chłopów z łopatami potrzebna była wola jednego człowieka. A do tego – olbrzymie pieniądze, bowiem Potocki nie założył zwykłe miasto, ale miasto-fortecę.

Żeby zbudować drewniany ratusz i kościół oraz wiele chałup – wielkiego rozumu nie potrzeba. Ale otoczyć to wszystko niezdobytymi fortyfikacjami – to dopiero jest sztuka. Nawet jeśli będą to początkowo umocnienia ziemne, wymagające jednak fachowego podejścia i znacznych nakładów finansowych. A potem to wszystko należy chronić, uzbroić, wystawić garnizon i go utrzymywać.

Ponadto Potocki okazał się niezłym, jak byśmy określili – menadżerem. Stworzył dogodne warunki dla tych, którzy chcieli w mieście zamieszkać, kupców przyciągnął jarmarkami, wydał mnóstwo różnych przywilejów dla mieszkańców miasta. W Stanisławowie komfortowo czuli się zarówno Polacy, jak Ukraińcy, Ormianie i Żydzi. Puszczony w ruch przez Potockiego mechanizm urbanistyczny działał nadal po jego śmierci, co udało się niewielu. Na przykład: Mariampol Jabłonowskiego jest dziś wioską, a magnackie rezydencje Żółkiew czy Wiśniowiec? Są najwyżej centrami rejonów lub osiedlami typu miejskiego…

W źródłach archiwalnych można spotkać tezę, że miasto założył ojciec Jędrzeja – Stanisław Rewera Potocki, a syn jedynie kontynuował jego dzieło. Jednak badania historyka Czesława Chowańca przedstawione w „Historii stanisławowskiej fortecy”, która ukazała się niedawno, prostują te twierdzenia. Rewera nie miał z tym nic wspólnego.

Niektórzy historycy proponują, by odsunąć datę założenia miasta do roku 1437. Z tego bowiem roku pochodzi pierwsza wzmianka o wsi Zabłocie, na której terenach Potocki wybudował miasto. Nie należy podmieniać pojęć – wieś jest wsią, a miasto – miastem. Otóż, gdyby nie Jędrzej Potocki, to dziś w okolicy deptaku pasłyby się krowy, a w okolicy Kaskady – złociły pola rzepakowe agrofirmy „Mrija”.

Obrońca
Na Majzlach jest niewielka uliczka Danilewskiego, która w okresie międzywojennym nosiła imię pułkownika Jana Dennenmarka (spotykana jest też wersja Dannenmarka). Ten Niemiec z urodzenia był żołnierzem najemnym, służącym w wojsku Rzeczypospolitej. Figuruje on w powieści Sienkiewicza „Pan Wołodyjowski” jako dowódca pułku zaciężnego w czasie bitwy pod Chocimiem.

„Będąc z natury człowiekiem gorącym, oderwał się od swoich, szybko wdarł się na wały o mało nie zgubiwszy swego pułku, na który przypadła salwa ponad dziesięciu tysięcy samopałów. Sam zginął, a żołnierze jego zagubili się…” – pisał Sienkiewicz.

W rzeczywistości Dennenmark uratował swoje życie i za osobistą odwagę nobilitował go polski Sejm – został polskim szlachcicem. Ale za jakie zasługi trafił on na naszą listę?

W 1676 roku 100-tysięczne wojsko tureckie podeszło pod mury Stanisławowa. Turcy zajęli już przedtem Podole i na szalach ważył się los Pokucia. Gdyby zdobyli Stanisławów – nie wiadomo jak potoczyłaby się dalej historia Galicji i Wschodniej Europy. Potockiego wówczas w mieście nie było. Garnizonem z 4 tys. żołnierzy dowodził właśnie pułkownik Dennermark. Na żądanie poddania się załoga fortecy odpowiedziała ogniem. Oblężenie trwało 12 dni. Obrońcy Stanisławowa nie tylko odpierali kolejne ataki wroga, ale i sami robili szalone wypady do wrogiego obozu – zdobyli nawet kilka armat.

Wówczas forteca nie była jeszcze otoczona murem, lecz dębowym częstokołem. Co mogło czekać obrońców w razie jej upadku? Stanisławów istniał dopiero 14 lat i liczył kilka tysięcy mieszkańców. Turcy mogli z łatwością zetrzeć miasto z powierzchni ziemi, a wówczas nie wiadomo, czy Jędrzej Potocki odrodziłby swoje rodowe gniazdo. Dzięki komendantowi Dennenmarkowi forteca obroniła się i miasto przetrwało, a Turcy odeszli.

Odnowiciel
Miastem kierowało wielu burmistrzów i merów, ale na pomnik zasłużył sobie tylko jeden. Był to Ignacy Kamiński, który 18 lat rządził miastem, a dziś w spiżu strzeże wejścia do kawiarni „Profitrole”.

Okres jego rządów przypada na lata 1870-1888, chociaż do historii miasta wszedł już wcześniej. W 1868 roku miasto spustoszył słynny „marmoladowy” pożar. Ówczesny burmistrz Suchanek był całkowicie zdezorientowany i niczym się nie wykazał. Miał jednak energicznego zastępcę Kamińskiego, który w celu odbudowy miasta zaciągnął tanie kredyty i w tym celu spotkał się z samym cesarzem. W rzeczywistości to on podniósł z ruin miasto i gdy w roku 1875 otwarto w nim wystawę przemysłową, goście nie zobaczyli już żadnych śladów pożaru.

Za Kamińskiego wzniesiono nowy ratusz, założono bibliotekę miejską, wybudowano koszary kawalerii, olbrzymie więzienie i rzeźnię miejską. Za jego kadencji reanimowano skwer Kratterówkę i rozbito nowy – na pl. Mickiewicza. Za te zasługi wobec Stanisławowa nazwano jego imieniem jedną z ulic (ob. Iwana Franki).

Ratownik
Na pewno słyszeli państwo o pułkowniku Bolesławie Mościckim? Nie? A mieszkańcy Stanisławowa przed stu laty wspominali go prawie jak dobrego anioła. A było za co.

Lato 1917 roku. Trwa I wojna światowa. W Rosji wybuchła rewolucja i państwem rządzi Rząd Tymczasowy. Żołnierze są zmęczeni wojną. Natarcie gen. Kiereńskiego się nie powiodło. Rosjanie uciekają przez Stanisławów. Zaczynają się pogromy, grabież sklepów i mieszkań. Niebawem wybuchają pożary – płonie centrum, oficerowie nie mogą opanować chaosu.

W tym czasie pod miastem stacjonuje I pułk Ułanów armii rosyjskiej, sformowany z Polaków, dowodzony przez Bolesława Mościckiego. W odróżnieniu od zdemoralizowanych Rosjan, kawalerzyści trzymali wzorową dyscyplinę wojskową. Wyruszyła do nich delegacja mieszczan z burmistrzem Antonim Stygarem na czele. Mościcki natychmiast poderwał pułk i poprowadził go do miasta. Z szabrownikami poradzono sobie szybko. Sam Mościcki osobiście zastrzelił żołnierza, który chciał obrabować kobietę. Najbardziej zaciekły opór stawiali Dagestańczycy, ale i oni ustąpili przed naciskiem ułanów i umknęli. Rankiem 23 lipca 1917 roku w mieście zapanowała cisza i spokój.

Gdyby nie pułkownik i jego kawalerzyści, większość starych austriackich kamienic w centrum miasta po prostu by spłonęła i obecnie na ich miejscu stałyby sowieckie pudła w stylu Urzędu skarbowego.

Gospodarz
W czasach ZSRR odpowiednikiem mera był przewodniczący Komitetu wykonawczego Rady miasta, pełnił on jednak przeważnie rolę administratora. Prawdziwym gospodarzem miasta był pierwszy sekretarz miejskiego komitetu partii. Dziś znaleźć informację o nich jest dość trudno.

W 1969 roku w Iwano-Frankiwsku była powódź. Po silnych ulewach Bystrzyca Sołotwińska wyszła z brzegów. Ulica Nadbrzeżna przypominała Wenecję, żywioł zniszczył komunikacje inżynieryjne i uszkodził most. Główną przyczyną kataklizmu był brak mocnego wału przeciwpowodziowego – niewielki istniejący wał nie był w stanie zatrzymać wzburzoną rzekę.

Miejskim wydziałem partii kierował wówczas Stepan Reus. Jak wspominają go z tamtych czasów mieszkańcy miasta, był nie tyle funkcjonariuszem partyjnym, ile gospodarzem i czynił dla miasta wiele dobrych dzieł. Sprawa z wałem przeciwpowodziowym zapisała się jednak we wdzięcznej pamięci frankiwszczan.

Po powodzi Reus wyciągnął słuszne wnioski i postawił sobie za cel ochronę miasta przed podobnymi kataklizmami w przyszłości. Budowa wału wymagała olbrzymich nakładów, których w budżecie miasta nie było. Można jedynie domyślać się przez ile gabinetów urzędniczych musiał przejść, aby dopiąć swego. Na szczęście, udało mu się sprawę wału włączyć do budżetu państwa jako osobny punkt. Na początku lat 70. XX wieku wschodni brzeg Bystrzycy pokryto betonowym płaszczem.

Wał przeciwpowodziowy na ul. Nadbrzeżnej w latach 70. XX wieku (fot. z archiwum Stepana Nazarenki)

„Chrzest bojowy” nowy wał przeszedł w roku 2008 podczas kolejnej powodzi, która była jeszcze bardziej groźna niż poprzednia, bo gdy w 1969 roku woda podniosła się na wysokość 7 metrów, to w 2008 – na 10 metrów. Wał jednak wytrzymał i mieszkańcy miasta przeżyli jedynie lekki strach. W odróżnieniu od mieszkańców podmiejskich wiosek.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 2 (34), 31 stycznia – 13 lutego 2019

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.