Więzienia starego Stanisławowa

-a A+

Zagrany przez Włodzimierza Wysockiego w jednym z filmów Gleb Żygłow twierdził, że: „Złodziej powinien siedzieć w więzieniu!”. Trudno z tym się nie zgodzić. Gdzie jest więzienie w Iwano-Frankiwsku, wiedzą jeżeli nie wszyscy, to wielu.

Jest to więzienie śledcze przy ul. Konowalca. Ale gdzie odbywali karę skazani przed stu laty? Więzienna „geografia” Stanisławowa zmieniała się często.

Ostatni przytułek opryszka
Największym postrachem Przedkarpacia w XVIII wieku byli karpaccy opryszkowie. Grabili, mordowali i kaleczyli wszystkich, którzy mieli pieniądze. Władze reagowały na zagrożenie odpowiednio – zorganizowały mobilną milicję, tzw. „smolaków”. Po rajdach w górach smolacy nie wracali do miasta z pustymi rękoma. Pojmanych opryszków zwożono do Stanisławowa, gdzie oczekiwali na wyrok sądu. Z archiwów sądowych wiadomo, że posiedzenia sądu miały miejsce w ratuszu, gdzie zasiadał sąd ławników. Ale gdzie w tym czasie „odsiadywali” opryszkowie oczekujący na przesłuchanie?

Odpowiedź na to pytanie podaje ludowa „Pieśń o Dowbuszu”. Opryszkowie zapytują w niej swego wodza, gdzie spędzą lato i zimę. Ten im odpowiada:

„W Stanisławowie na ryneczku,
W ciężkich dubach, w żelaziczku.
Tam będziecie nocowali,
Tam będziecie dni spędzali,
Ptaki będą wam ciało rwali!”

„Na ryneczku” – znaczy na Rynku. Jasne, że nie pośród jatek i kramów. Więźniów trzymano w podziemiach ratusza. Z tamtych czasów zachowały się ogromne podziemia z kamiennymi ławami. Tam właśnie spędzali dnie i noce rycerze pistola i ciupagi – jak trafnie określił ich Bogdan Skawron.

Karpackich opryszków więziono w podziemiach ratusza (archiwum autora)

Od wielkiego do małego
Austriacy, którzy oderwali Galicję od Rzeczypospolitej, znaleźli dla złoczyńców inne miejsce. Ratusz był własnością miasta i za korzystanie z jego lochów pobierano opłaty. Niemcy umieli liczyć pieniądze, więc szybko znaleźli wariant zastępczy.

W 1783 roku z rozkazu cesarza skasowano w Stanisławowie klasztor trynitarzy, którego zabudowania przetrwały do naszych dni pod adresem ul. Starozamkowa 2. Po trzech latach w zabudowaniach klasztornych umieszczono ważne instytucje: na piętrze umieszczono c.k. sąd karny, a na parterze – więzienie dla przestępców kryminalnych.

Jak pisze historyk Sadok Barącz, w XVIII wieku urząd kryminalny składał się z sędziego, dwóch notariuszy i dwóch kancelarzystów. Z czasem dodano kilku lekarzy. Dość często wyroki kończyły się karą śmierci, dlatego więzienie miało też swego kata – niejakiego Kowalskiego. Ulicę, która prowadziła do Rynku, nazwano wówczas Trybunalską (ob. Szeremety).

Ponury budynek na pl. Trynitarskim pozostawał głównym więzieniem Stanisławowa, do czasu aż wybudowano nowe więzienie, na Dąbrowie. Tymczasem we wczesnoaustriackim okresie miasto posiadało kilka zakładów penitencjarnych.

W 1801 roku miasto Stanisławów za długi przejęło państwo. Austriacy wypędzili magistrat z Ratusza i przekazali go wojskowym, którzy w podziemiach umieścili magazyn mundurów i więzienie dla więźniów politycznych. Wynika z tego, że w dawnym klasztorze przetrzymywano drobnych kryminalistów, zaś wrogów reżymu gnojono w celach, pamiętających jeszcze czasy opryszków. Gnojono ich tu do połowy XIX wieku, do czasu, gdy miasto wykupiło ratusz i przywróciło tu siedzibę magistratu.

W XIX wieku w murach dawnego arsenału istniał również „mały kryminał” (archiwum autora)

Na tym lista miejsc odosobnienia się nie wyczerpuje. Na dawnym rynku, noszącym dziś nazwę „Piataczok” swego czasu stał arsenał, wzniesiony jeszcze przez Józefa Potockiego. W 1928 roku zamierzano wybudować tam pawilony handlowe. Magistrat powołał specjalną komisję, która miała zadecydować o wyburzeniu starych zabudowań. Krajoznawca Mychajło Hołowatyj odnalazł w archiwach protokół oględzin tego miejsca, w którym dawny arsenał nazywany jest „małym kryminałem”. Prawdopodobnie była to „filia” wielkiego kryminalnego więzienia na Trynitarskiej.

Ze wszelkimi wygodami
Miasto rozbudowywało się, wzrastała też przestępczość. Licznym złoczyńcom było zbyt ciasno w starych celach więziennych. Władze wiedziały o tym i sprawnie problem rozwiązały. Na obrzeżach miasta, w dzielnicy zwanej „Dąbrowa”, zakupiono wielki teren. Wkrótce podpisano umowę z architektem Józefem Braunzeissem, który zrobił projekt nowego więzienia. Jego rozmiary wywoływały szacunek.

Oto co pisze historyk Alojzy Szarłowski: „Więzienie na 1000 więźniów płci męskiej grekokatolickiego i wschodniego (prawosławnego) wyznania. Więźniowie płci żeńskiej oraz rzymscy katolicy i Żydzi odsyłani byli do Lwowa. Więzienie otwarto w 1883 roku. W więzieniu były dwie kaplice – osobne dla grekokatolików i prawosławnych oraz szkoła”.

Ten zakład karny uważany był w tamtym czasie za największy budynek w mieście i urządzony był według ostatniego słowa techniki. Dziś jest to cały kompleks przy ul Czornowoła 119a. Nasze więzienie, jako chyba pierwsze w monarchii Austro-Węgierskiej, posiadało wodociągi i kanalizację, nowoczesne systemy wentylacji i ogrzewania piecowego.

Więzienie „Dąbrowa” było największym obiektem Stanisławowa, wybudowanym w okresie austriackim (pocztówka z kolekcji Ołega Hreczanyka)

Więzienie było wspaniale chronione i ucieczkę stąd uważano za niemożliwą. Jednak ukraiński student Mirosław Siczyński, którzy zastrzelił namiestnika Galicji, udowodnił, że nie ma rzeczy niemożliwych. O jego ucieczce w 1911 roku z tego więzienia było głośno w całej Europie.

W okresie międzywojennym mieściło się tu więzienie dla wojskowych, a z czasem zamieniono je na koszary. Niemcy odnowili tu zakład karny i urządzili obóz jeniecki dla oficerów holenderskich. Po wojnie i do chwili obecnej w dawnym więzieniu gospodarzy lotnictwo wojskowe.

Mężczyźni, kobiety i… nieletni przestępcy
W 1911 roku przy ul. Bilińskiego (ob. Sacharowa) wybudowano olbrzymi gmach sądu okręgowego według projektu lwowskiego architekta Franciszka Skowrona. Za klasycystyczną fasadą Pałacu Sprawiedliwości kryje się ponura czteropiętrowa budowla z kratami w oknach – stanisławowskie więzienie karno-śledcze. Oprócz gmachu głównego był tam niewielki budynek dla nieletnich przestępców i izolatka.

Na tę budowę przeznaczono olbrzymie pieniądze. Pytanie – po co? Przecież w Stanisławowie istniało już potężne więzienie. Okazuje się, że na Dąbrowie przestępcy odbywali kary, na Bilińskiego zaś oczekiwali na udowodnienie im (lub nie) kary przez sędziów. Odbywano tu też kary więzienia do lat trzech.

Polacy, po przejęciu miasta, uznali dwa więzienia w jednym mieście za zbytek. Pozostawiono więc więzienie karno-śledcze i Dąbrowę oddano wojsku. W 1923 roku przeprowadzono tu inwentaryzację, z której wynika, że więzienie mogło pomieścić 406 osób. Wieziono tu mężczyzn, kobiety i dzieci, Ukraińców, Polaków i Żydów.

Tak wyglądało więzienie karno-śledcze w 1933 roku (archiwum autora)

Dziś więzienie karno-śledcze w Iwano-Frankiwsku nazywane jest izolatorem śledczym. W ciągu stu lat swej historii mury tego zakładu widziały wiele.

Ale jest to już temat zupełnie innej opowieści.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 21 (337), 15–28 listopada 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.