VENI, VIDI, AMO TE UCRAINA

-a A+

Służyłem Ojczyźnie we Lwowie

Długo, nawet bardzo długo nosiłem się z zamiarem napisania tego, co mi w duszy gra po odbyciu służby konsularnej dla państwa polskiego we Lwowie na Ukrainie. Naczelny tej gazety wie najlepiej, ponieważ nieraz mi łamy Kuriera oferował, a ja zwlekałem, bo jeszcze nie dojrzałem by z pewnej perspektywy czasowej (minęło 8 lat od zakończenia) ocenić to, co na Ukrainie przeżyłem, zrobiłem i jak wpłynęło to na moje widzenie otaczającego świata.

Zacznę w stylu współpracownika Kuriera, pana Deski który bardzo lubi robić liczne dywagacje i filozofowania…

To los i jakieś przeznaczenie rzuciło mnie w roku 2008 do placówki konsularnej we Lwowie, bo w Czechach, gdzie poprzednio byłem, nie trzeba było już tylu do pracy konsulów. Wtedy myślałem, że to przypadek sprawił iż tak się stało, a dzisiaj jestem wdzięczny losowi, że na Ukrainie i to we Lwowie się znalazłem, gdyż nowego spojrzenia na rzeczywistość doświadczyłem. Z pewną dozą obawy i niepokoju co mnie tam czeka. Pierwszy raz pojechałem pociągiem w październiku 2008 roku do Lwowa, by kolejny raz w życiu pracować za granicą na rzecz państwa polskiego.

Mój tekst (pragnę zaznaczyć) – w zamiarze nie ma być wspomnieniem, czy autobiografią z pobytu, tylko ustosunkowaniem się do tego co robiłem i przeżyłem z ludźmi i krajem zwanym Ukrainą.

Przechodzę więc do meritum!
Ukraina i mieszkający tu ludzie, to kraj pełen różnych wyzwań głównie dla obcokrajowców, którzy tu przybywają z zachodu. Aby poznać i zrozumieć atmosferę życia tu panującą, trzeba dłuższego pobytu, wiedzy historycznej i współczesnej o Ukrainie.

Złożoność procesów społecznych tu zachodzących ma swoje źródło w wielonarodowym charakterze państwa i szczególnie często, poza zachodnią częścią Ukrainy używanym powszechnie językiem rosyjskim. Ponadto nadal jest to tajemniczy i mało znany, ale bardzo urokliwy kraj, w którym wiele rzeczy jest zachowanych w stanie naturalnym. Ma to szczególną wartość w planach rozwojowych i potencjalnie wzrostu poziomu życia ludności, ale pod warunkiem przeprowadzenia skutecznych reform ustrojowych, społecznych i gospodarczych.

Moim zdaniem, to tak szybko się nie stanie!

1. Zawsze miałem priorytety
Przyjechałem do tego kraju będąc już niemłodym człowiekiem z bagażem doświadczeń po Konsulacie Generalnym Rzeczypospolitej Polskiej w Ostrawie (Czechy). Tak więc w pierwszym miesiącu pracy w Konsulacie w ważnych miejscach Lwowa się „zarejestrowałem” (!)

Najpierw u ówczesnego zwierzchnika Kościoła rzymskokatolickiego metropolity kard. Jaworskiego i biskupa Mokrzyckiego, z którym mam kontakt do dzisiaj. Przedstawiłem się także szefom polskich organizacji działających tutaj, z TKPZL na czele, bo przecież taka była i jest nasza rola, by służyć Polakom zamieszkałym za granicą.

Szefem placówki polskiej we Lwowie był wówczas ambasador pan Osuchowski, który przyjął mnie bardzo przychylnie i profesjonalnie (szkoda, że tak krótko był moim szefem) i po miesiącu wydawania wiz (strasznie nudna praca), skierował mnie do pracy w przyznawaniu Karty Polaka, co dopiero od kwietnia 2008 roku przyznawanej. Było to jedno z najbardziej dojmujących i odpowiedzialnych zadań, jakie w życiu otrzymałem, co dopiero później dogłębnie sobie uświadomiłem. Poznałem wówczas wspaniałych ludzi – współpracowników w urzędzie. Do tematu tego wracam szerzej w pkt. 4 mojego artykułu.

Oprócz pracy na miejscu w Konsulacie, wyjeżdżaliśmy służbowo i prywatnie dosyć często w tzw. „teren” naszego okręgu konsularnego. To właśnie była okazja do lepszego poznania kraju mojego urzędowania i nowych doświadczeń w kontaktach z tzw. „tubylcami”. Szczególnie pamiętam dwie parafie: w Gródku Jagiellońskim u ks. dra Michała Bajcara i w Truskawcu – Borysławiu u o. Jakuba Zielińskiego, z którymi do dzisiaj utrzymuję dobry kontakt. Jeździłem często nawet w wolnym czasie do Gródka, by swój czas i rady poświęcić miejscowym Polakom. Nawet Wigilie Bożego Narodzenia gościnnie tam spędziłem, ponieważ nie mogłem wyjechać do domu rodzinnego w Polsce ze względu na dyżur.

Do Truskawca pierwszy raz dotarłem w 2009 roku w celach turystyczno-poznawczych i w miejscowej parafii rzymskokatolickiej zostałem bardzo godnie i ciepło przyjęty przez ówczesnego proboszcza o. Jakuba Zielińskiego ze zgromadzenia Redemptorystów. Ojciec Jakub budował wtedy i wybudował od podstaw nowy kościół w Borysławiu, który służy teraz miejscowym katolikom. Żałują oni do dzisiaj, że nie pozostał z nimi, bo został odwołany do Polski. Ojciec Jakub ujął mnie nie tylko ofiarną posługą kapłańską, ale wspaniałym zmysłem organizacyjnym, znakomitym kontaktem z miejscową ludnością i wyjątkową skromnością zachowania. Pomogłem mu w zbiórce środków finansowych na budowę borysławskiej świątyni, a sam o. Jakub chyba miło wspomina wizytę w Skoczowie na Śląsku Cieszyńskim w mieście św. Jana Sarkandra.

Informacja dla jego byłych parafian: ojciec zarządzał potem pięknie położonym w Zakopanem ośrodkiem wypoczynkowo-turystycznym, a obecnie jest od niedawna w Bardzie Śląskim w górach, na Dolnym Śląsku i tam zapewne nadal będzie robił dobre uczynki!

2. Miejscowi Polacy
To pierwsza i najważniejsza grupa ludzi, powiększona o wszystkich przyjezdnych z Polski turystów, którym ma służyć nasza placówka konsularna. Mnie – człowiekowi urodzonemu i wychowanemu na Ziemi Cieszyńskiej w sąsiedztwie Zaolzia, bliska była idea, że Polaków, których polityczne zmiany granic po wojnie światowej wykluczyły z terytorium Rzeczypospolitej, nie można nazwać emigrantami, ponieważ oni lub ich rodzice i dziadkowie w Polsce się urodzili. Dobrze, że miałem tę świadomość jadąc na służbę do Lwowa.

Społeczność polska i polskiego pochodzenia zamieszkała na tzw. Kresach, a obecnie Ukrainie jest bardzo różnorodna, o czym przekonałem się pracując w największym – jeśli chodzi o czynności – konsulacie polskim na świecie. Spotkałem bardzo skromnych i dobrych patriotów polskich, którzy z wielkim szacunkiem przyjmowali Kartę Polaka, ale byli też tacy, którzy bardzo roszczeniowo i interesownie uważali, że to im się słusznie należy. Była też grupa zukrainizowanych ludzi, udających Polaków, którzy niby zachowują nasze tradycje i czynili to z chęci posiadania korzyści, jakie daje Karta Polaka.

Niezależnie od tych różnych postaw, dziękuję Bogu, że taką pracę wykonywałem, bo dużo dobrych chwil przeżyłem i nabrałem pozytywnego doświadczenia obserwując nieraz bardzo trudne życie codzienne Polaków na Ukrainie w przeszłości i obecnie. Jak już wcześniej wspomniałem Karta Polaka jest wydawana nie tylko w urzędzie, ale dokonuje się stosownej procedury w terenie należącym do danego okręgu konsularnego. I te wyjazdy – mimo że bardzo męczące, były dla mnie najwspanialsze, gdyż pozwoliły mi poznać znaczącą część zachodniej Ukrainy i ludzi tam zamieszkałych w ich naturalnych warunkach. Zobaczyłem ich prawdziwy upór i ofiarność, by przez wiele lat zachować za każdą cenę swoją przynależność do narodu polskiego.

Słowo „patriotyzm” napełniło mi się żywą treścią, kiedy podczas podróży służbowej m.in. do Łosiacza, odległego od Lwowa, zostaliśmy przywitani po królewsku, chlebem i solą w kościele pełnym ludzi śpiewających polskie pieśni. Przemawiając do zgromadzonych, byłem wzruszony i dumny, że w imieniu państwa polskiego mogę im podziękować za wytrwałość w podtrzymywaniu polskości w ich rodzinach.

Osobnym tematem jest mój stosunek do różnych stowarzyszeń polskich i ich działaczy funkcjonujących na zachodniej Ukrainie, z którymi miałem do czynienia na miejscu. W chwili mojego przybycia do Lwowa w 2008 roku monopol w działalności miało Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, z którym bardzo różnie się współpracowało. Niektórzy mieli wyłącznie roszczeniowe postawy, prawie nic ze swej strony nie oferując (mała aktywność organizacyjna i pomysłowa). Sytuacja zmieniła się kiedy większą inicjatywę zaczęła ujawniać Federacja Organizacji Polskich na Ukrainie pod wodzą prezes Emilii Chmielowej i środowisko to stało się bardziej pluralistyczne i prężne. Chwaliłem sobie w temacie Karty Polaka współpracę z prezesem Legowiczem i prezesami z Łanowic, Strzelczysk, Borysławia, Mościsk i Drohobycza, którzy bardzo solidnie przygotowywali swoich ludzi do rozmów kwalifikujących ich do posiadania Karty.

Związek Polaków na Ukrainie miał w naszym okręgu znacznie mniejszą reprezentację. Najpoważniejszym problemem od wielu lat był brak Domu Polskiego we Lwowie, co obecnie – jak czytałem w Kurierze Galicyjskim – jest już bliskie realizacji, a to powinno bardziej wzmocnić i scalić środowiska polskie na zachodniej Ukrainie.

3. Poznani Ukraińcy i miasto Lwów
Środowisko miejscowe w kraju mojego urzędowania, czyli obywatele Ukrainy, to druga grupa ludzi, którym służy polska placówka konsularna poprzez różne czynności administracyjne i promocję wiedzy o Polsce. Moje relacje służbowe w urzędzie z tą grupą ludzi były znacznie ograniczone, gdyż bardzo krótko wydawałem wizy, nie mając – poza dyżurami – kontaktu bezpośredniego z wnioskodawcami. Będąc jednak człowiekiem kontaktowym, otwartym na nowe wyzwania, poza godzinami urzędowania w pracy, bardzo szybko powiększyłem grono poznanych Ukraińców. Z niektórymi do dnia dzisiejszego utrzymuje kontakt i dosyć często ich odwiedzam. Powiem krótko – co wynika z mojego doświadczenia, obcowania z nimi, że Ukraińcy, to w większości dobrzy i gościnni ludzie, przyjaźnie nastawieni do Polaków, etnicznie i kulturowo nam bliscy, także porozumienie między nami zawsze było i jest możliwe.

Powiem więcej, że takie porozumienie ze wszech miar jest wskazane i potrzebne obu stronom. Wpierw należy jednak wyczyścić nieporozumienia interpretacyjne z naszej wspólnej historii. Dla przykładu podam, że poznałem między innymi w środowisku miejskim Lwowa wielu rozsądnych i życzliwych Ukraińców; lekarza urologa doc. Romana Szeremetę, dr Olgę Flis, którym jestem bardzo wdzięczny za opiekę medyczną w czasie całego pobytu na placówce, szefa klubu „Picasso” Romana – za miłe koncerty jazzowe, które czasami sam organizowałem (np. „Walk away”).

Często odwiedzałem i nadal to robię rodzinę Viry i Słavika zamieszkałych w domu przy ul. Stryjskiej obok wspaniałego parku, którzy bardzo gościnnie przyjmowali mnie i robią to do dzisiaj z ochotą. Równocześnie przejmowali bez oporu nasze polskie tradycje świąteczne i korzystają z polskiej pomocy medycznej. Jestem pełen podziwu dla ich kulturowej transformacji i otwartości na zachodni świat. Wiele godzin spędzonych na twórczych dyskusjach, również o wspólnej historii, pozwala mi wierzyć że całkowite porozumienie polsko-ukraińskie jest możliwe z upływem czasu i postępem ukraińskiej władzy w zbliżaniu się do demokratycznych standardów Unii Europejskiej.

Przy obecnym exodusie wielu Ukraińców do pracy w Polsce i Europie Zachodniej tym bardziej polityka historyczna obu krajów nie powinna być decydująca we wzajemnych stosunkach. Na pewno jednak nie tylko z powodu oporów Polski, ale i pozostałych krajów Europy Zachodniej nie jest możliwe wejście Ukrainy do Unii Europejskiej z przywódcami dawnego OUN – UPA na sztandarach.

Mój pobyt w tym kraju służył mi także w zapoznaniu się bliższym z kulturą i sztuką, zwyczajami i stylem życia, a także kuchnią ukraińską, którą szczególnie polubiłem. Chętnie do niej wracam, czy to podczas wizyt we Lwowie, czy w domu w Polsce smażąc deruny, gotując smaczną soliankę, wareniki i pielmieni oraz jedząc z czarnym kwaśnym chlebem smakowite sało oraz kiełbasę „moskowską”. Podróże turystyczne na Zakarpacie, czy do Poczajowa – ukraińskiej Częstochowy i w rejony Podola oraz inne tereny pełne ruin, starych twierdz, ożywiły mi historię Polski i Galicji w minionych wiekach. Nie mogę tu nie wspomnieć o samym Lwowie, który wywarł na mnie ogromnie pozytywne wrażenie. Jego przepiękna architektura, szczególnie starówki, nie mniejszej zapewne wagi niż krakowska, specyficzna atmosfera i wyjątkowy urok wielu zakątków miasta bardzo mnie zachwyciły i dlatego teraz już prawie 9 lat po zakończeniu służby – dwa, trzy razy w roku z lubością do niego wracam, odkrywając w tym mieście stale coś nowego. Posłużę się tutaj cytatem z książki J. M. Ruszara poświęconej Zbigniewowi Herbertowi, który we Lwowie się urodził i przez 20 lat mieszkał, że „jego nadzwyczajny status polega na tym, że jest jedynym miastem na świecie, które obywa się bez nazwy”.

4. Współpracownicy w polskim Konsulacie
Moja służba na Ukrainie to przede wszystkim codzienny kontakt z koleżankami i kolegami konsulami, a także z personelem wspomagającym sprawne funkcjonowanie urzędu. Wobec tej grupy osób, których było i chyba pracuje do dzisiaj dużo, jest najtrudniej coś sensownego i prawdziwego napisać, ponieważ nie o wszystkim mogę, ale trudno byłoby nie poświęcić trochę subiektywnych uwag i spostrzeżeń. Mogę powiedzieć, że w większości z dobrymi, odpowiedzialnymi i mądrymi urzędnikami państwowymi pracowałem. W zespole z konsulem Janem, Damianem, Anią i Jakubem przyznawałem – jak już wcześniej wspomniałem – Kartę Polaka, praktycznie prawie od początku jej uchwalenia. Był to zespół który znakomicie się rozumiał i uzupełniał, konsultując na bieżąco wszystkie problematyczne sprawy. W tym gronie osób byłem bardzo przyjaźnie przyjęty, a moje zadania realizowane jako część składowa wysiłku całego zespołu, dawała pozytywny efekt, gdyż bardzo rzetelnie i wnikliwie analizowaliśmy składane wnioski i osoby za tym stojące. Nieraz odrzucaliśmy nieuzasadnione podania. Tym bardziej dziwi mnie opisana w Kurierze sytuacja na posiedzeniu sejmowej komisji ds. Polonii z 23 kwietnia 2015 roku, na którym kwestionowano rzetelność i sposób wydawania Kart Polaka dla wielu osób nieuprawnionych przez niektóre polskie konsulaty.

Stwierdzam, że w tamtych początkowych latach przyznawania Karty Polaka (2008–2010) w naszej placówce nie mogło to mieć miejsca, gdyż bardzo dokładnie i rygorystycznie weryfikowaliśmy wszystkie dokumenty i w czasie rozmowy sprawdzana była autentyczność oświadczeń, czy ten ktoś czuję się naprawdę Polakiem. Jeżeli zdarzały się pomyłki w ocenie, to mogły to być bardzo rzadkie przypadki ze względu na stosowaną praktykę.

Generalizując moje odczucia, pozytywnie oceniam naszą pracę – przyznawania w tamtych latach Karty Polaka i relacje międzyludzkie we lwowskiej placówce, chociaż pracy było bardzo dużo, a wydziały konsulatu rozrzucone w mieście. Przyznaję, że zazdroszczę obecnie tam pracującym konsulom, jednej dużej reprezentacyjnej i funkcjonalnej siedziby, którą podczas mojej służby bardzo długo i przewlekle budowano, budowano i budowano. Z niektórymi współpracownikami utrzymuję do dzisiaj kontakt nie tylko telefonicznie i wówczas wspominamy różne miłe, ale i trudne chwile spędzone razem we Lwowie.

5. Bilans korzyści i życiowych kosztów mojego pobytu w pracy na Ukrainie
Podejmując się służby konsularnej za granicą zdawałem sobie sprawę jak bardzo jest to odpowiedzialne zadanie; godnie i efektywnie reprezentować Polskę na zewnątrz.

– Poprzednia moja praca w Republice Czeskiej nie stawiała przede mną tylu zadań, co na Ukrainie, gdzie wyzwań i trudnych sytuacji było o wiele więcej;

– Wdzięczny jestem za te doświadczenia, które wzbogaciły moje umiejętności i wiedzę o świecie;

– Lepiej zrozumiałem czym jest patriotyzm w stosunku do własnego kraju, z którym człowiek się identyfikuje, a który wielu utraciło;

– Wyjeżdżając często poza urząd w teren, poznałem dosyć dobrze geografię Zachodniej Ukrainy i realia życia ludzi w tym kraju. Zostało jeszcze wiele ciekawych miejsc do odkrycia;

– Poznałem wielu miejscowych ludzi i doznałem dużo dobrego, zarówno od prostych Ukraińców, jak i wysokiej klasy specjalistów, o czym piszę w tekście, otwartych na wejście do wspólnoty europejskiej i często już dobrze do tego przygotowanych;

– Znacznie bliższe są mi teraz problemy społeczności polskiej i polskiego pochodzenia, która zamieszkuje ten kraj;

– Specjalne miejsce w tych korzyściach zajmuje mój kontakt z Kurierem Galicyjskim, dawniej i obecnie, gdyż uzyskana wiedza pozwoliła lepiej i szybciej wejść w atmosferę i problemy życia codziennego i dostosować się do nowych realiów. Ten dwutygodnik przez 12 lat prowadzony znakomicie przez Mirka Rowickiego, redaktora naczelnego, zawiera w odróżnieniu od gazet w Polsce, większość pozytywnych informacji i jest równocześnie bardzo pluralistyczny w prezentowanych poglądach, zarówno polskich, jak i ukraińskich autorów. Obecnie Kurier Galicyjski jest dla mnie – 9 lat po powrocie do kraju – głównym źródłem wiadomości o sytuacji na Ukrainie i wzajemnych polsko-ukraińskich relacjach;

– Jeszcze jedna korzyść jest dla mnie bardzo ważna. Otóż dzięki pracy na Ukrainie w latach 2008–2010 miałem niepowtarzalną okazję zobaczyć i zwiedzić Krym jeszcze sprzed rosyjskiej aneksji. I tu Jałta i Liwadia zrobiły na mnie niezapomniane wrażenie;

– Osobną uwagę chciałbym poświęcić poznaniu miasta Lwów, które głęboko zapadło w moje serce – przylatując co pół roku obecnie do niego, czuję się tu jak w domu. Dlatego też zamierzam po przejściu na emeryturę zamieszkać w nim choćby kilka miesięcy w roku, by napawać się jego urodą dalej!

Spośród życiowych kosztów, jakie poniosłem i niezrealizowanych szans, muszę wymienić takie fakty jak:

– niestety nie nauczyłem się języka ukraińskiego dobrze, ale tylko troszeczkę;

– nie wykorzystałem wszystkich możliwości zwiedzenia Ukrainy;

– wyczerpywała mnie samochodowa podróż do Polski, cierpiałem zdrowotnie z powodu zmian środowiska życia, co z czasem ustępowało;

– zbyt dużo pieniędzy wydałem też na tanie tutaj różne używki.

Mam jeszcze jedną uwagę ogólnej natury, jaką wyniosłem z pobytu i pracy w tym kraju. Otóż nie do końca rozumiem i podzielam stanowisko kolejnych ekip rządzących w wolnej już prawie 30 lat Ukrainie, że nie potrafią się zdecydować i stoją na rozdrożu, by przeprowadzić skutecznie wszystkie reformy i wejść w struktury Unii Europejskiej, układając sobie równocześnie poprawne stosunki ze Wschodem. Stan taki odbija się bardzo na kondycji ekonomicznej państwa, na poziomie życia ludzi i atmosferze politycznej dyskusji, co widać było wyraźnie przy niedawnych wyborach.

Na koniec moich spostrzeżeń, uwag i wywodów – będąc świadom wszystkich za i przeciw w tym moim bilansie – mogę uczciwie powiedzieć, że prawdą jest to co zawarłem w tytule iż „…przybyłem, zobaczyłem i pokochałem Ukrainę”.

wrzesień 2019 roku

Jerzy Herma
Tekst ukazał się w nr 17 (333), 13 – 30 września 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.