Srebrny kieliszek lwowskich Grossmannów

-a A+

Z Anną Kozłowską-Ryś – historykiem sztuki, filologiem języka polskiego, autorką wydanej 2018 roku pozycji wydawniczej – „Lwów na słodko i… półwytrawnie” – rozmawiała Anna Gordijewska.

Rozmowa powstała na kanwie nowych publikacji autorki: „Sekrety kresowych kuferków” oraz „Szwajcarski Lwów”.

Pracuje Pani dalej nad dziejami lwowskich cukierników?
Tak, ale choć historia lwowskiego rzemiosła cukierniczego jest obecnie ośrodkiem moich zainteresowań, to zajmuję się również inną lwowską i kresową tematyką. W przygotowaniu jest kolejna książka – o sekretach lwowskich i kresowych kuferków. Są to opowieści o przedmiotach przywiezionych często w bagażu opuszczających na zawsze swoje miasto mieszkańców Lwowa, a przede wszystkim o nich samych. Te przedmioty są dla mnie swoistym wehikułem czasu, pozwalają i mnie, i moim rozmówcom przenieść się w lata minione, ożywić w pamięci to, co nieraz wyblakło, a czasem odkryć rzeczy nowe. Ku mojemu skądinąd miłemu zaskoczeniu i przy tym temacie pojawiali się „moi” lwowscy cukiernicy, chociażby rodzina Grossmannów.

Dziwne, ale rodzina Grossmannów nie pojawia się w publikacjach na temat Lwowa. Jakoś umknęła „pamięci Lwowa”, za to – jak słyszałam – wspominana bywa w Krakowie. Dlaczego w Krakowie?
To kolejny przykład splatania się losów lwowian z Krakowem. Niejaki Rudolf Grossmann otworzył pod koniec lat 60. XIX w. w Krakowie przy Rynku cukiernię, o której tu i tam w różnych publikacjach można znaleźć krótkie wzmianki. Z pewnym żalem jednak muszę stwierdzić, że niewiele się pisze o tej cukierni, jak również o samym Grossmannie. Na rodzinę tę natknęłam się podczas moich poszukiwań i badań nad lwowskimi cukiernikami, poza tym mam przemiły kontakt z p. Stanisławem Grossmannem, potomkiem rodziny, byłym prezesem Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Wschodnich w Katowicach.

Dla osób zainteresowanych lwowskimi ciekawostkami nie bez znaczenia może być fakt, że Grossmannowie byli blisko skoligaceni i spokrewnieni ze znaną lwowską rodziną Ehrbarów – cukierników a potem aptekarzy, a także Schneiderów i wiązały ich ścisłe związki z rodziną… Dominika Andreoli. Tak, słynnego Dominika Andreoli, założyciela jednej z pierwszych cukierni we Lwowie, od imienia którego nazwano we Lwowie przy Rynku znany pasaż. To Grossmannowie wraz z Ehrbarami otrzymali w spadku po Andreolich ¼ tejże kamienicy, gdzie dalej przez lata prowadzono „słodki interes”.

Grossmannowie nieodłącznie związani byli ze szwajcarskimi cukiernikami, którzy przybywali do Lwowa na przełomie XVIII/XIX w. i w I poł. wieku XIX. Czy sami wywodzą się ze Szwajcarii?
Nie jest to wykluczone, gdyż bardzo często tak się działo, że do małżeństw dochodziło wśród osób z tej samej grupy narodowościowej i wyznaniowej. W większości byli ewangelikami wyznania augsburskiego. Proszę pamiętać, Szwajcarzy znaleźli się na obczyźnie, pośród ludzi mówiących innym językiem i o innych obyczajach. Fakt, znaleźli się we Lwowie z własnego wyboru, szukając okazji na lepsze życie. Nie odgradzali się „murem” od miejscowego środowiska, nawiązywali z nim relacje towarzyskie i wchodzili w rodzinne parantele. Nie każdy z nich myślał o pozostaniu we Lwowie do końca życia. Mimo że stopniowo coraz bardziej czuli się zżyci z nowym „domem”, to jednak początkowo zdecydowanie wybierali sobie małżonki z własnego kręgu. Ehrbarowie wywodzą się z Appenzell w północno-wschodniej Szwajcarii, Andreola z południa Szwajcarii – z doliny Engadyny w Gryzonii, Schneiderowie – czy jak kto woli, Schneidrowie – prawdopodobnie z południowych Niemiec, być może Bawarii. Ślady Grossmannów prowadzą też na południe Niemiec. Tak czy siak, mimo pochodzenia i obcobrzmiącego nazwiska z czasem ulegli całkowitej polonizacji - ot, chociażby w rodzinie Grossmannów nadawano dzieciom polskie imiona Władysław, Bolesław czy Stanisław.

Grossmannowie i Schneiderowie – czy od zawsze byli cukiernikami?
Obydwie rodziny osiedliły się we Lwowie pod koniec XVIII w. Mężczyźni pracowali jako… ogrodnicy-artyści. Tym mianem nazywano niegdyś ogrodników zakładających ogrody w stylu francuskim czy włoskim, jednakże z czasem „ogrodami artystycznymi” zaczęto określać te, w których uprawiano rośliny ozdobne pochodzące z innych części świata „sposobem sztucznym”, w szklarniach, oraz gdzie hodowano nowe odmiany, i koleją rzeczy nazwa „Kunstgärtner”, ogrodnik-artysta, zaczęła dla odróżnienia od innych oznaczać ogrodników prowadzących takie hodowle. Co ciekawe, i wśród ogrodników-artystów pracujących w pierwszej poł. XIX w. we Lwowie byli Szwajcarzy, m.in. zaprzyjaźniony ze Schneiderami i Grossmannami Heinrich Saffe z Bretzwil w kantonie Bazylea.

Jednego z Grossmannów wymienia wydany w Lewoczy „Praktyczny podręcznik uprawy drzew karłowatych i prowadzenia oranżerii owocowej” z 1804 r. Johanna Leibitzera. Wiele lat później o ślicznych drzewkach owocowych innego Grossmanna, pana Jana, ogrodnika lwowskiego, członka istniejącego od 1867 r. we Lwowie Towarzystwa Ogrodniczo-Sadowniczego, prezentowanych podczas Wystawy Ogrodniczo-Sadowniczej we Lwowie w 1871 r., pisał „Rolnik”, czasopismo urzędowe C.K. Galicyjskiego Towarzystwa Gospodarczego. W najstarszych odnalezionych wpisach metrykalnych obydwu rodzin wszędzie pojawia się adnotacja „bürgerlicher Kunstgärtner”. Zgodnie z przepisami regulującymi w Galicji wykonywania określonych zawodów rzemieślniczych, ogrodnicy nie musieli mieć odrębnego pozwolenia na wykonywanie swojej działalności ani legitymować się świadectwami zawodowymi, nie zrzeszali się też w cechu. Zresztą przeważnie pracowali na usługach ziemiaństwa i na początku XIX w. w Królestwie Galicji Lwów był jedynym miastem, gdzie ogrodnicy-artyści uprawiali swój zawód, traktowany jako „wolny”. Każdy ogrodnik mógł kształcić uczniów i wydawać świadectwo, które pozwalało im na szukanie pracy. Przeczytać o tym możemy w zbiorze ustaw specjalnych dla rzemiosła i handlu z roku 1822, wydanych we Lwowie w drukarni Pillera. Warto więc pamiętać o tych wszystkich przeważnie dla nas dotąd „bezimiennych” ogrodnikach działających we Lwowie jeszcze przed Hiacyntem Łobarzewskim – założycielem Ogrodu Botanicznego we Lwowie, Karolem Bauerem, przybyłym do Lwowa z Wiednia, m.in. projektantem ogrzewanych kanałowo szklarni w tymże Ogrodzie, czy słynnym dyrektorem plantacji miejskich i naczelnym ogrodnikiem miasta Arnoldem Röhringiem.

Czy wiadomo, gdzie zamieszkali Grossmannowie i Schneiderowie we Lwowie?
Według zapisów w księgach metrykalnych i jedni, i drudzy mieszkali u stóp Wysokiego Zamku, zajmując dwa pobliskie domy. Potem część rodziny wskutek zawieranych małżeństw przenosiła się w inne dzielnice miasta. Tak na marginesie, z tej rodziny Schneiderów wywodził się Czesław Schneider, właściciel cukierni działającej w latach 90. XIX w. przy ul. Batorego 32 we Lwowie.

A kto pierwszy w rodzinie Grossmannów wybrał zawód cukiernika?
Prawdopodobnie pierwszym w rodzinie, który wybrał zawód cukiernika, był urodzony we Lwowie w 1829 r. Fryderyk Sebastian, syn Karola. Trudno jest teraz odpowiedzieć na pytanie, skąd zrodził się ten pomysł. Może podsunął mu go wuj Jakub Schneider, brat matki? A może ktoś z mieszkających w sąsiedztwie cukierników Schneiderów przybyłych tu z Bielska? Fryderyk nauki pobierał w pracowni cukierniczej Ehrbarów przy Rynku 29 – należącej dawnej do Dominika Andreoli. I jak to w życiu nie raz bywa, młody czeladnik skradł serce córki swojego pryncypała Jana Ehrbara, Anny Karoliny. Ślub odbył się we wrześniu 1859 r. Wkrótce na świat przyszły ich pierwsze dzieci: syn, któremu po ojcu nadano imiona Fryderyk Sebastian, i córka Karolina Janina. I tu w historii Grossmannów pojawia się Kraków.

Grób Ehrbarów i Grossmanów na Cmentarzu Łyczakowskim (fot. Anna Gordijewska)

Fryderyk został zatrudniony przez swoich ziomków Maurizio i Pollo – właścicieli jednej z pierwszych cukierni we Lwowie „Caffe di Milano” w kamienicy przy ul. Krakowskiej 2, by zarządzał – jak to się wówczas mówiło: zawiadywał – ich nowo otworzoną w Krakowie cukiernią przy Rynku, u wylotu ul. Grodzkiej. Towarzyszył mu młodszy brat – Rudolf, również cukiernik. I małżeńskie szczęście i nowe, zdawać by się mogło, poukładane życie Fryderyka, nie trwało niestety długo. W trzy lata po przybyciu do Krakowa, w 1867 r., doszło do nieszczęścia – Fryderyk spadł z ganku 3. piętra kamienicy, w której mieściła się cukiernia, ginąc na miejscu. Wdowa Anna wróciła do Lwowa. Męża przeżyła o lat ledwie pięć. Zmarła w wieku 35 lat w 1872 r. Pochowano ją na Cmentarzu Łyczakowskim, w rodzinnym skromnym grobie. Rudolf zaś kontynuował karierę w „słodkim zawodzie”. I to on poprowadził lokal Maurizio i Pollo, a potem otworzył własną cukiernię na rogu krakowskiego Rynku i ul. Szewskiej, która szybko zyskała stałą klientelę i popularność. Serwowano tu ciasta, torty, konfitury, soki oraz najprzedniejsze likiery krajowe i zagraniczne, a dla rozrywki gości postawiono stół bilardowy i stoliki do gry w karty.

Jednak żadne z dzieci Rudolfa już nie wybrało tego zawodu, choć „po kądzieli”, tj. po matce Janinie z domu Ehrbar, siostrze Anny Fryderykowej Grossmannowej, profesję tę powinni mieć niemal „we krwi”. Rudolf zmarł w 1890 r. a lokal po nim przejął Adam Roszkowski ze swoją „Cukiernią Warszawską”, zaś w 1907 r. inny cukiernik – przybyły ze Lwowa Józef Brzezina. O Brzezinie pisałam w swojej książce „Lwów na słodko i… półwytrawnie”.

Grób Ehrbarów i Grossmanów na Cmentarzu Łyczakowskim (fot. Anna Gordijewska)

Odwiedzający Cmentarz Łyczakowski mijają raczej obojętnie pomnik nagrobny Grossmannów…
Tak, na polu 54 znajduje się skromny pomnik nagrobny w formie krzyża z wieńcem. Być może wzrok przechodniów padnie na napisy mówiące, iż spoczywa tam Antoni Ehrbar, zmarły w młodym wieku niespełna 29 lat, i Janina z Ehrbarów Grossmannowa. W tym samym grobie spoczywają również: synowie Janiny i cukiernika Rudolfa – Stanisław Jan Grossmann, Bolesław Grossmann, a także Elżbieta, Anna, Wilhelm Jan oraz Emil Schabenbeck.

Grób Ehrbarów i Grossmannów – tablica z inskrypcją Janiny z Ehrbarów Grossmannowej (fot. Anna Gordijewska)

Dlaczego spoczywa tu też Schabenbeck?
A to też stara lwowska rodzina, skoligacona z Grossmannami, a do tego i wśród nich byli cukiernicy. Karol Schabenbeck, mąż Karoliny Grossmannówny, w latach 80. i 90. XIX w. prowadził w Przemyślu przy ul. Mostowej cukiernię. Ich synem z kolei był bardzo znany przedwojenny fotograf związany z Zakopanem i pionier filmu tatrzańskiego – Henryk Schabenbeck. Życiorys Henryka Schabenbecka to już jednak zupełnie inna historia.

Wspominała też Pani o tym, że jest jeszcze jedno miejsce wiążące się z lwowsko-krakowskimi Grossmannami.
Tak, to słynna zabytkowa kolejka wąskotorowa Przeworsk–Dynów, obecnie jedna z atrakcji turystycznych Podkarpacia. Pierwotnie nazywana Wąskotorową Koleją Lokalną Przeworsk–Dynów powstała na potrzeby uruchomionej przez księcia Andrzeja Lubomirskiego cukrowni w Przeworsku. Na pomysł zbudowania kolei wpadli dwaj właściciele ziemscy hrabiowie Roman Scipio del Campo z Łopuszki Wielkiej i Zdzisław Skrzyński z Bachórza. Starania o koncesję trwały długo – od 1894 do 1902 r. Linię oddano całkowicie do eksploatacji w 1904 r. W cztery lata później kolej przejęło od właściciela kolei ks. Lubomirskiego towarzystwo akcyjne Kolej Lokalna Przeworsk–Dynów z siedzibą we Lwowie, z większościowym udziałem państwa. Kolej przeznaczona była nie tylko do transportu towarowego ale i osobowego. Pierwszym jej naczelnikiem był... syn Rudolfa, inż. Stanisław Jan Grossmann, absolwent Politechniki Lwowskiej, c.k. radca kolei państwowych, a także członek „Sokoła” w Zagórzu. Swoje stanowisko piastował do 1918 r. O ironio losu, syn cukiernika cierpiał na cukrzycę i to ta choroba spowodowała, że Stanisław dożył tylko 48 lat. Zmarł w Przeworsku, jego ciało sprowadzono do Lwowa i pochowano na Cmentarzu Łyczakowskim w rodzinnym grobie, obok m.in. matki Janiny. W zaledwie w kilku słowach wspomniał go jedynie St. Nicieja w „Ogrodzie snu i pamięci”.

A czy zachowały się te wspomniane cukiernie?
Już dawno nie ma ani cukierni przy krakowskim Rynku na rogu ul. Szewskiej, ani cukierni Schabenbecka w Przemyślu, ani też Ehrbarów i Grossmannów we Lwowie. Z minionych czasów pozostał przechowywany w rodzinie państwa Grossmannów srebrny pucharek z wygrawerowaną datą „18.08.1872” w wieńcu dębowym i dedykacją „Józiowi – J.G.”. Prawdopodobnie był to podarunek sprawiony przez Janinę Grossmannową, żonę Rudolfa, jednak nikt już niestety nie pamięta, kim był obdarowany. Być może był nim Józef, syn Karola i Elżbiety Grossmannów, a więc siostrzeniec Janiny. Musimy jednak pozostać w sferze domysłów.

Rozmawiała Anna Gordijewska
Tekst ukazał się w nr 22 (338), 29 listopada – 19 grudnia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.