Jak Polacy Charków budowali. Część LXI

-a A+

Pamięć o doktorze Władysławie Frankowskim wśród rosyjskojęzycznej ludności Charkowa

Dotychczasowe opracowania wykazały wyjątkowość popularności charkowskiego doktora Władysława Frankowskiego, która po jego śmierci wśród miejscowej polskiej ludności przerodziła w swoisty kult, a jego mogiła była miejscem spotkań miejscowej Polonii, o czym pisały ówczesne polskie gazety i czasopisma. W obecnym opracowaniu mamy zamiar przyjrzeć się tematowi pamięci doktora Władysława Frankowskiego (1819–1895) wśród rosyjskojęzycznej ludności przedrewolucyjnego Charkowa.

Jako podstawowe źródło przyjęto publikacje zawarte w miejscowej gazecie „Jużnyj Kraj”, która może być odpowiednim źródłem wiedzy o ówczesnych wydarzeniach w mieście, gdyż na bieżąco ukazywała życie i działalność jego mieszkańców, wydawcy zaś starali się codziennie odpowiadać na oczekiwania społeczeństwa.

O doktorze Władysławie Frankowskim zawsze głośno było w Charkowie. Wielokrotnie, już od 1881 roku pisały o nim miejscowe gazety, akcentując jego rady na temat odpowiedniego zabezpieczenia medycznego i sanitarnego w mieście. Dziennikarze również starali się nie opuszczać żadnego z nim spotkania w miejskiej dumie lub też większych akcji charytatywnych, jak choćby z 1894 roku, kiedy to z racji 20-lecia Aleksandrowskiego szpitala w Charkowie doktor Władysław Frankowski podarował wielką skrzynię z narzędziami lekarskimi dla położniczego oddziału tegoż ośrodka medycznego. Jego imię jeszcze za życia było umieszczane wśród nazwisk największych działaczy miasta, zwłaszcza w aspekcie jego działalności w czasie epidemii cholery w Charkowie z 1847 i 1848 roku.

Nie zabrakło też relacji dziennikarzy „Jużnego Kraju” po śmierci charkowskiego lekarza i opiekuna ubogiej ludności. Pierwsze wiadomości o śmierci Władysława Frankowskiego „Jużnyj Kraj” podawał w dniu prawosławnego Zmartwychwstania Pańskiego 2 kwietnia 1895 roku. Na pierwszej stronie gazety wydrukowano wyrazy współczucia od przewodniczącego oraz członków Charkowskiego Towarzystwa Medycznego, przewodniczącego Charkowskich Lekarzy oraz od najbliższej rodziny zmarłego. W tych krótkich oświadczeniach informowano, że Frankowski zmarł 31 marca po północy. Przedstawiciele charkowskiej miejskiej dumy nawiedzili dom zmarłego w następnym dniu po śmierci, składając wieniec.

Gazeta z tego też dnia umieściła pierwszy nekrolog zmarłego, w którym tak opisywano ostatnie dni życia doktora: „O 12.15 w nocy z 30 na 31 marca zmarł cieszący się wielką popularnością na terenie Rosji doktor Władysław Frankowski. Chociaż na przestrzeni ostatnich dwóch lat Władysław Frankowski na skutek wyniszczonego zdrowia prawie nie wyjeżdżał z domu, jednak do końca życia kontynuował przyjmowanie przychodzących do niego chorych. W minioną niedzielę 26 marca ciężko zaniemógł, a przedłużający się przez dłuższy czas kaszel znacznie się wzmógł, podniosła się temperatura. Jednak nie zważając na to, w tym dniu przyjął kilku chorych. Następnego dnia czuł się jeszcze gorzej, siedząc we własnym pokoju w krześle, przyjął jednego chorego. W tym dniu przywołani doktor Świetuchin i Piśniaczewski konstatowali zapalenie płuc, porażające obie dolne części. Choroba się rozwijała, działalność i bez tego chorego serca zniżała się i 30 marca lekarze stwierdzili, że proces zapalenia przeszedł na górną część płuc. Na przestrzeni ostatnich kilku dni tej ostrej choroby, chory często wpadał w stan zapomnienia, bredził i nawet w tym stanie jego myśl była skierowana w zwykłym kierunku. Bredząc, pytał chorych o stan ich zdrowia, przeznaczał leki itp. Agonia była cichą i trwała niedługo. W osobie Władysława Frankowskiego zgasł najlepszy przedstawiciel wysokiego stanu lekarza”.

Po podaniu wiadomości biograficznych redaktorzy zapraszali wszystkich znających doktora Frankowskiego do zbierania dokładnych danych na jego temat, aby w przyszłości relacje o jego życiu i działalności mogły ujrzeć światło dzienne w postaci osobnego literackiego opracowania, co do dziś w pełnym zasięgu nie zostało zrealizowane, poza nielicznymi jak dotychczas artykułami naukowo-publicystycznymi.

Następne wydanie z 6 kwietnia 1895 roku poświęciło sporo miejsca obrzędowi przeniesienia doczesnych szczątków Władysława Frankowskiego z domu do kościoła parafialnego w Charkowie. Zgodnie z wcześniejszymi zapowiedziami eksporta ciała miała się odbyć 3 kwietnia jednak na skutek „choroby jednej z córek zmarłego, przybyłej z Berlina, należało odłożyć ją o dwa dni”.

Ciało zmarłego ze względu na dłuższy czas przechowywania poddano procesowi balsamowania i wystawiono w jednym z niedużych pokoi domu Frankowskich, gdzie niegdyś doktor przyjmował pacjentów. W tych dniach nawiedziło zmarłego wiele mieszkańców miasta i okolic, dziękując mu w ten sposób za okazaną pomoc. Udało się zliczyć, że w tych dniach do domu Frankowskich przybyło kilka tysięcy osób. Świadectwem tego była olbrzymia ilość złożonych wieńców i kwiatów.

Jak podawały gazety, ciało spoczywało w „prostej dębowej trumnie”. Zwrócono również uwagę, że okazałe wieńce i kwiaty pochodziły od urzędników miejskich, Charytatywnego Towarzystwa, szpitala aleksandrowskiego, lekarzy dziecięcego szpitala, Towarzystwa Medycznego, lekarzy, nauczycieli żeńskiej niedzielnej szkoły, Żydów Charkowa oraz od rodaków.

Wreszcie 6 kwietnia po krótkim żałobnym nabożeństwie otwartą trumnę przeniesiono do kościoła katolickiego. Trumnę z ciałem nieśli charkowscy lekarze, a wieko studenci uniwersytetu. Zamówiony karawan podążał daleko za trumną, załadowany setkami wieńców i kwiatów.

W czasie eksporty doczesnych szczątków charkowskiego lekarza uczestniczyli niemal wszyscy lekarze Charkowa, profesorowie uniwersytetu, zwłaszcza z Wydziału Medycznego. Nie zabrakło również przedstawicieli władz oraz członków Towarzystw Charytatywnych. Obok katolickich kapłanów „dużo było duchowieństwa prawosławnego oraz żydowscy rabini. Naród na długo przed wynosem ciała napełnił wszystkie ulice, którymi miała podążać żałobna procesja. Na całej drodze przemarszu zapalono lampy. Tuż za trumną niesiony był miejski sztandar”.

Po przybyciu do kościoła trumna Frankowskiego została ustanowiona na katafalku w otoczeniu roślin tropikalnych. „Jużnyj Kraj” tak podsumował wydarzenie z 6 kwietnia: „Takiej procesji pogrzebowej, jaka była wczoraj, Charków nie widział od wielu lat.

Nie zabrakło również informacji o tym, jak Charków żegnał się ze swoim dobrodziejem w dniu pogrzebu, które odbyło się 7 kwietnia. Pierwsi uczestnicy uroczystości pogrzebowej zaczęli napełniać kościół na długo przed rozpoczęciem nabożeństwa, aby „po raz ostatni oddać hołd jednemu z lepszych ludzi, których kiedykolwiek znał Charków”. Także i w tym dniu nie zabrakło przedstawicieli władz, lekarzy, studentów oraz znanych rodów szlacheckich na czele z księciem Swiatopełk-Mirskim. „Ulica była zapełniona ludźmi, karetami, którzy cierpliwie czekali na wyjście procesji, nie zważając na to, że pogoda była chłodna i padał śnieg”.

Mimo że mogiła się nie zachowała, nie sposób również nie zauważyć, że dziennikarze opisali również miejsce i sam obrzęd pochówku. „Mogiła Frankowskiego została przygotowana na nowych miejscach w głębi cmentarza. Po modlitwie kapłana przy grobie zostało wypowiedzianych kilka mów, a następnie doczesne szczątki niezapomnianego Władysława Frankowskiego zostały opuszczone do mogiły przy towarzyszącym milczeniu obecnych, ciasno otaczających miejsce spoczynku znanego lekarza, któremu każdy, kto go znał lub słyszał o jego dobrych dziełach i świętym życiu, życzył wiecznego odpoczynku i spokojnego ukojenia w krainie wiecznej”.

Wreszcie podsumowano całokształt osobistości charkowskiego doktora w następujący sposób: „Tacy ludzie, jak Frankowski – są niejako latarniami jasno świecącymi przez długi okres i miejscami ukazującymi szlak do wyższych wartości człowieczeństwa”.

Ta pamięć o Frankowskim pozostawała jeszcze przez pewien czas na ustach u wielu mieszkańców Charkowa. Nieraz zastanawiano się, kto zdoła zamienić takiego wybitnego lekarza i przy tym stwierdzano, że miejsce to zostanie puste.

Gazeta „Jużnyj Kraj” realizując postanowienia o zbieraniu materiałów o Frankowskim, wydała zaledwie jedno wspomnienie. Trudno dziś ustalić, dlaczego było zaledwie jedno. Możliwe, że z czasem, gdy świece zgasły i przywiędły kwiaty na grobie, zaczęła również zacierać się pamięć o wybitnym charkowskim doktorze. A może na systematyczne zapominanie o Frankowskim wpłynął fakt jego pomocy finansowej jeńcom powstań narodowych, która często w tamtych czasach, jak i obecnie bywa przypominana, co niewątpliwie miało negatywny wpływ na to, że nie chciano przez wiele lat należycie uczcić tego człowieka, poza nadaniem jego imienia jednej z ulic.

Przeciągnął się również proces powstawania szpitala im. Frankowskiego, o czym już wspomnieliśmy w poprzednich opracowaniach.

Ze wspomnienia zamieszczonego w „Jużnym Kraju” z 1 maja 1895 roku na szczególną uwagę zasługują opisy samej postaci doktora i proces jego przyjmowania pacjentów we własnym domu. Niejaki S. Ł. z Mińska, dawny charkowski gimnazjalista, był na wizycie u Frankowskiego dwukrotnie i tak o nim wspominał: „Siwiejący, w czapeczce, niepokaźny na zewnątrz, tak uważnie, surowo, ale i wraz z tym delikatnie zadawał pytania, wysłuchiwał, tak wyraźnie i prosto podkreślał najważniejsze w moich wyjaśnieniach, zalecając najtańsze praktycznie domowe leki, dając potrzebne rady na temat sposobu życia, zachęcając również do uprawiania zajęć ruchowych, czym zapewnił mnie i dał nadzieję na szybkie wyzdrowienie”. Największe zdziwienie jednak u pacjenta wywołało samo pożegnanie, kiedy doktor Frankowski pod żadnym pozorem nie chciał przyjąć wynagrodzenia finansowego, mówiąc: „To się panu jeszcze przyda. Proszę to sobie zostawić”. Gdy ten próbował powtórnie dać pieniądze lekarzowi, ten już bardziej surowo nakazał, aby zabrać pieniądze ze sobą. Pomocnik zaś Frankowskiego na zakończenie wręczył pacjentowi buteleczkę z syropem.

Podobna wizyta u Frankowskiego miała miejsce pół roku później i również tym razem doktor Frankowski kategorycznie odmówił przyjęcia wynagrodzenia. Autor wspominał również przypadek z Charkowa, gdy pewnego razu doktor Władysław Frankowski idący ulicą na Moskalówce zauważył małego płaczącego chłopca wybiegającego z domu. Jak się okazało, w mieszkaniu umierała matka chłopca. W domu było kilkoro dzieci. Gdy Frankowski po zbadaniu matki i przepisawszy leki wyszedł z pokoju, domownicy zauważyli przy pościeli chorej banknot o wartości 10 rubli. Następnego dnia Frankowski bez wzywania powtórzył wizytę. Przybywał tu jeszcze kilkakrotnie, za każdym razem przynosząc bezpłatnie potrzebne leki.

Takie wspomnienia w ówczesnych czasach zapewne można byłoby mnożyć w nieskończoność, szkoda tylko, że gazeta „Jużnyj Kraj” opublikował zaledwie jedną taką relację.

Zgodnie z katolicką tradycją, w 30. dniu po śmierci doktora, msza św. żałobna została odprawiona w kościele, a 40. dnia podobne nabożeństwo odbyło się w prawosławnej cerkwi pw. św. Mikołaja. Charkowskie Medyczne Towarzystwo jeszcze w dniu 5 kwietnia 1895 roku postanowiło erygować w Charkowie szpital dla nieuleczalnie chorych i przez dłuższy czas na łamach „Jużnego Kraju” były podawane sprawozdania z otrzymanych na ten cel funduszy. Fundusze napływały za pośrednictwem prywatnych ofiar, jak i z organizowanych akcji charytatywnych, jak choćby przedstawień organizowanych w teatrze. Jednak dzieło utknęło w biurokracji urzędowej.

Po roku od śmierci doktora Frankowskiego w miejscowej gazecie umieszczono zaledwie krótką adnotację, że w kościele katolickim na prośbę rodziny zmarłego została odprawiona msza św. w której uczestniczyła znaczna liczba miejscowej ludności oraz sporo lekarzy.

Na kolejne opracowanie na temat Frankowskiego należało czekać do 14 lutego 1898 roku, co może świadczyć o znacznym spadku zainteresowania tą postacią wśród ludności rosyjskojęzycznej. W artykule zamieszczonym w gazecie autor skarżył się na powolny proces organizowania budowy szpitala im. Władysława Frankowskiego, gdyż przez 3 lata udało się uzbierać zaledwie 5000 rubli. Brakło też odpowiedniej pomocy ze strony urzędów miejskich.

Ostatnie sprawozdanie w gazetach o Władysławie Frankowskim pochodzi z 15 października 1901 roku i dotyczy uroczystości poświęcenia pomnika na grobie charkowskiego doktora. Z racji, że był to ostatni o doktorze artykuł w gazecie, wypada go przedstawić w całości, gdyż ukazywał stan pamięci o nim wśród charkowskiej rosyjskojęzycznej ludności, której liczebność w tych latach znacząco spadła.

„Na mogile doktora W. A. Frankowskiego. Na luterańskim cmentarzu (był to wspólny katolicko luterański cmentarz i nazwa była używana zamiennie – aut.), wśród gęstych zarośli wierzb i brzóz znajduje się mogiła doktora W. A. Frankowskiego, który został pochowany obok innych zmarłych z jego rodziny. Wczoraj 14 października na mogile został wystawiony pomnik. Ten pomnik przedstawia czarny marmurowy obelisk, stojący na granitowym fundamencie; nad białym marmurowym portretem zmarłego złotymi literami został wyciśnięty napis w języku polskim: „Doktor Władysław Frankowski; całe życie poświęcił cierpiącemu człowiekowi”. O drugiej godzinie na cmentarz przybyło skromne grono krewnych i znajomych doktora; ksiądz, dokonujący poświęcenia pomnika i odprawiający nabożeństwo żałobne, w krótkim przemówieniu wspomniał zmarłego dobrym słowem, wskazując na jego działalność charytatywną. Na mogile został złożony wieniec i bukiety żywych kwiatów”.

Przedstawiony powyżej materiał pozwala jednoznacznie stwierdzić, że osoba doktora Władysława Frankowskiego cieszyła się bezsprzecznym autorytetem i szacunkiem nie tylko wśród Polaków, ale również Rosjan, Ukraińców i nawet Żydów, czemu wszyscy dali wyraz uczestnicząc w uroczystościach pogrzebowych. Mimo pewnego spadku kultu zmarłego w ciągu kilku lat od śmierci, pamięć o doktorze była kultywowana wśród Polaków, członków Towarzystwa Medycznego oraz prostego ludu, który zetknął się w trudnych sytuacjach z doktorem Frankowskim.

Dziś kult Frankowskiego na gruncie charkowskim przeżywa swój renesans. Znany jest nie tylko wśród Polonii, znają go też niemal wszyscy mieszkańcy tego miasta. Czy jednak w obecnych czasach doczekamy się jeszcze większego uznania tego doktora, również poprzez rozpoczęcie procesu beatyfikacyjnego? Wszak jego życie i działalność mogą być wzorem dla współczesnych.

Marian Skowyra
Tekst ukazał się w nr 1 (341), 17 – 30 stycznia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.