Ostatni bój stanisławowskiej fortecy. Część 1

-a A+

Przyszedł, zobaczył, zajął – tak właśnie krótko można opisać zdobycie twierdzy stanisławowskiej przez wojska polskie w 1809 roku.

Przez półtora wieku swego istnienia forteczne mury widziały wiele: zaciekłe szturmy z krwawymi pojedynkami na blankach, rujnujące ostrzały artyleryjskie, długotrwałe oblężenie. Bywały przypadki, gdy miasto poddawano bez jednego wystrzału i garnizon kapitulował przed przeważającymi siłami przeciwnika. Jednak to, co wydarzyło się na początku XIX wieku, nie przypominało żadnego z poprzednich wymienionych wydarzeń, a tak w ogóle – było to do niczego nie podobne.

Księstwo, które marzyło stać się królestwem
Ukraińscy historycy są mało zainteresowani V wojną koalicyjną. Wówczas Anglia i Austria zdecydowały się dać kolejną nauczkę Napoleonowi. Ale stało się odwrotnie. Rosyjscy badacze też wolą tych wydarzeń nie wspominać, bowiem ich wojsko było sojusznikiem Francuzów. I to w przededniu słynnego 1812 roku! Najdokładniej przebieg wydarzeń tych odległych czasów opracowują polscy historycy. Żeby czytelnik zrozumiał o co chodzi, przytoczmy wydarzenie w Europie z 1809 roku.

Zakończyła się IV wojna koalicyjna, w której toku Napoleon rozgromił Prusy, zadał bolesną porażkę Rosji i zmusił ją do podpisania niekorzystnego dla niej pokoju w Tylży. Zgodnie z układami część terenów polskich odebrano Prusom i utworzono na nich Wielkie Księstwo Warszawskie. Formalnie monarchą jego był król Saksonii, ale władza wojskowa należała do księcia Józefa Poniatowskiego. Był krewnym ostatniego króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego, który utracił koronę w 1795 roku.

Księstwo było odcięte od Francji i ze wszystkich stron otoczone terenami wrogich Prus i Austrii. Napoleon planował z czasem odnowić królestwo polskie, przyłączając do niego Kraków i Galicję, należące do Austrii. Habsburgowie wcale nie byli zadowoleni z takiej perspektywy.

Mapa Wielkiego Księstwa Warszawskiego 

Zapomniana wojna
Austriacy, którym Napoleon wcześniej sprawił lanie, marzyli o rewanżu. Przeprowadzili reformę wojska, powiększyli armię do 500 tys. i mieli poważny zamiar odnowić swój prestiż jako decydującego państwa w Europie.

9 kwietnia 1809 roku ambasador Francji został powiadomiony o wypowiedzeniu wojny, i już następnego dnia wojska cesarskie napadły na Saksonię, sojusznika Napoleona. Główne działania bojowe prowadzone były w Bohemii (tereny współczesnych Czech), ale nas bardziej interesuje wschodni teatr działań wojskowych.

32-tysięczny korpus wojsk austriackich arcyksięcia Ferdynanda d’Este wdarł się na tereny Księstwa Warszawskiego 14 kwietnia. Wojskami polskimi dowodził książę Józef Poniatowski, mający do dyspozycji zaledwie 14 tys. wojska. Statystyka wymowna. Po przegranej bitwie pod Raszynem Poniatowski opuszcza Warszawę. Dalej dzieją się wojenne cuda.

W bitwie pod Raszynem Polacy nie mieli szczęścia. Mal. Wojciech Kossak

Umocniwszy się na prawym brzegu Wisły, Polacy skutecznie odpierali ataki Austriaków, a z czasem sami kontratakowali. Ich główny atak skierowany był na Galicję. Fortece poddawały się jedna po drugiej: 10 maja padł Lublin, 20 maja – Zamość, a 27 maja – Lwów.

Na zdobytych ziemiach Galicji Poniatowski utworzył Tymczasowy Centralny Rząd Wojskowy obojga Galicji (wówczas Galicja dzieliła się na Wschodnią ze stolicą we Lwowie i Zachodnią – z Krakowem).

Wszędzie, gdzie pojawiły się oddziały Księstwa Warszawskiego wybuchały powstania. Magnaci tworzyli swoje pułki, szlachta masowo zaciągała się do kawalerii. Natomiast apolityczni chłopi, którym Austriacy w zasadzie nic złego nie zrobili – chwycili za kosy.

A co w Stanisławowie?
W Galicji przeciwko Polakom walczył korpus feldmarszałka księcia Fryderyka Karola Wilhelma Hohenlohe-Ingelfingena. Kronikarze charakteryzują go jako człowieka starego, gnuśnego, który każdego dnia prawie do południa leżał w łóżku i stamtąd wydawał rozkazy. Według różnych danych liczba jego wojska stanowiła od czterech do sześciu tysięcy żołnierzy.

Obawiając się oblężenia Lwowa, książę 22 maja wysłał do Stanisławowa kasę i archiwum, a następnego dnia wyruszył tam z całym wojskiem. Korpus składał się z batalionów rezerwowych, których poziom wyszkolenia i duch bojowy nie był najlepszy. Austriacy nie zdołali dojść do Bóbrki, a już zdezerterowało 140 żołnierzy – oczywiście z bronią i amunicją.

Gdy Austriacy uciekali, Polacy zajęli Lwów. Chociaż trudno to nazwać „zdobyciem” – do pustego miasta wjechało 16 konnych strzelców pod dowództwem porucznika Jerzego Starczyńskiego, którego o mały włos nie zadusili w objęciach mieszkańcy miasta.

Po przyjeździe do Stanisławowa Hohenlohe wysłał kasę i dokumenty na Węgry, a sam stanął taborem pod miastem. Oto jak opisuje wydarzenia świadek:

– Pamiętam to dobrze, bo mi wszystkie tratwy zabrano i spalono, a moje drzewa owocowe pocięto na ogniska. Tak było we wszystkich gospodarstwach, leżących w okolicach obozu. Kury, gęsi, kaczki i, częściowo, prosięta w całej okolicy poznikały. Wydawało mi się, że tak działo się wszędzie, gdzie wojsko zbierało się na wojnę – wojnę przede wszystkim w swoim kraju.

Oprócz polowania na zwierzęta domowe odważni żołnierze nie obywali się bez grabieży i gwałtów na sympatycznych – i niezbyt – dziewczętach. Na skargi oficerowie filozoficznie odpowiadali, że jest wojna i nic się tu nie poradzi.

Korpus nie miał bezpośredniej łączności z oddziałami księcia Ferdynanda, stojącym koło Radomia. Kurierzy z doniesieniami i rozkazami przedzierali się okrężnymi drogami przez Kraków i Mukaczów. Zanim dotarli do sztabu, informacja i rozkazy były już nieaktualne, a okoliczności bojowe zdążyły się zmienić.

W tym czasie wojska polskie kontynuowały marsz na Południe i Wschód Galicji. Nie mając realnego obrazu sytuacji książę Hohenlohe, mówiąc współcześnie, „miał pietra”. Gdy nadeszła wiadomość, że Polacy są już w Kałuszu, przestraszony dowódca dał rozkaz odwrotu. W poniedziałek 5 czerwca uderzono w tarabany i sześć tysięcy wojska ruszyło na Śniatyn i dalej na Bukowinę. Stanisławów pozostał bez obrony.

W przydatnym do obrony stanie…
Po przejęciu Galicji przez imperium Habsburgów Stanisławów przestał być graniczną fortecą. Funduszy na jej utrzymanie nie było, przez co fortyfikacje miejskie rozpadały się, jednak na początku XIX wieku Stanisławów pozostawał „twardym orzeszkiem”. Oto jak opisuje stan fortyfikacji kronikarz, ukrywający się pod skrótem „F. C.”

– Miasto Stanisławów było wówczas umocnioną fortecą, którą otaczały mury z czerwonej cegły w przydatnym do obronie stanie. Głębokie i szerokie fosy oddzielały miasto od przedmieść i jedynie przez długie mosty, przerzucone nad fosami, można było dostać się do bram miasta, zwanych Halicką i Tyśmienicką. Takim samym wąskim i długim mostem można było również wejść przez maleńką furtkę, przeznaczoną do spacerów i zwaną Ormiańską. Nad bramami miejskimi umieszczono olbrzymie czarne marmurowe tablice ze złotymi napisami.

Miasto miało zaledwie 6 tys. mieszkańców. W czasach pokoju garnizon składał się z dwóch-trzech kompanii piechoty, dwóch eskadr huzarów i oddziału ochrony granicy, tzw. „kordonistów”. Część tych oddziałów odeszła z wojskiem, ale kordoniści pozostali w mieście, część zaś piechoty i kawalerii utworzyła coś na kształt fortu obrony rogatki Tyśmienickiej (na dzisiejszej ul. Niezależności w okolicy kina „Kosmos”).

Choć na Polaków wszyscy czekali, to ich nadejście było dla wojsk cesarskich całkowitą niespodzianką.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 13 (329) 16-29 lipca 2019

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.