Kazimierz Wierzyński wobec Niepodległości

-a A+

W 50. rocznicę śmierci Kazimierza Wierzyńskiego. Rozmowa Anny Gordijewskiej z Mariuszem Olbromskim, literatem i muzealnikiem.

W jednej z poprzednich rozmów o tegorocznym Dialogu Dwóch Kultur mówiliśmy o sesji naukowej w Warszawie poświęconej Kazimierzowi Wierzyńskiemu. Przedstawiając jej przebieg, zwracał Pan, miedzy innymi, uwagę na związki jego biografii z walką o niepodległość. Przed kolejną rocznicą Święta Niepodległości proponuję rozwinąć ten temat.
Z pewnością warto podjąć to zagadnienie, bo droga życiowa i twórcza Wierzyńskiego jest pod tym względem spójna i piękna. Od najmłodszych lat potrafił zamiłowania literackie, a później nie tylko zamiłowania, ale i pracę artystyczną, też redaktorską, łączyć z postawą żarliwego patrioty. I w tej drodze nie pobłądził, trwał w niej przez całe życie aż do śmierci, na emigracji, w Londynie w 1969 r. Im bardziej się zgłębia jego biografię i twórczość, tym bardziej budzi ona właśnie także z tych względów sympatię i szacunek.

Jak to się wszystko zaczęło?
Zaczęło się oczywiście w latach szkolnych w Drohobyczu, a później w Stryju, gdzie chodził do gimnazjum klasycznego. Warto wspomnieć, że do tej szkoły uczęszczał też Stanisław Vincenz, późniejszy autor arcydzieła „Na wysokiej połoninie”. Także William Horzyca, w okresie dwudziestolecia wielki reformator teatru. No i Kornel Makuszyński. Zaczęło się więc od deklamacji na zebraniach konspiracyjnych poezji Mickiewicza i Słowackiego. W latach 1910-12 Wierzyński należał tam do niepodległościowej organizacji polskiej młodzieży „Przyszłość”. Jego ojciec był kolejarzem, przenoszono go z miejsca na miejsce. Przyszły poeta mieszkał z rodziną na stacjach, co później utrwalił, między innymi, w wierszu „Dworzec”:

Są takie miasta, o których nie można
Choćby się nawet chciało coś orzec:
Uliczki, rynek, plebania pobożna –
I tylko jedno zdarzenie: dworzec.
Pociąg przychodzi raz w dzień regularnie
(O melancholio stołecznych kurierów)
Na jednej nodze drżą przed nim latarnie
I salutują bez rąk pasażerów. (...)

Zaraz po zdaniu matury w 1912 roku podjął studia w Krakowie i zapisał się na Wydział Filozoficzny Uniwersytetu Jagiellońskiego, gdzie słuchał między innymi wykładów prof. Ignacego Chrzanowskiego. Kontynuował rozpoczętą w latach szkolnych działalność konspiracyjną i wstąpił do Oddziału Strzeleckiego, gdzie zaprzyjaźnił się z Melchiorem Wańkowiczem, późniejszym autorem tego arcydzieła reportażu, jakim są „Szkice spod Monte Cassino”. Po roku przeniósł się do Wiednia, by kontynuować studia na wydziale slawistycznym. W 1914 roku zgłosił się do Legionu Wschodniego formowanego przez gen. Józefa Hallera i odbył ćwiczenia w rodzinnym Drohobyczu, a później oddziały te przewieziono do Stryja. Organizował pocztę legionową wzdłuż karpackiej linii kolejowej od Stryja przez Sambor do Jasła. Pragnął wstąpić do legionów, ale został wcielony do wojska austriackiego i po wybuchu wojny wysłany na front. Dostał się do niewoli rosyjskiej i trafił do obozu dla jeńców woskowych w Riazaniu, gdzie przesiedział dwa i pół roku. Kiedy wybuchła rewolucja, korzystając z zamieszania, zbiegł do Kijowa. Warto wspomnieć, że w tym okresie w Kijowie mieszkało jeszcze ponad sto tysięcy Polaków, którzy stanowili ponad połowę inteligencji tego miasta. Istniał Teatr Polski Stanisławy Wysockiej. Wychodziły dzienniki w języku polskim, między innymi brat poety Hieronim Wierzyński wydawał „Dziennik Polski”.

A kiedy debiutował i kto stał się jego mistrzem poetyckim?
Debiutował w okresie studiów w wydawanej w Drohobyczu jednodniówce „1863” wierszem pod tytułem „Ach kiedyż, to kiedyż” z jego notą biograficzną o drohobyckim powstańcu. Później w Kijowie drukował wiersze pod panieńskim nazwiskiem matki – Dunin Wąsowicz w „Przeglądzie Polskim” i „Literaturze i sztuce”. Mistrzem literackim Wierzyńskiego był lwowski wybitny poeta Leopold Staff. Dla ucznia stryjskiej szkoły jego „Sny o potędze” były objawieniem. Podobizna Staffa stała w tamtym okresie na jego biurku. Po latach, już po odzyskaniu niepodległości, w 1918 roku, poznał Staffa osobiście, gdy ten ze Lwowa przeniósł się do stolicy. Dowiedział się, gdzie mieszka i po długich wahaniach ośmielił się do niego pójść. Zaniósł mu – jak wspominał – „kilka kilogramów wierszy”. Napisał je w obozie dla jeńców w Riazaniu i później w Kijowie, zapewne też w Warszawie. Do oceny, czy są ciekawe, coś warte. Staff był zajęty właśnie pilną pracą translatorską, kilka razy obiecywał, że przeczyta. Ale to się przedłużało i przedłużało, więc Wierzyński w końcu zwątpił, czy warto się upominać o ocenę. Aż któregoś dnia spotkał go przypadkowo na ulicy, a ten bardzo się tym ucieszył. Powiedział, że się zapoznał z jego utworami i że jest nimi zachwycony. Co więcej, po pewnym czasie, dokonał wyboru wierszy do pierwszej książki. Pomógł mu także w jej wydaniu. W maju 1919 roku ukazał się tomik „Wiosna i wino”, który zachwycił czytelników tonem entuzjastycznej radości i zabawy. Książka zyskała autorowi uznanie i sławę. Można więc dziś mówić nie tylko o 50. rocznicy śmierci Wierzyńskiego, ale też o 100. rocznicy „narodzin poety”. Bo tym było ukazanie się tej skromnej objętościowo książki, wydanej na chropawym papierze, w szarej okładce, bo wtedy innych możliwości nie było. To był wielki sukces literacki. Tymi wierszami zachwycił się między innymi Stefan Żeromski, a wyraził to w jednym z listów do poety. Opublikowany w 1921 roku tomik poetycki „Wróble na dachu”, również świetny, utrzymany w duchu radości i entuzjazmu, miał później jeszcze dwa wydania.

Czym różniła się ta poezja od wierszy poprzedników, od współczesnych Wierzyńskiemu? Czy była nowatorska, co nowego wnosiła?
Po młodopolskich nastrojach pesymizmu, poczucia niemocy, która przewijała się często, między innymi w wierszach Kazimierza Przerwy-Tetmajera, była ta poezja wybuchem entuzjazmu. Pełna była miłości do świata, do ludzi, pełna radości, co znakomicie wpisywało się w ówczesne nastroje społeczne w chwili odzyskiwania wolności. W wierszu „Zielono mam w głowie” z tego tomu, poeta pisał:

(…)
Obnoszę po ludziach mój śmiech i bukiety
Rozdaję wesoło i jestem radosną
Wichurą zachwytu i szczęścia poety
Co zamiast człowiekiem powinien być wiosną.

Poeta, jak widać choćby z przytoczonego fragmentu, nie eksperymentował z ortografią, interpunkcją, jak czyniły to w okresie dwudziestolecia międzywojennego awangardy poetyckie. Właściwie stosował tradycyjne, regularne rytmy i rymy, wiersze budował ze strofek. Nie odcinał się od tradycji. Jego utwory świetnie brzmiały, były komunikatywne, znakomite do recytacji. Ale jednocześnie były nowatorskie. Ich nowoczesność polegała właśnie na zmianie tematyki utworów, a były to: kino, erotyzm, kawiarnia, sport, kabaret, to co pociągało młodych, było nowe. Na zastosowaniu kolokwializmów, zejściu z koturnów, porzuceniu patosu. Poezja w jego koncepcji miała stać się dostępna każdemu: „Poezjo, na ulicę. / Między ludzi, w tłum !”. Ale jego nowatorstwo sięgało jeszcze głębiej. Dla mnie w tych pierwszych dwóch tomikach, bo też we „Wróblach na dachu”, był poetą afirmacji bytu, miłości do istnienia w ogóle, zespolenia się z pięknem i urodą świata, z przyrodą. Był poetą odczucia absolutu w porządku kosmosu, zespolenia się z nim, wyrażonego nie poprzez subtelne rozważania filozoficzne, metafory religijne. Ale w sposób niezwykle bezpośredni, radosny i spontaniczny.

Czy znajomość młodego poety z Leopoldem Staffem miała ciąg dalszy?
Wierzyński zaprzyjaźnił się ze Staffem, który zwrócił jego uwagę na akademickie pismo „Pro arte et studio”. Także na spotkania młodych poetów w kawiarni „Pod Picadorem”, którzy byli z tym pismem związani. Kawiarnia ta zaczęła działalność tuż po odzyskaniu niepodległości, bo 29 listopada 1918 r. Mieściła się przy ulicy Nowy Świat 75, później przeniosła się w podziemia Hotelu Europejskiego. Na scenie tej kawiarni Wierzyński zaczął czytać swe wiersze razem z innymi wybitnie utalentowanymi młodymi poetami: Julianem Tuwimem, Janem Lechoniem, Jarosławem Iwaszkiewiczem. Później pismo przekształciło się w miesięcznik „Skamander”, świetnie redagowany przez Mieczysława Grydzewskiego. Czasem jednym zdaniem, jedną rozmową można kogoś skierować na właściwe tory. Staff był też osobą, która wprowadziła Wierzyńskiego do grona członków Polskiej Akademii Literatury w 1938 roku, wygłosił z tej okazji piękne przemówienie. Można powiedzieć, że nie tylko pomógł mu na starcie, ale pokierował jego dalszym losem artystycznym. Uzyskanie przez Wierzyńskiego członkostwa PAL oznaczało, że sięgnął on szczytów naszej kultury literackiej. Miał już przed wybuchem II wojny światowej świetny dorobek literacki i kulturotwórczy. Opublikował dziesięć książek poetyckich, głośnych i nagradzanych, był redaktorem ważnych dzienników, stałym współpracownikiem miesięcznika "Skamander", "Wiadomości Literackich", pisał recenzje do "Gazety Polskiej", redagował tygodnik "Kultura" i "Przegląd Sportowy", był współtwórcą najświetniejszej grupy poetyckiej dwudziestolecia Skamander.

Co oprócz tych debiutanckich tomików było w przedwojennym dorobku Wierzyńskiego najcenniejsze?
Wierzyński przez okres dwudziestolecia mieszkał w Warszawie, kilkakrotnie zmienił mieszkanie. Był bardzo czynny artystycznie, kulturotwórczo, prowadził ciekawe życie towarzyskie. Od lat szkolnych pasjonował go też sport. W gimnazjum w Stryju należał do drużyny piłkarskiej, wędrował po Karpatach, znał świetnie bliższe i dalsze okolice Drohobycza i Stryja, co zresztą później, na emigracji, zainspirowało go do napisania pięknych wierszy. Nieprzypadkowo też od 1926 roku został redaktorem naczelnym „Przeglądu Sportowego”, który w chwili rozpoczęcia przez niego pracy był bliski katastrofy. Jego talent organizacyjny sprawił, że szybko przekształcił pismo w jedno z najbardziej poczytnych. Zmienił format, szatę graficzną dziennika, powołał, a raczej wychował sobie nowy zespół redakcyjny. Wypracował atrakcyjny styl relacji z wydarzeń sportowych. Pismo wychodziło kilka razy w tygodniu, było rozprowadzane po całym kraju. Osiągnęło niebywały wówczas nakład 60 tys. egzemplarzy. „Przegląd Sportowy” wychodzi zresztą do dziś, jest chyba u nas jedną z najstarszych gazet. Wierzyński nie pisał artykułów, tylko redagował. Ale z tego umiłowania i znajomości zagadnień sportowych wyrósł jego wspaniały tom poetycki „Laur Olimpijski”. Jak wyznawał „sam jakoś się napisał”, a wyszedł w 1927 roku. Rok później na Konkursie Literackim IX Igrzysk Olimpijskich w Amsterdamie poeta zyskał za ten tom złoty medal. Książka z miejsca została przetłumaczona na sześć języków. To był wielki sukces nie tylko Wierzyńskiego, ale i wyróżnienie dla całej literatury polskiej. Wiersze z tego tomu są wspaniałe, żywe i dziś. Aż dziwi, że tak rzadko są cytowane przez dzienniki sportowe, na akademiach i zawodach sportowych. Nie ma chyba w literaturze polskiej lepszych wierszy na ten temat. Ale mimo tego sukcesu, za największe swe osiągnięcie Wierzyński uznawał – i słusznie – tom zupełnie inny. Został on poświęcony postaci Marszałka Józefa Piłsudskiego, a nosił tytuł „Wolność tragiczna”. Ukazał się w 1936, rok po śmierci Marszałka. Miał do września 1939 roku aż pięć wydań, a później jeszcze ta książka wyszła w Rzymie, pod koniec wojny, w maju 1945 roku, nakładem Oddziału Kultury i Prasy II Korpusu ze wstępem Gustawa Herlinga-Grudzińskiego.

Jak Wierzyński znalazł się w kręgu oddziaływania Józefa Piłsudskiego? Czy poznał go osobiście?
Już w okresie szkolnym, potem akademickim, gdy działał we wspomnianych organizacjach niepodległościowych, zetknął się z myślą i działalnością Piłsudskiego. Wielokrotnie rozmawiał o nim w Kijowie, gdzie znalazł się w styczniu 1918 roku pod przybranym nazwiskiem, po ucieczce z rosyjskiego obozu jenieckiego w Riazaniu. Pracował tam jakiś czas jako kierownik internatu Macierzy Polskiej, gdzie w pokojach gościnnych zatrzymywali się też na jakiś czas działacze niepodległościowi. Jedną z tych postaci był ukrywający się też pod przybranym nazwiskiem Bolesław Wieniawa-Długoszowski, z którym, gdy się zaprzyjaźnili, rozmawiał o Piłsudskim wielokrotnie, przez całe, długie noce.

Józef Piłsudski w drzwiach pociągu, ok. 1920 (ze zbiorów Muzeum Niepodległości)

To była później słynna postać…
Tak. Wieniawa, jak Wierzyński, był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej, a później został osobistym adiutantem Marszałka Piłsudskiego, stopniowo awansował do stopnia generała Wojska Polskiego. Był jedną z najbarwniejszych postaci Warszawy w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Pisał wiersze, był tłumaczem, przyjacielem Skamandrytów, stałym bywalcem kawiarni „Pod Picadorem”, brał udział w spotkaniach Skamandrytów w kawiarni „Ziemiańska”. To właśnie on zaprowadził Wierzyńskiego do Belwederu i przedstawił go Piłsudskiemu, opowiadając o konspiracji w Kijowie.

Wierzyński uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Jaki był jego udział w wyprawie kijowskiej?
W 1919 Wierzyński wstąpił do Wojska Polskiego, był podporucznikiem w Biurze Prasowym Naczelnego Dowództwa, współpracował przy redagowaniu tygodnika „Żołnierz Polski”. Redagował też wydawnictwo Biblioteki tego dziennika, w której ramach wydał, między innymi, tomik „Pieśni żołnierskie” Kornela Makuszyńskiego. Kiedy wybuchła wojna polsko-bolszewicka, Wierzyński wziął udział w wyprawie kijowskiej. Dostał rozkaz wyjazdu do sztabu ścisłego Naczelnego Dowództwa w Równem, gdzie zaczął w kwietniu tego roku redagować, mimo ogromnych trudności z papierem i poligrafią, pismo „Ukraińskie Słowo”. Redakcja znajdowała się w wagonach kolejowych. Na sąsiednim torze stanął pociąg wodza naczelnego, który przybył do Równego 23 kwietnia. Po latach poeta wspominał: „Wagony były oświetlone, ale okna zasłonięte. W salonce przez szpary firanek wiele razy widzieliśmy dobrze znaną nam postać. Piłsudski chodził tam i z powrotem, jak po długim korytarzu”.

Józef Piłsudski i dwóch innych żołnierzy na tle wagonów pociągu, Radom, 1920-1935 (ze zbiorów Muzeum Niepodległości)

W miarę posuwania się polskich armii oraz sprzymierzonych z nimi ukraińskich oddziałów atamana Symona Petlury przemieszczał się też pociąg Wierzyńskiego. Poeta wydawał pismo w Żytomierzu, a później w zdobytym Kijowie, gdzie opublikował w trudnych warunkach aż dwadzieścia numerów „Dziennika Kijowskiego”. Warto podkreślić, że do współpracy zdołał skłonić duże grono ukraińskich poetów. A kiedy losy wojny się odwróciły i bolszewicy stopniowo zajmowali miasto, zdołał z płonącego Kijowa ewakuować cały zespół redakcyjny, w tym wspomnianych ukraińskich pisarzy. W sierpniu 1920 roku został z kolei przydzielony z ramienia Biura Prasowego Naczelnego Dowództwa i wędrował już w okresie po Bitwie Warszawskiej razem z korespondentami zagranicznymi szlakiem przeciwnatarcia polskiego. Zatem wiersze Wierzyńskiego w tomie „Wolność tragiczna” o Piłsudskim, nie były poezją okazjonalną. Wynikały z jego bardzo głębokich przeżyć konspiracyjnych, wojennych, wieloletniego i niezłomnego przywiązania poety do idei niepodległości, a także fascynacji osobowością Marszałka, który tę ideę dla niego w pełni uosabiał.

Na czym polegała wyjątkowość tej książki?
Właśnie na wyborze tematu, ukazaniu wielkości i tragizmu postaci Marszałka. Rozwinięciu istniejącego już w dwudziestoleciu mitu tej postaci, utrwalonego także w sztuce i literaturze, w dziełach niekiedy bardzo udanych, wysokiego lotu. Trzeba podkreślić, że o Piłsudskim powstało wiele pieśni i wierszy już w okresie legionowym. Oprócz Wierzyńskiego o Marszałku świetne utwory napisali inni Skamandryci. Na tonie epitafijnym, przedstawieniu Piłsudskiego jako wielkiego samotnika, potomka wielkich romantyków, wybitnego stratega i przywódcy, który przerasta naród i daremnie usiłuje go skierować na drogę wielkości. Warto wspomnieć, że Wierzyński po wydaniu tej książki kontynuował intensywną prace twórczą. W końcu sierpnia 1939 roku napisał wiersz, który nosi tytuł „Wstążka z Warszawianki”, w którym również główną rolę odgrywa Piłsudski. Po wojnie, już na emigracji, postać Piłsudskiego wielokrotnie wspominał i przywoływał w wywiadach radiowych przygotowywanych dla radia „Wolna Europa”. Jeszcze trzeba wspomnieć o Kazimierze Iłłakowiczównie, świetnej poetce, która była związana twórczością ze Skamandrytami, a przecież przez wiele lat od 1926 aż do śmierci Marszałka w 1935 roku była jego sekretarką w Belwederze. W 1939 roku ukazał się jej ciekawy tom „Ścieżka obok drogi” – pięknie napisane „gawędy” o Piłsudskim. I także trzeba wspomnieć o tym, że inni poeci z grupy Skamander pisali również świetne wiersze o Piłsudskim. Ale „Wolność tragiczna” nawet na tym znakomitym tle jest dziełem zupełnie wyjątkowym.

W naszej rozmowie poruszyliśmy temat odzyskiwania przez Polskę niepodległości, dwudziestolecia międzywojennego i roli, jaką w kulturze i działaniach niepodległościowych odegrał Wierzyński. Proszę jednak choć pokrótce powiedzieć, jakie były losy wojenne i powojenne poety i jaka była jego w tym czasie postawa?
To temat obszerny, bardzo ciekawy, godny osobnej rozmowy. Powiem tylko, że okres przedwojenny, był początkiem jego dalszej, obfitującej w znakomite książki drogi. A jego postawa pełna swoistego heroizmu twórczego, zaangażowania słowem w sprawę niepodległości Polski, walkę o nią, mimo goryczy, wielkiego zawodu, jakim była Jałta, jest ciągle zbyt mało znana.

Może więc w przyszłości wrócimy do tego tematu?
Bardzo proszę. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Anna Gordijewska

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.