Tajemnice Kaplicy z Chimerami

-a A+

Romantyczna neogotycka kaplica Krzyżanowskich na Cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, popularnie nazywana Kaplicą z Chimerami, budzi skomplikowane uczucia zarówno przy pierwszej znajomości z jej strzelistą architekturą, jak też przy wielokrotnej obserwacji o różnych porach dnia i roku, przy różnej pogodzie i oświetleniu.

Jest w jej formach architektonicznych, a raczej w kostiumie artystycznym coś niepokojącego i tajemniczego, obok pięknie pomyślanych, zaprojektowanych i umiejętnie zrealizowanych szczegółów zdobienia. Z jednej strony, bogactwo form architektonicznych jakby wystawiono na widok ogólny, z drugiej zaś strony, ma się wrażenie, że coś za nimi pozostało ukryte i niedomówione.

Pomysłodawcą i zleceniodawcą tego pięknego i niepokojącego arcydzieła był dr Stanisław Krzyżanowski, adwokat krajowy, dyrektor Banku Kredytowego we Lwowie, zastępca syndyka w Towarzystwie Kredytowym Ziemskim, członek Rady Nadzorczej Banku Krajowego etc., etc. Jest jakąś tajemnicą to, iż mimo że zleceniodawca nie mógł z pewnością odkryć przed architektem projektantem wszystkich swoich myśli i intencji, uzdolniony autor projektu Jan Tomasz Kudelski jednak coś wyczuł bez słów i stworzył dzieło sztuki – kaplicę wzbudzającą romantyczny zachwyt, monumentalną, lecz pełną lotnej fantazji.

Kaplicę zdobią ażurowe, kute w metalu drzwi, schody, balustrady, pinakle, świeczniki, żyrandol, wysoka wieżyczka-sygnaturka zakończona kwiatonem, ażurowe okna wypełnione witrażami, narożniki rzeźbione w piaskowcu, oryginalne kapitele kolumienek. Na czterech stronach dachu rynny są zakończone rzygaczami w kształcie fantastycznych chimer rzeźbionych w piaskowcu. Stromy dach jest pokryty glazurowaną różnokolorową ceramiczną dachówką. Całą kaplicę oblicowano cegłą, tzw. dziurawką, w kolorach żółtawym, żółtawo-brzoskwiniowym i pomarańczowym. Fasadę ozdobiono kolorową majoliką i terakotą. Nad wejściem ustawiono ceramiczną figurę Najświętszej Maryi Panny pod neogotyckim bogato rzeźbionym baldachimem.

Fot. Jurij Smirnow

Wewnątrz kaplicy ustawiono białomarmurowy rzeźbiony ołtarz, dzieło artysty rzeźbiarza Piotra Witalisa Harasimowicza. Pod gwiaździstym wysokim sklepieniem zawieszono misternie wykonany żyrandol. W okna wstawiono witraże austriackiej firmy „Tiroler Glasmalerei und Mosaik Anstalt” z Innsbrucku. Ściany ozdobiono subtelnymi ornamentalnymi malowidłami. Obok ołtarza ustawiono marmurowe tablice inskrypcyjne.

Stanisław Krzyżanowski zbudował tak piękne mauzoleum ku pamięci swojej gorąco kochanej matki. Uwielbiał ją i jej śmierć mocno przeżywał. Na tablicy inskrypcyjnej umieścił napis: „Ku pamięci najdroższej matki”. Teofila Teodora z Targowskich, artystka teatrów lwowskich (1829-1890) była zamężna za Krzyżanowskim, zaś po raz drugi za Kalicińskim, aktorem dramatycznym. Po Lwowie chodziły jednak uparte pogłoski, że syn Stanisław był owocem romantycznego związku z Władysławem hr. Badenim, właścicielem dóbr ziemskich i wpływowym politykiem galicyjskim. Była to największa tajemnica rodzinna, która została pogrzebana wraz z panią Teofilą. Hrabia Władysław zawsze żywił do Stanisława Krzyżanowskiego przyjazne uczucia. Przykładem może być historia opisana w Kurierze Lwowskim: „Stanisław Krzyżanowski znajdował się w zażyłej przyjaźni z obydwoma hrabiami Badenimi – przyjaźń ta datowała się jeszcze za życia hr. Władysława Badeniego, ojca. Opowiadają, że Krzyżanowskiego dwa razy nie chciano przyjąć na członka tutejszego arystokratycznego kasyna narodowego (a przecież jego kariera adwokacka była bez zarzutu!), a gdy podano go po raz trzeci, wówczas hrabiowie Badeniowie kategorycznie oświadczyli, że jeśli Krzyżanowski przyjęty nie będzie, to oni wystąpią z kasyna. Po tym oświadczeniu Krzyżanowskiego przyjęto”.

Synowie Władysława Badeniego zajmowali w politycznym życiu Galicji miejsca wyjątkowe. Kazimierz hr. Badeni (1846–1909) był w latach 1888–1895 Namiestnikiem Galicji, zaś w latach 1895–1897 premierem Austro-Węgier i jednocześnie ministrem straw wewnętrznych. Jego brat Stanisław hr. Badeni (1850–1912) w latach 1895–1901 i 1903–1912 obejmował zaszczytną funkcję marszałka Sejmu Galicyjskiego. Obydwaj byli ludźmi bardzo bogatymi.

Stanisław Krzyżanowski (1847–1899) otrzymał dobre wykształcenie i zrobił karierę we Lwowie. Kancelarię adwokacką otworzył w maju 1881 roku. Był postacią wybitną w świecie finansowym Galicji. Od 1892 roku obejmował posadę dyrektora Galicyjskiego Banku Kredytowego, którego głównymi akcjonariuszami byli książęta Sapiehowie. Jako adwokat miał przeważnie klientelę arystokratyczną, do której należały rody Sapiehów, Badenich, Gołuchowskich, Skrzyńskich i inni magnaci. Był człowiekiem inteligentnym, ale nerwowym i mentalnie zmiennego usposobienia. W chwili śmierci w wieku 52 lat był kawalerem, ale kilka lat wcześniej adoptował dwie córki, które w 1899 miały 12 i 9 lat i które oddał na wychowanie do klasztoru Niepokalanek w Jarosławiu. Matka tych dziewczynek zmarła w 1896 roku. Ta historia była kolejną rodzinną tajemnicą. Nikt we Lwowie nic nie wiedział dokładnie ani o matce dziewczynek, ani o jej możliwych stosunkach z Krzyżanowskim. Nie wiadomo też, czy nie był on czasem ojcem dziewczynek, które wedle relacji prasy bardzo kochał i którym pozostawił cały swój majątek w sumie około 200.000 złotych.

Życie osobiste Stanisława Krzyżanowskiego było owiane licznymi tajemnicami. To samo można powiedzieć o jego działalności w Banku Kredytowym. Sprawy potoczyły się nieprzewidywalnie, kiedy w nocy z 10 na 11 marca 1899 Stanisław Krzyżanowski popełnił samobójstwo w swoim mieszkaniu przy ul. Jagiellońskiej 7. Słowo Polskie z dnia 11 marca donosiło: „Alarmująca wieść obleciała dziś rano miasto. Opowiadano ją sobie na ulicach, w kołach publicznych, urzędach etc. W korytarzach sejmowych grupowali się posłowie, udzielając sobie wzajemnie wieści”. W przeddzień samobójstwa Krzyżanowski był u siebie w kancelarii adwokackiej. Wypłacił gaże podwładnym. Do godziny kwadrans na ósmą siedział w Banku Kredytowym, gdzie konferował z wicedyrektorem Marynowskim, potem poszedł do domu. O ósmej wieczorem podano mu kolację, po której wypił flaszkę szampana, następnie udał się do swego pokoju sypialnego. Rano o godzinie wpół do ósmej służący wszedłszy z herbatą do sypialni znalazł Krzyżanowskiego klęczącego przed łóżkiem, w ubraniu. Na podłodze kałuża krwi, rewolwer i krucyfiks, który denat do ostatniej chwili trzymał w ręku. Na stole paliła się jeszcze lampa. Ciało było zupełnie skostniałe. Śmierć nastąpiła wieczorem.

W mieszkaniu denata zaraz na pierwszą wiadomość o samobójstwie pojawili się obydwaj hrabiowie Badeniowie, przybył również dyrektor Banku Krajowego. Dyrektora Banku Kredytowego Marchwickiego we Lwowie nie było. Po rozmowie z Krzyżanowskim wyjechał on śpiesznie do Wiednia. W pokoju znaleziono kilka listów do córek, do innych krewnych oraz do dyrektora Marchwickiego. Jeden list był bez adresu. Na niego od razu zwrócił uwagę hr. Stanisław Badeni. List zaczynał się od słów: „Szatanie! Opętałeś mnie…”. W innym zaś liście przedśmiertnym Krzyżanowski napisał wprost: „Padłem ofiarą machinacji…”. I te właśnie machinacje w Banku Kredytowym włożyły mu broń samobójczą do ręki.

List odczytał notariusz Józef Onyszkiewicz. Krzyżanowski pisał, że w Banku Kredytowym działy się liczne nieprawidłowości, o których on nie wiedział. Dalej wyliczył dokładnie wszystkie owe rzekome mankamenta, ferując nadzwyczaj ciężkie zarzuty przeciw sposobowi prowadzenia tej instytucji i oświadczył, że ten stan rzeczy zmusza go do targnięcia się na siebie samego… Kiedy treść listu stawała się coraz drażliwszą i doszło do wymiany konkretnych nazwisk, hrabia Stanisław Badeni, marszałek krajowy, przerwał czytanie listu i kazał dalszą jego treść przekazać tylko jemu, dyrektorowi Banku Krajowego Alfredowi Zagórskiemu i notariuszowi Józefowi Onyszkiewiczu. Nikt już później tego listu nie widział.

Otóż powody śmierci Krzyżanowskiego i konkretne nazwiska zostały utajone. Kim był ten „Szatan”, który opętał denata, na zawsze już pozostało tajemnicą, ostatnim sekretem Stanisława Krzyżanowskiego. Mówiono, że chodziło o dyrektora Marchwickiego, ale wszystko zostało na poziomie pogłosek i plotek. Również nie ustalono powodu tak gwałtownych wydarzeń. Słowo Polskie pisało, że „w dniu śmierci otrzymał dr Krzyżanowski wezwanie hrabiego Jakuba Potockiego o przesłanie mu czekiem na Berlin 150.000 marek. Nie mając tych pieniędzy u siebie, Krzyżanowski targnął się na swe życie”. Według tej wersji depozyt Jakuba Potockiego, jak również depozyt hrabiny Mierowej został złożony przez Krzyżanowskiego w Banku Kredytowym. Problem polegał na tym, że bank nie miał dostatecznego kapitału rezerwowego. Kasa miała za mało gotówki. Pozyskane wkłady lokowano w udziały w różnych przedsiębiorstwach, np. w Akcyjne Towarzystwo Browarów Lwowskich, kopalnie ozokerytu w Borysławiu lub w hipotekę. Tymczasem kapitał akcyjny banku stanowił 1.000.000 złr., zaś wkładki oszczędnościowe wynosiły 2.180.618 złr. Przy założeniu banku w 1873 roku ogłoszono, że założyciele (ks. Adam Sapieha, ks. Eustachy Sanguszko, hr. Mieczysław Borkowski, hr. Kazimierz i Stanisław Badeni oraz inni) lokują w banku kapitały na sumę 1.200.000 złr. Bank wyemitował i sprzedał 5000 akcji po 200 złr., czyli na 1.000.000 złr. Okazało się jednak, że założyciele wnieśli nie gotówkę, lecz tylko weksle na odpowiednią sumę.

Na wieść o samobójstwie Krzyżanowskiego właściciele wkładek oszczędnościowych rzucili się do kasy banku wymagając zwrotu swoich pieniędzy. Prasa lwowska donosiła: „Obok Banku Kredytowego na ul. Jagiellońskiej natłok publiczności olbrzymi. Są ciekawi, inni chcą wydobyć złożone wkładki. W sieniach banku ścisk nie do opisania. O godzinie 11 musiano zamknąć bramy wchodowe. Agenci policyjni z trudem utrzymują porządek”. W mieście przekazywano pogłoski, że Bank Kredytowy może ogłosić bankructwo. Zaniepokojeni samobójstwem Krzyżanowskiego klienci przypuścili prawdziwy „szturm banku po odbiór pieniędzy, złożonych na książeczki wkładowe. Ale wypłacono tylko po 200 złotych, co jeszcze więcej podgrzewało atmosferę niepewności. Do banku przybył sam książę Sapieha i zapewniał osobiście każdego klienta o wypłacalności banku. Jego pozycja nieco uspokoiła cisnących się przed bramą. Tymczasem o możliwym bankructwie banku podawano też w korespondencjach gazet wiedeńskich. Ruch w banku znów przybrał dość groźne rozmiary. Wypłaty z kasy banku w piątek wyniosły 52.000 zł., w sobotę – 30.000 zł.”.

Pogrzeb Stanisława Krzyżanowskiego odbył się 13 marca 1899 roku przy udziale tysięcznych tłumów publiczności. Zmarłego na miejsce wiecznego spoczynku eksportował ksiądz Chęciński. W kaplicy rodzinnej na Cmentarzu Łyczakowskim zwłoki złożono obok matki denata. Prócz najbliższej rodziny, mianowicie brata i ciotki hrabiny Pauliny Cetnerowej, w kondukcie pogrzebowym uczestniczyli hrabiowie Badeniowie, dyrekcja i urzędnicy Banku Kredytowego. Bank przeżył te groźne wydarzenia i uniknął bankructwa. Jednak nazwiska możliwych winnych w samobójczej śmierci nie zostały ujawnione. I była to ostatnia tajemnica Stanisława Krzyżanowskiego, którą zabrał ze sobą do grobu.

Jurij Smirnow

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.