Błękitna krew na ulicach Stanisławowa. Część I

-a A+

19 czerwca 2007 roku Iwano-Frankiwsk odwiedził spadkobierca tronu Austro-Węgierskiego Otto von Habsburg. Wkrótce pierwsze strony gazet upstrzyły nagłówki w stylu: „Powrót cesarza” lub „Król Galicji”.

Zachwyt prasy jest zrozumiały – nie każdego dnia nasze miasto wita głowy koronowane, książęta czy hrabiów błękitnej krwi. Interesujące jest jednak to, jak często top-arystokraci europejscy odwiedzali Stanisławów? Tak, właśnie Stanisławów, bowiem od lat 60. XX wieku i do rozpadu Związku Radzieckiego Iwano-Frankiwsk był miastem zamkniętym i rzecz jasna, że nie tylko książę, ale nawet zwykły gość zza granicy miał trudności z dotarciem tu. Okazuje się jednak, że głowy koronowane nie były aż tak rzadkimi gośćmi. Jeżeli macie wątpliwości – proszę czytać dalej…

Zwycięzca Turków
Pierwszym, kto nasze miasto odwiedził, był nie byle kto, ale sam przyszły król Jan Sobieski. Toczyła się wówczas zaciekła wojna polsko-turecka i Sobieski, jako hetman wielki koronny, rozgromił Turków pod Chocimiem 11 listopada 1673 roku. U boku hetmana odważnie walczył właściciel Stanisławowa Jędrzej Potocki. Naturalne jest, że wracając z wojskiem do domu, Potocki zaprosił towarzysza broni do siebie w gości. Ten nie odmówił i w grudniu Stanisławów witał zwycięzców setką wystrzałów armatnich. Nowy pałac Potockich był jeszcze w budowie, dlatego gospodarz zaprosił gościa do drewnianego zamku, leżącego w miejscu dzisiejszej katedry greckokatolickiej. Po szczodrej gościnie, późną nocą Sobieski wyruszył w kierunku Kałusza – miasta, którego był starostą.

W następnym roku po zwycięstwie chocimskim Sobieskiego obrano królem Rzeczypospolitej. Po raz drugi Stanisławów gościł już króla Jana III Sobieskiego. W 1686 roku toczyła się kolejna wojna polsko-turecka. Król przebywał w Stryju, gdzie zbierał wojsko do wyprawy na Mołdawię. Proszę nie myśleć sobie, że Sobieski był wrogiem Mołdawian. Po prostu Hospodarstwo Mołdawskie było sojusznikiem Turków, a na wojnie – przyjaciel mego wroga jest moim wrogiem.

29 czerwca król ze wspaniałą świtą udał się ze Stryja do Stanisławowa. Po drodze często polował, zatrzymywał się na łowienie ryb, na popasy. Do Stanisławowa zajechał dopiero 4 lipca (odległość ze Stryja do Stanisławowa to tylko 100 km).

W tym czasie ukończona już została budowa nowego pałacu i królewska świta w nim się zatrzymała. Jak piszą historycy polscy, mury pałacu nie oglądały świetniejszego towarzystwa. W ciągu dwóch dni w pałacu rozbrzmiewała muzyka, odbywały się bale i uczty. W tym czasie królewskie wojska rozłożyły się taborem na polach pomiędzy Stanisławowem a Tyśmienicą, tratując przy okazji zasiewy lawetami armat i kopytami koni.

6 lipca król Jan III Sobieski w towarzystwie Jędrzeja Potockiego i reszty świty ruszył na Tyśmienicę i dalej – do Mołdawii. Tu należy dodać, że Jędrzej Potocki podczas tej kampanii „zawalił” jedną ważną operację. Król go zbeształ i odsunął od dowództwa. Obrażony Potocki więcej króla do siebie nie zapraszał.

Podżegacz wojny wyzwoleńczej
Wiek XVIII sprowadził do miasta wielu (proszonych i nieproszonych) gości. W 1701 roku z więzienia austriackiego ucieka potomek starego węgierskiego rodu Franciszek II Rakoczy. Jego dziadek i pradziadek rządzili Transylwanią, do składu której wchodziło Zakarpacie. Austriacy włączyli je do monarchii Habsburgów. Za próbę wzniecenia powstania przeciwko zaborcom Rakoczego uwięziono.

Po ucieczce książę udaje się do Polski, gdzie znajduje poparcie wśród Potockich i Sieniawskich. W ciągu lat 1702–1703 kursuje on pomiędzy Stanisławowem a Brzeżanami i snuje sieci powstania antyaustriackiego. W Stanisławowie gości go Józef Potocki, który szczodrze wspiera go pieniędzmi i bronią. To tu, na Przykarpaciu, Rakoczy gromadzi swoich 400 żołnierzy – kuruców, z którymi w czerwcu 1703 roku rusza na Zakarpacie. Niebawem powstanie obejmuje całe Węgry i Transylwanię.

Zwycięstwo nie uderzyło mu jednak do głowy i nie zapomniał o starych przyjaciołach. Gdy w 1706 roku rodzina Józefa Potockiego znalazła się w tarapatach, właśnie Rakoczy udzielił jej przytułku w rodowym zamku w Mukaczowie.

Należy dodać, że Franciszek II Rakoczy był ostatnim księciem Transylwanii i po upadku powstania zmarł na emigracji.

Dziedzic mołdawskiego tronu
W 1739 roku mury stanisławowskiej fortecy widziały jednego z najwybitniejszych arystokratów Mołdawii – Konstantego Kantemira. Był on jedynym synem hospodara tej słonecznej krainy Antiocha Kantemira, panującego w latach 1705–1707.

W połowie lat 30. XVIII wieku, podczas próby zajęcia ojcowskiego tronu, uwięzili go Turcy i z jakichś nieznanych bliżej powodów przekazali Józefowi Potockiemu. Ten bez zastanawiania się zamknął „potomka” w więziennym lochu, gdzie trzymał przez pewien czas, dopóki ten nie wyzbył się swych państwowotwórczych ambicji. Po odsiadce Kantemir skierował się do Rosji. Kryminalna przeszłość nie przeszkodziła młodemu Mołdawianinowi zrobić niezłą karierę wojskową i w kampanii 1739 roku walczył on już jako pułkownik.

Toczyła się wojna rosyjsko-turecka. Chociaż Rzeczpospolita oficjalnie była neutralną, to hetman wielki koronny Józef Potocki w tajemnicy popierał Turków i wszelako przeszkadzał Rosjanom. Aby dać nauczkę podstępnemu magnatowi, rosyjski dowódca Münich posyła niewielki oddział kozaków i mołdawskich ochotników na wyniszczenie ziem przykarpackich ogólnie, a Stanisławowa – w szczególności. Nietrudno domyślić się, że dowódcą tego oddziału karnego był nie kto inny, jak Konstanty Kantemir, który pragnął zemsty za poniżony w stanisławowskim więzieniu honor mołdawskiego szlachcica.

Wystąpiwszy spod Chocimia rosyjska kawaleria zdobyła Śniatyn, Horodenkę, Kuty, Obertyn, Tyśmienicę i inne miasta i miasteczka Przykarpacia. Przemarszowi towarzyszyły pożary i grabieże. Kupcom ormiańskim odbierano konie, bydło, owce, kozy, świnie i inny inwentarz. 11 sierpnia 1739 roku ta chrząkająca i becząca horda podeszła pod Stanisławów. Miasto, uprzedzone o niebezpieczeństwie przez licznych uchodźców, przygotowało najeźdźcom odpowiednie spotkanie. Na czele odsieczy stał gen. Gundorf. Potężnym ostrzałem artyleryjskim ostudził zapał atakujących, po czym liczba chętnych do szturmowania fortecy znacznie zmalała. Widząc, że jego wojsko topnieje w oczach, Kantemir nakazał odwrót i wojsko, przeciążone wszelkim inwentarzem, bardziej przypominające obóz cygański, zawróciło w kierunku krainy wesołych hodowców winorośli.

Dodam, że Kantemir w stopniu generała porucznika, zmarł w Rosji w 1776 roku.

Niewymagający monarcha
Historia toczyła się jednak dalej i w 1772 roku Galicję zajęła Austria. Dziesięć lat trwał „podział własności”, a gdy już wszystko się uspokoiło, cesarz postanowił odwiedzić swoje włości. W 1782 roku świta cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Józefa II uroczyście zajechała do Stanisławowa.

Właścicielka miasta Katarzyna Kossakowska przygotowała dla zaszczytnych gości wspaniałe apartamenty w pałacu, ale ku zaskoczeniu wszystkich cesarz zatrzymał się w „jednogwiazdkowym” żydowskim zajeździe koło bramy tyśmienickiej. Nie wiadomo dlaczego zignorował zaproszenie Kossakowskiej. Prawdopodobnie nie chciał być od niej zależny, a może chciał być „bliżej ludu” – tego już nam nikt nie powie. Przez trzy dni cesarz rezydował w naszym mieście. Przez trzy dni jego świta walczyła mężnie z różnym robactwem i nieprzyjemnymi zapachami. Ale taka „egzotyka” prawdopodobnie Habsburgowi przypadła do gustu. Przed opuszczeniem na zawsze gościnnych murów przekazał gospodarzowi zajazdu 2000 reńskich złotych. Niebawem przedsiębiorczy Żyd wystawił nowy zajazd i na jego fasadzie umieścił dumny napis: „Tu był Józef II”.

Według mnie ta historia bardziej zakrawa na anegdotę (znaleźć ją można jedynie we „Wspomnieniach anegdotycznych” niejakiego Cieszkowskiego). A jeżeli mówić poważnie, to w czerwcu 1783 roku cesarz był we Lwowie. I chociaż Kossakowska zapraszała go do Stanisławowa – nie przyjechał. Otóż ta cała historia z cesarzem w zajeździe prawdopodobnie została wymyślona przez samego właściciela, aby przyciągnąć klientelę.

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 15 (307) 16-30 sierpnia 2018

Błękitna krew na ulicach Stanisławowa. Część II

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.