„Ty mnie do pieśni pokornej nie wołaj” - wywiad z Grzegorzem Grunwaldem

-a A+

O byciu sobą w świecie. O przekleństwie bycia poza wszystkim, aby dotknąć wszystkiego. O niezwykłej samotności – wędrownych pieśniarzy i ludzi w ogóle. Rozmowa z Grzegorzem Grunwaldem o jego najnowszej płycie „Pielgrzym” to pretekst, by zatrzymać się i spojrzeć na nowo – na siebie, życie i poezję Cypriana Norwida.


„Ty mnie do pieśni pokornej nie wołaj” – dlaczego od tego utworu zacząłeś pracę nad Norwidem?
Cała moja praca nad poezją Norwida jest dla mnie w dużej mierze zagadką, a już zupełnie nie wiem, dlaczego to ten utwór umuzyczniłem jako pierwszy.

Dla mnie ten wiersz brzmi niemalże jak manifest. Zwłaszcza że pada w nim też zdanie: „bo ja z przeklętych jestem tego świata”. Zastanawiam się, jaki to ma związek z codziennością bardów, tekściarzy, pieśniarzy?
Bard – jeśli odwołać się do czegoś w rodzaju wzorca, archetypu – to człowiek będący na uboczu, a jednocześnie mający kontakt ze wszystkim, bo wszystko komentuje, wszystko obserwuje. Jest zanurzony w życiu, ale nie tkwi w żadnym układzie, w żadnym schemacie. Jest obserwatorem rzeczywistości, obcuje z przeróżnymi ludźmi, gra w różnych miejscach. Aż zacytuję słowa piosenki Gintrowskiego do słów Jerzego Czecha „Kataryniarz”: „gram w pałacach i na rynkach”, czyli wszędzie. Pieśniarz gra dla wszystkich, występuje wszędzie, nie dzieli ludzi, wszyscy są dla niego publicznością: nie ważne, czy to jest drwal, pracownik poczty, inny bard, profesor, kierowca. Taki los jest rodzajem służby dla ludzkości.

Dlaczego miałby być w takim razie nazywany „przekleństwem”?
Widzę sens tego wersu jako przekleństwo takie, że jesteś skazany na, po pierwsze, pewne niezrozumienie, po drugie – niedopasowanie, bo nie możesz się nigdzie dopasować, nie możesz wsiąknąć w żadną strukturę. Jeśli w nią wsiąkniesz, przestaniesz być obserwatorem. Musisz być na uboczu, a jednocześnie musisz mieć ze wszystkim styczność poprzez komentowanie.

Zobacz, co się dzieje dalej w tym tekście: „Bo ja z przeklętych jestem tego świata, / Ja bywam dumny i hardy, / A miłość moja, Bracie, dwuskrzydlata: / od uwielbienia do wzgardy”… Czyli być może zapalam się, zachwycam, mam drogę do zachwytu łatwo przetartą, jak mnie coś zachwyca, to idę w to, zagłębiam się – mówi podmiot liryczny. Ale być może po jakimś czasie okazuje się, że ten zachwyt był trochę na kredyt, że przypisałem temu, czym się zachwyciłem, jakieś nierzeczywiste przymioty czy wartości. I wtedy to coś nagle blednie, pojawia się wzgarda, bo okazuje się, że to coś nie jest tym, czym myślałem, że jest.

Natomiast „bywam dumny i hardy” to w przypadku Norwida bardzo wyraźna jego cecha – widoczna w jego życiorysie i bezkompromisowości twórczej, niechętnej „socjalizacji”. Każdy, kto wybierze wierność zasadom i trzymanie się prawdy, jest narażony na ostracyzm, ponieważ większość społeczeństwa funkcjonuje, używając pewnych kompromisów, aby w ogóle trwać w relacjach z innymi ludźmi w dłuższym wymiarze czasu. „Bywam dumny i hardy” – może dumny, bo jestem bezkompromisowy, trzymam się zasad, z tego czerpię siłę? A „hardy”, bo kiedy widzę, że ktoś jest trochę mniej wierny zasadom, trochę mniej szczery, niż bym oczekiwał – mówię wciąż w imieniu podmiotu lirycznego – to może właśnie wtedy bywam hardy. Może tak.

W ten sposób analizowałeś teksty, gdy dokonywałeś ich wyboru? Gdy nad nimi pracowałeś?
Wybieranie było wieloetapowym procesem. Wchodziłem w tekst tak głęboko, jak było to możliwe, tak długo, aż poczułem, że jestem jak gdyby zestrojony z klimatem wiersza, że rozumiem każdy myślnik, każdy przecinek, każdy wykrzyknik, każdą sylabę zaakcentowaną, niezaakcentowaną. Jak już wiersz nie miał dla mnie żadnych tajemnic i jednocześnie czułem go (bo w przypadku Norwida nie wystarczy wiersz zrozumieć – trzeba go poczuć), dopiero wtedy zabierałem się do muzyki. Zależało mi, by ten specyficzny klimat Norwidowych wierszy poczuć jak swój, bo towarzyszyło mi przekonanie, że to jest bilet, który uprawnia mnie, by te wiersze umuzyczniać, by zilustrować muzyką to, co chciał autor powiedzieć, i sposób, w jaki to powiedział, a jednocześnie pozostać na drugim planie. Chciałem pozostać pokazującym, a – broń Boże – nie wychodzić przed Norwida. Taki mi przyświecał cel podczas pracy nad tą poezją.

Powiedziałeś podczas recitalu w warszawskiej La Boheme, że było dużo metafizyki w pracy nad płytą „Pielgrzym”. I w wybieraniu, i w umuzycznianiu tekstów. Rozwiniesz tę myśl?
Gdy pojawił mi się w głowie – nie wiadomo skąd – pomysł na to, by zbliżyć się do poezji Norwida, i gdy już zakupiłem jego tomik, to długo, długo go wertowałem. Pozaznaczałem sobie karteczkami – po gruntownym, jak mi się wydawało, przejrzeniu tego tomiku – te wiersze, które wstępnie wybrałem. Następnie – szczęśliwie – odłożyłem go na około miesiąc. I jak go wziąłem drugi raz do ręki, to się okazało, że większość z tych karteczek z niego wypadła. Dziś sądzę, że nie przypadkiem, bo okazało się, że to nie był właściwy wybór. Karteczki zostawiłem w innych miejscach, a jak wróciłem do tomiku po kolejnym miesiącu – większość z nich została już tam, gdzie była. Taki „sposób” znalazłem na wybór – choć nie wiem, czy można to nazwać „sposobem”, bo ja tego nie wymyśliłem. Szedłem za tym, co mi podpowiadała intuicja.

A potem?
Potem zaczęła się praca polegająca na wgryzaniu się w każdy wiersz. I tu ta metafizyka polegała na tym, że po części musiałem jak gdyby się stać… Norwidem. Tak jak mówiłem: chciałem tworzyć muzykę do jego wierszy, więc musiałem te wiersze poczuć.

A w kwestii muzyki metafizyka przejawiła się w taki sposób, że…
Z pewnością nie skomponowałbym takiej muzyki do swoich tekstów. Jest ona wprost inspirowana poezją Norwida, a nie jest sobie ot tak stworzona do jego wierszy. I to jest ta magia, która się działa przy jej tworzeniu. Przez ten cały czas nie pisałem swoich piosenek, bo nie chciałem się „odklejać” od poetyki i klimatu Norwida. Wiedziałem, że jeśli coś w tym czasie napiszę, to albo to będzie przesiąknięte Norwidem, albo będę się musiał zupełnie oderwać od jego klimatu i potem do niego wracać. Nie chciałem tego robić. Dlatego długi czas tkwiłem w rozdarciu, bo nie sposób stać się Norwidem, ale starałem się, aby ta poezja przeze mnie przepłynęła. Mało tego – żeby zagościła we mnie.

A Ty – rozgościłeś się w świecie Norwida?
Miałem poczucie przez cały czas pracy nad tą poezją, że jestem w jakimś sensie… gościem. Gościem w pałacu, świecie czy parku, po którym oprowadza mnie Norwid. I – co najważniejsze – że jestem tam mile widziany. To było niesamowite uczucie, któremu się bardzo podejrzliwie przyglądałem. A ono trwało i nie gasło.

Szczerze powiem, że niejednokrotnie mnie zaskoczyłeś muzyką, którą usłyszałam na płycie „Pielgrzym”. Nie takiego Norwida się spodziewałam.
Mnie też zaskakiwały pomysły, które przychodziły do mnie jak gdyby same po przegryzieniu się, po odczuciu i zrozumieniu do cna tekstu. Pomysły, które pojawiały się błyskawicznie, z którymi czasem nie bardzo wiedziałem, co mam zrobić, bo takich akordów w życiu bym ze sobą nie połączył w mojej piosence.

Zresztą bardzo szybko się przekonałem, że jedynie podążanie tą drogą i taki sposób pracy ma sens. W chwili niemocy twórczej spróbowałem wykorzystać do jednego z tekstów pomysł muzyczny, który powstał jakiś czas temu, niezależnie od „Pielgrzyma”. Miałem opory, ale trochę na siłę do takiej „przymiarki” przystąpiłem. Struktura rytmiczna się zgadzała, ale cały czas miałem wrażenie, że jest w tym jakiś fałsz, jakieś oszustwo. Poniechałem więc takich prób, bogatszy o zrozumienie, że „nie tędy droga”. Potem nastąpił żmudny proces dopracowywania szczegółów, rozkładania akcentów, ale to już zupełnie inna, choć bardzo długa, bajka.

Grzegorz Grunwald w warszawskiej La Boheme (fot. J. Blusiewicz)

Gdy spotkałeś się z Norwidem po raz pierwszy w liceum, stwierdziłeś, że jest to osoba „wiarygodna”. Co to właściwie znaczyło?
Moje zapamiętanie Norwida z czasów licealnych dotyczy bardziej sfery czucia niż jakiejś analizy czy myślenia o poezji. Co mogłem jako nastolatek wiedzieć o wiarygodności poety? Czułem natomiast, że Norwid jest pewną opoką, na której można się bezpiecznie oprzeć. Że jest kimś, kto mówi prawdę w swoich wierszach, nie cofa się tylko dlatego, że tak jest bezpieczniej czy wygodniej, czy dlatego, że przysporzy mu to więcej odbiorców. Było i jest to, moim zdaniem, godne podziwu. Tak go sobie wtedy wyobraziłem. Później, czytając jego biografię i zagłębiając się w poezję, doszedłem do wniosku, że to odczucie było uprawnione, że on tak właśnie wiódł to swoje życie.

Rozmawiamy o Norwidzie, a ja znowu mam poczucie, że mówimy o bardach – waszych wyborach, waszej bezkompromisowości, waszej samotności.
Gdy zacząłem jeździć na festiwale piosenki poetyckiej, jednym z olśnień, których doznałem, było to, że spotykam ludzi bardzo podobnych do mnie, ludzi, którzy zajmują się tym samym co ja. Przyjemnym zaskoczeniem było też to, jak łatwo znajdujemy wspólny język, w jak podobny sposób funkcjonują nasze umysły, mimo że dzieli nas sporo lat (bo jestem starszy od wielu ludzi, którzy zajmują się piosenką poetycką i jeżdżą na festiwale). Poczułem, że jestem na swoim miejscu. Każdy z nas… powiedzmy, że nazwiemy się „pieśniarzami”, bo „bard” brzmi bardzo… sążniście, trochę się boję tego określenia. (Śmieje się.) Każdy z tych ludzi, którzy się parają piosenką autorską, gdzieś w swoim otoczeniu jest w gruncie rzeczy osamotniony. Na festiwalach mamy okazję dzielić się doświadczeniami tego naszego mikroświata, który każdy ma w swoich czterech ścianach i z którego „wypuszcza macki” na zewnątrz. Podczas takich spotkań my sobie pewnych rzeczy nie musimy mówić, nie musimy wyjaśniać.

Na przykład?
Na przykład tego, na czym polega nasza praca, jak to wygląda od kuchni. Ludzie widzą tylko koncert, występ, czasami jakieś urywki w telewizorze, a cała kuchenna strona tej pracy jest niewidoczna, dlatego powstaje niezrozumienie wobec artystów. My musimy coś napisać, „odpowiednie dać rzeczy słowo” – jak pisał Norwid, opatrzyć to ładnie muzyką, nauczyć się to ładnie grać, ładnie śpiewać; wykonywać na poziomie co najmniej przyzwoitym. To jest taka robota, której nie widać. Każda profesja ma taką stronę – niewidoczną dla innych. I kucharz, i węglarz, i profesor uniwersytecki. I każdy z nich się świetnie zrozumie z kolegą po fachu, z podobnym sobie.

Tak się czujesz, spotykając się z innymi autorami na festiwalach?
Tak. Opowiadamy świat innym ludziom, pokazujemy rzeczy, które warto zobaczyć, a które są pomijane, przypominamy o pewnych sprawach jak nachalne dzwoneczki, które nie zawsze chce się słyszeć. Bo to też jest część tej pracy – przypominanie i mówienie o rzeczach niekoniecznie przyjemnych, które są jakąś pulsującą podskórną prawdą. Warto ją wydobyć na światło dzienne, bo przecież od tysięcy lat ludzkość nic innego nie robi, tylko zajada z drzewa wiadomości dobrego i złego na skutek, że tak powiem, pewnych uchybień w prapoczątkach.

Mówiłeś o tym, że ludzie, których tam spotykasz, spotkałeś, są młodsi od ciebie. Jak ich odbierasz?
Podziwiam ich. Porównuję ich do siebie z czasów, gdy byłem w ich wieku. Oni są dużo bardziej do przodu niż ja wtedy byłem – stąd mój podziw. Są bardziej do przodu i rozumieniem tworzenia piosenek, i doświadczeniem. Ja się w owym czasie nie zajmowałem pisaniem piosenek autorskich, chociaż pisywałem wiersze i coś brzdękoliłem na gitarze. Ale to była działalność bardzo chaotyczna, przypadkowa, łatwo policzalna, że tak powiem. Natomiast tu widzę ludzi, którzy w jakiejś mierze wybrali taką drogę życia. Może to będzie jedna z wielu dróg, którymi będą kroczyć, ale jakoś przez te kilka lat, podczas których ich widzę, nie odchodzą, zajmują się tym cały czas. Rzeczywiście targają nimi wątpliwości przeróżne, ale ciągle za to pióro chwytają, piszą, komponują. Jest to coś w rodzaju przekleństwa właśnie.

Przekleństwo bycia skazanym na tworzenie?
To jest coś, co jest większe od tego, co ty chcesz robić ze swoim życiem albo co ci się wydaje, że mógłbyś. Ja tego uczucia też doświadczam, ale teraz, kiedy zacząłem się tym zajmować na poważnie. To jest jakaś siła, która cię bierze za fraki, sadza przy stole, wsadza ci pióro do ręki i każe to robić. Oczywiście są momenty słabsze i lepsze, są momenty, w których wena nie chce zapukać do twoich drzwi ani nawet z pobliskiego pola nieśmiało zakrzyknąć. Są chwile mroku. Pojawiają się też myśli czysto egzystencjalne: co dalej? Żeby to porządnie robić, trzeba robić tylko to. A jak tu z tego wyżyć? Wiemy, jak wygląda sytuacja wędrownego poety akompaniującego sobie na gitarze. Nie jest to perspektywa, która dawałaby jakieś podwaliny do budowania swojej finansowej przyszłości, swojego bezpieczeństwa finansowego. Ale tak jak mówię: chęć – a może bardziej potrzeba – tworzenia jest większa niż nasze plany na życie, nasze pomysły na przyszłość. To wir, który nas wciąga, i niewiele mamy o tym do gadania.

Potrzeba pisania równa się potrzebie występowania?
To się ze sobą splata, ale myślę, że to są różne rzeczy. Zupełnie czym innym jest praca przy stole w domu, z gitarą, a zupełnie czym innym jest koncert. W domu nie ma interakcji z publicznością, jesteśmy w kręgu swoich wyobrażeń, przeczuć na temat tego, czy to jest trafnie napisane, czy dobrze to ująłem, czy opowiadam to w zajmujący sposób. Żeby to sprawdzić, potrzebuję sceny, wyjścia do ludzi, zaprezentowania im tego, posłuchania ich opinii, poobserwowania, czy to do nich trafia. My nie mamy dystansu do swoich piosenek, bo sami je napisaliśmy. Paradoksalnie najmniejszy sens ma poklepywanie po plecach i gratulacje, bo my najczęściej wiemy, gdy piszemy jakąś petardę, przeczuwamy to. Natomiast gdy mamy mieszane uczucia co do piosenki, to wtedy są nam potrzebne konkretne, rzetelne uwagi.

Grzegorz Grunwald (fot. Grzegorz Cyran)

Dlaczego chcesz w takim razie przestać jeździć na festiwale?
Dlatego że festiwale – i mówię tu o konkursach – w moim rozumieniu są pewnym przejściowym etapem. Takim, w którym pod srogie oko i ucho jurorów wystawiamy te nasze perełki. Wtedy mamy świetną okazję zobaczyć i posłuchać, jak robią to inni, porównać się. Można też usłyszeć od jurorów co nieco na temat swojej twórczości, co też nie musi być jakoś miarodajne, ale może być. Można też usłyszeć to, czego jurorzy nie mówią, gdy spogląda się na werdykt, który nam się nie podoba. Między wierszami można sporo usłyszeć na temat swoich piosenek.

Albo wykonań.
Albo wykonań. Dobrze, że to sprostowałaś, bo to jest też ważne. Wiadomo – ważna jest forma dnia, mnóstwo czynników na to się składa.

Ciśnienie atmosferyczne.
Ciśnienie atmosferyczne. Kiedyś przyjechałem na festiwal, startowałem w konkursie jako pierwszy i przyjechałem chyba 20 minut przed rozpoczęciem konkursu, więc nie zdążyłem dobrze odetchnąć, wysiadłszy z samochodu. I w tym moim wykonaniu słychać było, że ja jeszcze jadę tym samochodem, że jeszcze nie wyhamowałem... (Śmiech.) Po prostu zagoniłem wtedy obie piosenki. Zresztą całkiem fajne piosenki, ale w takim wykonaniu i takiej interpretacji nie nadawały się do koncertu galowego. Ale tego się często nie wie, że to akurat tak poszło z tego a nie innego powodu. Później już, jak przyrasta doświadczenie, jak już człowiek – nieładnie powiem – trochę tych festiwali zaliczy, to już bardziej rozumie, że trzeba się wyciszyć przed występem, skupić na nim.

Ale tak jak mówię – konkursy festiwalowe są w moim odczuciu okresem przejściowym. Przychodzi taki czas, w którym pojawia się jakiś pokaźniejszy dorobek i trzeba grywać regularne koncerty i recitale, które zresztą w ogóle są zupełnie innym wydarzeniem – mimo że też scenicznym – niż udział w konkursie. Myślę, że festiwale są po to, żeby się dać poznać, żeby poznać innych, żeby pokazać się trochę środowisku, nauczyć się, co się da, a później trzeba sobie jakoś samemu radzić w tym świecie, który nie pieści. (Śmiech.)

Zwłaszcza jeśli się jest bardem.
Tak.

W dodatku żonatym.
Konsekwencje mojej decyzji o zajmowaniu się muzyką dotykają nie tylko mojej żony, zwłaszcza jeśli chodzi o żonine niezadowolenie z mojej ponownej nieobecności w domu albo z tego, że nic nie przywiozłem z festiwalu. Dotykają one też mojego samopoczucia, że tak delikatnie powiem.

Gdy postanowiłem wszystko rzucić i zająć się tylko muzyką, to wielu ludzi pukało się w czoło. Moja żona przez jakiś czas przeżywała niepokój. Widzisz, przez sporą część mojego małżeństwa robiłem coś zupełnie innego – zajmowałem się księgowością, miałem etat, zarabiałem dobre pieniądze, a muzyka była po godzinach. Oczywiście pisałem już wtedy teksty, grałem muzykę od prawie zawsze, ale poruszałem się w zupełnie innej stylistyce.

Ten pierwszy etap był trudny między innymi dlatego, że nie wiedziałem wielu rzeczy o pisaniu piosenek wrośniętych w gatunek, który się nazywa piosenką autorską czy piosenką poetycką. Wcześniej grałem z zespołem – a moment, w którym jestem solistą i muszę udźwignąć całą uwagę publiczności na sobie i tę uwagę umiejętnie pielęgnować, to zupełnie inna sytuacja sceniczna.

Kiedy pojawiły się jakieś konkretne korzyści z tego mojego jeżdżenia na konkursy, jakiś napływ wyróżnień, nagród, a także solowe recitale to sytuacja się ustabilizowała. (Śmieje się.) Sama wiesz, że kobiety to pragmatyczne stworzenia: idea, którą niesie mężczyzna, musi mieć jakieś odzwierciedlenie w materii. (Śmieje się.) Tak więc, gdy zaczęły się pojawiać pierwsze symptomy tego odzwierciedlenia, sytuacja zaczęła się wygładzać. Teraz moja żona jest absolutnie pogodzona z tym, co ja robię, kibicuje mi.

A Ty ciągle w drodze. To chyba kolejny aspekt samotności, o której rozmawialiśmy na początku.
Ostatnio natknąłem się na taką wypowiedź: człowiek, który jest stale w trasie, nie powinien mieć rodziny.

Zgadzasz się z tym?
Nie wiem, czy się zgadzam. Nie mam dzieci, nie wiem, jak one znoszą taką nieobecność. Mogę sobie tylko wyobrażać różne rzeczy i na podstawie tych wyobrażeń konstruować jakieś wnioski. Wiem tylko tyle, że są ludzie, którzy mają rodziny, żyją z grania, jeżdżą po całym świecie – i te rodziny trwają. Wiem też, że jest wiele związków i rodzin, które się rozpadają w efekcie może nie tej działalności, ale częstej nieobecności w domu. To jest z pewnością kwestia indywidualnych predyspozycji, charakteru, chęci akceptacji tego trybu życia, wzajemnego zrozumienia i gotowości do bycia razem także w trudnych chwilach.

Wróćmy na koniec jeszcze do Norwida. Tłucze mi się po głowie pewien wers – z mojego ulubionego utworu z „Pielgrzyma”. Chodzi o „Wielkie słowa”. Zastanawiam się, dlaczego z Norwidem jest tak – parafrazuję – że choćbyśmy mu nie radzi, to jego słowom dajemy wiarę?
To jest przeniesienie, bo Norwid w wierszu „Wielkie słowa” odwołuje się w tym miejscu do starożytnych. Ale Ty tę wielkość przypisujesz jemu – i słusznie moim zdaniem. W tym momencie robimy pętelkę, bo wracamy tym pytaniem do początku naszej rozmowy, do trzymania się prawdy, do wiarygodności.

Norwid mówi w tym samym wierszu: „Gdzie? tych słów wielkich jest wspólna kraina, / Jedna dla ludzi wszystkich i taż sama” [pisownia oryginalna – EL]. Tym samym dowiadujemy się, że istnieje kraina, w której mieszkają wielkie słowa. One są wielkie, bo mówią prawdę w taki sposób, że ta prawda trafia jak „strzały ordzewionej szczątek”. A na tym polega prawda: na tym, by „odpowiednie dać rzeczy słowo”. Nazywa rzeczy po imieniu. Choćby się nam nie podobała, choćby była przykra. My czujemy – ludzie czują – który tekst jest prawdziwy. I te teksty mieszkają właśnie w takiej krainie, do której kluczyk znalazł Sokrates, św. Paweł, Cycero – i ich przywołuje Autor. W krainie, do której moim zdaniem kluczyk znalazł też Norwid. Masa ludzi już była w tej krainie, z której przynoszone nam są skarby. I dobrze by było, żebyśmy z tych skarbów korzystali.

Rozmawiała Ela Lewak


O ARTYŚCIE
Grzegorz Grunwald – poeta, kompozytor, śpiewający gitarzysta prezentujący głównie piosenkę autorską, w której liryzm tekstów łączy się w unikalny sposób z akompaniamentem gitary.
Laureat licznych nagród i wyróżnień festiwali piosenki poetyckiej w całym kraju, m.in. I nagrody na „Wrzosowisku” w Kędzierzynie-Koźlu (2015), I nagrody na OPPP Olesno (2015), I nagrody za piosenkę, a także nagrody specjalnej im. Wojciecha Bellona na Ogólnopolskiej Giełdzie Piosenki Studenckiej i Turystycznej w Szklarskiej Porębie (2016), 2. nagrody na festiwalu „Przy kominku” w Kielcach (2016), nagrody głównej („Gęste Sito Krytyki”) na 31 BSzPŚ i PA w Biłgoraju w 2019 roku, nagrody za wykonanie w tymże Biłgoraju (w 2016), 2. nagrody na festiwalu „Kwiaty na kamieniach”, 3. nagrody podczas FPP „Nadzieja” im. Jacka Kaczmarskiego w Kołobrzegu (2017), 3. nagrody za wykonanie i 2. nagrody za piosenkę na Festiwalu „Danielka” (2017), a także 2. nagrody w konkursie Festiwalu im. Jacka Kaczmarskiego „Metamorfozy sentymentalne” (2018) oraz licznych wyróżnień. W dorobku posiada wydaną w lipcu 2017 roku autorską płytę „Mój przyjaciel cień” oraz płytę „Pielgrzym” do wierszy Cypriana Kamila Norwida z 2019 roku. Oprócz własnych piosenek, które stanowią główną część jego repertuaru, wykonuje także utwory innych autorów i kompozytorów, będące dziś klasyką gatunku.
Poza działalnością solową jest także liderem formacji blues-rockowej „ROOSTER”, która wydała dwie płyty: debiutancką „Prosty plan” w 2011 roku oraz „Heavy Blues” A.D. 2014. W skład zespołu wchodzą także basista Andrzej „Ołtarz” Wolak oraz grający na perkusji Andrzej „Hindus” Eichhorn.

 

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.