Legendy starego Stanisławowa. Część 23

-a A+

Pasaż od Gustawa Eiffla

Dziś, jak i przed stu laty pasaż Gartenbergów jest wizytówką miasta. Na wiosnę 2011 roku, gdy zakończono jego rekonstrukcję i znikł ohydny niebieski dach, pod przeźroczystym nakryciem zarysowały się metalowe konstrukcje. To właśnie one wywołały najwięcej zainteresowania w mediach.

Pojawiła się informacja, że te konstrukcje zostały przygotowane specjalnie w fabryce Gustawa Eiffela. Media ponadto twierdzą, że sam twórca słynnej wieży bywał w 1904 roku w Stanisławowie i osobiście kontrolował przebieg prac.

Na konstrukcjach do dziś pozostały znaki firmowe, ale trudno z nich określić firmę-producenta. Jak by nie było, Frankiwsk między innymi zarówno dziś, jak i wtedy, nazywany jest „Małym Paryżem”. Może nie na próżno?

Gdy brakuje kreatywności
Od nazwy zakładu zależy bezpośrednio jego popularność. Jak myślicie, gdzie podróżny chętniej się zatrzyma: w hotelu „Metropol” czy w „Umeblowanych pokojach kupca Perepizdyszczewa”? Ze względu na to właściciele lokali w dawnym Stanisławowie wyszukiwali bardziej pretensjonalne nazwy dla swoich biznesów. Były apteki „Pod gwiazdami”, sklepy „Elegant” czy „Voyage”, hotele…, ale z nazwami zajazdów sytuacja była kłopotliwa.

Od połowy XIX wieku na zbiegu dzisiejszych ulic Szewczenki i Strzelców Siczowych funkcjonował hotel Kasela Kislera. Nie zważając na skromne rozmiary (zajmował część piętrowej kamienicy) zakład nosił dumnie nazwę „Centralny”.

Na początku XX wieku w Stanisławowie był hotel „Centralny” (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego)

W maju 1904 roku o jakieś 50 m dalej przedsiębiorca Leon Kessler buduje nowy hotel o tej samej nazwie – „Centralny”. Kamienica ta bardziej odpowiadała swej nazwie: miała 36 pokoi, wodociąg, wanny, telefon. Później mieścił się tu hotel wojskowy „Zirka” („Gwiazda”). Tym sposobem w Stanisławowie były dwa hotele o tej samej nazwie, stojące przy tej samej ulicy – Sobieskiego.

50 metrów dalej stał kolejny hotel… też „Centralny” (pocztówka z kolekcji Zenowija Żerebeckiego)

Ten dualizm trwał do 1912 roku, gdy stary „Centralny” został rozebrany, a na jego miejscu wzniesiono nowy hotel. Nowi właściciele mieli dość fantazji, by nazwać go „Austria”.

Pomnik Kościuszki
Co jak co, ale za Austrii umiano stawiać pomniki. Wspomnijmy pomnik Mickiewicza, uważany za arcydzieło sztuki rzeźbiarskiej. Faktycznie jest to jedyny pomnik z okresu imperium Habsburgów, który dotrwał do naszych dni, choć był mocno zmodernizowany w latach powojennych. A mógł być jeszcze jeden.

Po wystawieniu pomnika Mickiewicza w komitecie jego budowy pozostało jeszcze 800 koron. Była to suma niemała. Powstał projekt wystawienia za te pieniądze pomnika Tadeusza Kościuszki – dowódcy antyrosyjskiej insurekcji 1794 roku. Postać miała być wyrzeźbiona w kamieniu, a miejsce pod pomnik znaleziono na placu Gizeli – dziś jest to wschodnia część Majdanu, gdzie ustawiana jest choinka na Nowy Rok.

Jednak część polskiej inteligencji, wchodzącej w skład komitetu budowy pomnika, wyraziła sprzeciw. Zaproponowano, by wystawić bursę dla dzieci ze wsi i nazwać ją imieniem Tadeusza Kościuszki. Miałyby tam zamieszkać wiejskie dzieci, uczące się w mieście. Twierdzili, że będzie to najlepszy żywy pomnik ku czci polskiego bohatera, wychowankowie zaś bursy będą szerzyć idee słynnej insurekcji, wyrastając na prawdziwych patriotów.

Pomnik Kościuszki miał stanąć na pl. Gizeli – dziś Majdanie (pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina)

Gdy w czerwcu 1904 roku odbyło się głosowanie w tej sprawie, 8 członków komitetu opowiedziało się za pomnikiem, 16 – za bursą. Niebawem została ona otwarta przy ul. Wincentego Pola 8 (początek ul. Kureniowego Czornoty). Bursa mogła pomieścić 40 wychowanków. Przyjmowane tam były dzieci z rodzin rzymskokatolickich, ale nie wszystkie, a jedynie te, które miały celujące wyniki w nauce. Sprawa godna pochwały, a jednak szkoda pomnika, którego nie ma. Sowieci, walczący z caratem, na pewno by go nie ruszyli i miałby szanse dotrwać do naszych dni.

Banzai!
Rosyjscy turyści nie bez podstaw uważają, że w Galicji, mówiąc oględnie, nie lubią moskali. I to uczucie wynikło o wiele wcześniej, przed wydarzeniami na Donbasie, czy „bohaterstwem” pierwszych sowietów w 1939 roku. Może mieszkańcy Stanisławowa nie lubili ruskich od czasów I wojny światowej, gdy ci splądrowali miasto? Nie, tu nie cierpiano ich na długo przed tym, gdy rozpoczęły się działania bojowe. Jaskrawym przykładem stosunku miejscowych do Rosjan jest wypadek, który wydarzył się w 1905 roku.

Wówczas na Dalekim Wschodzie wybuchła krwawa wojna rosyjsko-japońska. Malutka Japonia zadawała olbrzymiemu niezgrabnemu imperium rosyjskiemu porażkę za porażką. Najbardziej zaciekłe walki toczyły się wokół fortecy Port Artur, bronioną przez garstkę rosyjskiego garnizonu. Oblężenie trwało pięć miesięcy i w końcu 5 stycznia 1905 roku Rosjanie skapitulowali.

Gdy wiadomość ta dotarła do Stanisławowa, jego mieszkańcy nie tylko cieszyli się – opanowała ich taka euforia, jak w przypadku, gdy rodzima drużyna dochodzi do finału mistrzostw świata w piłce nożnej. Ludzie na ulicach padali sobie w ramiona, pozdrawiali się nawzajem, a polska młodzież wyszła na manifestację. Kolumna obeszła całe centrum i stanęła na pl. Mickiewicza, gdzie tłum skandował : „Banzai, Japonia!”.

Policja zupełnie nie przeszkadzała tej demonstracji, chociaż Austro-Węgry w tej wojnie zajmowały pozycję neutralną i żadnych konfliktów z Rosją nie miały.

W swojej długiej historii pl. Mickiewicza widział nawet manifestację na poparcie Japonii (pocztówka z kolekcji Wołodymyra Szulepina)

Arytmetyczna loteria
W starym Stanisławowie jednym z ulubionych miejsc wypoczynku był skwer na Wałach Hetmańskich. Mieszkańców przyciągała tu nie tylko wspaniała przyroda, ale i wygodne ławeczki. A jeszcze na skwerze była swego rodzaju atrakcja. Pewnego razu dziennikarz Jaś Niedopytalski w swoim felietonie opowiedział, w co grali stanisławowiacy w 1905 roku.

„Tu, na pagórki z wystawionymi wokół osłonami co niedzieli ciągnęły rzesze stanisławowskich Żydów z koszami, w których układali precle, rogaliki, bułeczki, figi i orzeszki. Ale nie było to na sprzedaż. W kieszeni każdy Żyd miał woreczek z 90 ponumerowanymi kulkami. Z nimi polowali na żołnierzy. Stawką jest 1 cent, i ten, kto stawia, wyciąga swój numer i mówi: „Duży” lub „Mały”. Jeżeli powiedział „Mały” i wyciągnął kulę z cyfrą do 45 – wygrał, jeżeli ponad 45 – to przegrał. Wygrana – to 4 precle, dwie bułeczki lub szklanka orzeszków.
W innych miastach ten proceder był zakazany, ale w Stanisławowie – zezwalano na niego”.

Dalej Niedopytalski opowiada, dlaczego na tę grę niechętnie patrzyła policja. Ponieważ sprytni Żydzi podsuwali żołnierzykom „właściwe” numery tak, że ci często pozostawali bez niczego.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 14 (330) 30 lipca – 15 sierpnia 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.