Podlasie – kraina magiczna. Część IV. Dzikie knieje, moczary i papież na kajaku

-a A+

Podlasie – to chyba najbardziej zalesiona część Europy. Nie licząc zwyczajnych lasów, mniejszych i większych, mamy tutaj trzy autentyczne puszcze, z których Puszcza Białowieska jest unikatem w skali światowej.

W roku 1932 na bazie leśnictwa „Rezerwat” z tej części Puszczy Białowieskiej, która od pokoleń nie była użytkowana przez człowieka, utworzono Białowieski Park Narodowy, gdzie wejść można tylko małymi grupkami, tylko z uzbrojonym przewodnikiem i gdzie nie wolno podnieść z ziemi ułamanej gałązki, szyszki, zerwać kwiatka, czy grzyba. W tej części rezerwatu człowiek jest intruzem, co na każdym kroku daje mu się odczuć.

Królestwo Przyrody
Ta część Puszcz to kraina roślin i zwierząt. Nikt tutaj nie śmie polować. Nikt tutaj nie śmie wyciąć choćby tylko jednego drzewa. Stare, monstrualnie grube i wysokie drzewa rosną tak długo, jak tylko jest to możliwe. Potem obumierają. Stoją martwe i uschnięte lub padają z hukiem, łamiąc swoim ciężarem otaczające je młodsze drzewa. Na ich gnijącym ciele wyrasta następne pokolenie drzew i krzewów. W tym lesie człowiek jest tylko obserwatorem zjawisk przebiegających w przyrodzie. Specjalnie powołane do tego służby chronią Puszczę przed ludźmi wrednymi i pazernymi, ludźmi, widzącymi w niej tylko metry sześcienne drewna przemysłowego i tony mięsa rzeźnego dla sklepów i restauracji.

Las rośnie tak, jak jemu jest wygodnie. Tu gęściej, tu rzadziej. Właściwie wszędzie jest tylko to pierwsze. Gęsto, gęściej, najgęściej. Drzewa, krzaki, jakieś zielska i trawy. Tłoczy się to wszystko, napiera na wąską ścieżkę wyznaczoną dla zwiedzających, a my, idąc po niej, mamy widoczność w głąb lasu nie dalszą niż na kilkanaście metrów. Ze ścieżki nie da się zejść. Straszliwa gęstwina, przez jaką trzeba by było się przedzierać, nie pozwoli na to. Na ścieżce nie jest o wiele lepiej. Wzrok, napotykający stojącą wokół zieloną nieprzezierną ścianę, zaczyna się męczyć. Pod nogami cmoka podmokły teren. Ręce nie nadążają odganiać komarów, chmarą oblepiających twarz, kark, dłonie, wszystko, co nie przykryte ubraniem. Droga wydaje się nie mieć końca. Nikt już od dawna nie wie, gdzie się aktualnie znajduje i w jakim kierunku należy iść, by trafić do domu. Instynktownie starasz się zbliżyć do przewodnika, nie wyobrażając sobie nawet, co by się stało, gdyby raptem zabrakło koło ciebie tego leśnika ze strzelbą na ramieniu. Świadomość, że Park Narodowy rozprzestrzenia się na terenie liczącym ponad 105 kilometrów kwadratowych, bynajmniej nie działa krzepiąco na wymęczonego turystę. Las, las, las, urozmaicony tylko chwilami przez widoki powalonych na ziemię martwych olbrzymów, drzew padłych przed dziesiątkami lat, zbutwiałych teraz, pokrytych mchami, grzybami i jeszcze czymś zielonym, bujnie wyrastającym do góry. Wiadomo, że z Puszczy nie wolno wywozić NICZEGO. Nawet połamanych wiatrem drzew, nawet naturalnie opadłych gałęzi. Stąd wszystko, co tu kiedykolwiek wyrośnie, po swej śmierci musi stać się nawozem dla następnego pokolenia roślin.

Zaczynają na serio boleć nogi. Nigdzie nie można usiąść, choćby na chwilę. Dookoła mokro. Podmokłe torfy i ociekający wodą mech. Gęsty płotek migających tuż przed nosem pni drzew ogłupia i otępia. Chciało ci się zobaczyć autentyczną, nieposzlakowaną i dziką przyrodę, to teraz bardzo proszę. Masz, co chciałeś. A ja już wiem, że następnym razem na pewno pooglądam sobie przyrodę tylko w telewizji… Przewodnik odwraca się do nas nagle, podnosi palec do góry i świszczącym szeptem zarządza nam absolutną ciszę. Znaczącym gestem poprawia zawieszoną na ramieniu dubeltówkę. Przed nami otwiera się dość duża polana. Leśnik nie pozwala nam wyjść z gęstwiny. Możemy tylko patrzeć. Daleko na polanie widać pasące się żubry!

W odwiedzinach u żubra
Żubr jest największym zwierzęciem Europy. Waga byka dochodzi ciężaru jednej tony. Mniej masywna krowa waży około 650 kilogramów. Żubr bez trudu potrafi biec z szybkością 40 kilometrów na godzinę i przeskakiwać dość szerokie rowy i niewysokie płoty. Wspaniałe powonienie ostrzega go przed niebezpieczeństwem zanim jeszcze pojawi się ono przed jego oczami. To, że dzisiaj możemy podziwiać pasące się żubry, graniczy z cudem, gdyż w niedalekiej przeszłości żubry zostały prawie całkowicie wybite. Cała obecna populacja żubra, licząca sobie około 3000 sztuk i żyjąca w różnych miejscach na całym świecie, powstała z 7 ostatnich żubrów białowieskich, które wzięto pod ochronę, zapewniono im spokój i warunki dobrego rozrodu. W Puszczy Białowieskiej żyje 400 żubrów po stronie polskiej i około 300 żubrów po stronie białoruskiej. Puszcza została bowiem podzielona po wojnie granicą. Białorusini wybudowali po swojej stronie granicy długi płot, bo, nie wiedzieć czemu, ich żubry wolały przebywać u naszych żubrów i masowo przechodziły do Polski.

Tur i jego... historia
Uratowanie żubra przed wyginięciem było niewątpliwą zasługą polskich leśników i hodowców. Mniej szczęścia miał tur, nieco mniejszy od żubra, też mieszkający w lasach dziki przodek naszego bydła rogatego. Ostatni tur (była to osamotniona już krowa) padł w roku 1627.

Zawsze dotąd przedstawiano wymordowanie tura jako skutek bezmyślności panujących w Polsce królów, gwarantujących sobie prawo do polowań na tury i korzystających z tego uprawnienia bez jakiegokolwiek pohamowania. Tymczasem było akurat odwrotnie. Tura wykończyli nie jaśnie panowie, a chłopkowie-roztropkowie. Jest to wciąż odradzająca się prostacka część społeczeństwa, która wszystko zniszczy, wszystko połamie, wszystko zeżre, ukradnie, powycina i wyrwie z korzeniami. Obecnie jest z nimi taki kłopot, że rozbierają nocami całe kilometry szyn kolejowych, albo linii energetycznych, których materiał sprzedawany jest potem na złom.

Chcąc ratować tura przed takimi prymitywnymi wandalami, królowie, począwszy chyba już od Władysława Jagiełły, starali się zapewnić temu zwierzęciu ochronę. Pomimo królewskich wysiłków, akcja ochrony tura się nie powiodła. Pozwolę sobie teraz na pewien cytat z Wikipedii:

„Już w drugiej połowie XVI wieku we wsi Kozłowice na skraju Puszczy Jaktorowskiej osadzono szesnastu „leśników” z rodzinami, których wyłącznym obowiązkiem była opieka nad turami i ich obrona przed kłusownikami. Jako przywilej królewski otrzymali ziemię pod uprawę, wolną od jakichkolwiek świadczeń. Za to mieli „turów doglądać, siana z Jaktorowa od poddanych odbierać, a tym sianem w zimie tury opatrywać, liczbę turów znać i panu staroście co kwartał oznajmiać”.

A oto jak musiała wyglądać w praktyce działalność uprzywilejowanych przez władcę „ochroniarzy”, skoro znalazł się następujący dokument.

W 1597 r. z kancelarii Zygmunta III Wazy wyszło pismo do starosty sochaczewskiego:

„Skazujemy i znajdujemy, aby poddani wsi pomienionej, gdzie turowie bywają i pastwiska swoje albo stanowiska mają, bydła swego nie ganiali i trawy na pożytek swój nie kosili, gdyż ta wieś nie tak dalece dla dobytków ich, jako dla turów i takiego zwierza wczasów jest posadzona i wolnościami opatrzona. Starosta ma tego przestrzegać, aby puszcza nasza, gdzie tur przebywa, od poddanych przyrzeczonych pustoszona nie była; żeby turowie, zwierz nasz, mieli swe dawne stanowiska”.

Los dzikich zwierząt
A puszcza „od poddanych” pustoszona była. I to właśnie owi poddani niszczyli środowiska naturalne dzikich zwierząt, grabili ich pastwiska, a i nie bez tego, że kłusowali, kiedy tylko mogli. Robili to też i z żubrem, aż natrafili, niebożęta, na polską przedwojenna administrację państwową. A ta poradziła sobie z hołotą.

Żubry to oczywiście nie jedyne zwierzęta żyjące w naszych puszczach. Najwięcej jest dzików, saren i jeleni. Początkowo całkowicie wytępiony, wraca bóbr. Bobry w niektórych miejscach zaczynają nawet stanowić problem. Poprzez budowę swoich tam zalewają tereny nie tylko niepotrzebne nikomu, ale i użytkowane przez ludzi. Ze zwierząt drapieżnych trzeba koniecznie wymienić wilka i rysia. Nie jest ich wiele, ale nasze puszcze nie byłyby w stanie wyżywić większej ilości drapieżników. Istnieje bowiem prawidłowość, tak samo bezwzględna jak prawa matematyki i fizyki, mówiąca o tym, że w środowisku o określonej ilości zasobów roślinnych przebywać może ściśle określona ilość zwierząt roślinożernych, zaś ilość roślinożerców ściśle określa możliwość istnienia określonej ilości drapieżników żyjących z polowania na zwierzęta roślinożerne. Wszelkie incydentalne zwiększenie się jakiejś grupy zwierząt jest automatycznie regulowane zwiększonym ich umieraniem z powodu braków pożywienia.

Wielokrotne łamanie tych zasad przez człowieka, któremu wciąż się wydaje, że to ON decyduje o wszystkim na ziemi podległej mu i danej mu jakoby przez samego Pana Boga (dziwne, ale cała kupa ludzi jest przekonana, że właśnie tak jest, i że na ziemi wolno im robić wszystko), doprowadzało zawsze do katastrof ekologicznych. Stare dokumenty przekazują nam informację prawdziwą, choć na pierwszy rzut oka może nie tak bardzo czytelną. Wynikająca z treści dokumentów konieczność dokarmiania tura zimą, przy niewielkim już jego pogłowiu, brała się nie z wyższej niż możliwości żywieniowe puszczy ilości tych zwierząt, ale z okradania przez człowieka naturalnych zasobów puszczy wypasaniem na leśnych polanach chłopskiego inwentarza i wykaszaniem przez chłopów leśnych łąk. Takie postępowanie prowadzi do tego, że głodna zwierzyna leśna przezwycięża wrodzony jej strach przed człowiekiem, wychodzi z lasu i żeruje na podleśnych uprawach rolników, dając im pretekst do wybijania „szkodników”. Bywa, że zwierzyna wymiera wtedy masowo w trakcie jakichś niezrozumiałych dla ludzi zwierzęcych epidemii, a które biorą się, zwyczajnie, z braku odporności spowodowanej niedożywieniem.

Jeśli opuścimy już Puszczę Białowieską i przeniesiemy się w stronę północy do leżącej na wysokości Białegostoku Puszczy Knyszyńskiej, odczujemy nieomal ulgę. Po wręcz „nieludzkiej”, bo aż tak autentycznej Puszczy Białowieskiej, Puszcza Knyszyńska wyda się nam śliczna, miła i radosna. Przede wszystkim bardziej dostępna i nie taka pierwotna. Dla obserwatora nie będzie to już dzika otchłań, jaką widziało się w Puszczy Białowieskiej, a raczej taki sobie bardzo, bardzo wielki las. Puszcza Knyszyńska zawsze była umiłowaną puszczą ostatnich Jagiellonów, do której chętnie przyjeżdżali aż z Krakowa. Puszcza wygląda inaczej, niż Puszcza Białowieska, również dlatego, że zaczynają zmieniać się gatunki rosnących w niej drzew. Wyraźnie zaczynają dominować świerki i sosny, a maleje ilość drzew liściastych.

Najbardziej na północ położona w szeregu polskich nadgranicznych puszcz leży Puszcza Augustowska. Nazwę przyjęła od położonego już w jej obrębie Augustowa – bardzo ładnego niewielkiego miasta nad kanałem o tej samej nazwie. Augustów przyjął z kolei nazwę od imienia króla Zygmunta Augusta, częstego gościa i bywalca wszystkich puszcz na Podlasiu.

Na początku w miejscu obecnego Augustowa w roku 1526 ku wygodzie podróżników i myśliwych książę Jan Radziwiłł postawił karczmę. W roku 1546 królowa Bona rozpoczęła w tym miejscu budowę miasta mającego nazywać się Augustowo. Wreszcie w roku 1550 powstało miasto Augustów.

Wojna o autostradę
Augustów zaczął być niedawno znany, jeśli nie na całym świecie, to na pewno w całej Europie. Na północ od miasta, poprzez dziewiczą dolinę rzeki Rospudy, ma przechodzić międzynarodowa autostrada, zwana Via Baltica. Będzie to gigant, łączący Skandynawię i państwa bałtyckie z południem Europy. W związku z rozpoczęciem budowy autostrady doszło do ostrego konfliktu pomiędzy środowiskami ekologów, których popiera Unia Europejska, oraz polskim rządem wspieranym żarliwie przez mieszkańców Augustowa, przez które to miasto, jak na razie, przejeżdża cały ruch tranzytowy na kierunku północnej Europy, duszący mieszkańców Augustowa chmurami śmierdzących spalin, doprowadzający ich do rozpaczy warkotem motorów, uniemożliwiający przejście na drugą stronę ulicy i dający im jeszcze wiele innych „dobrodziejstw nowoczesności i postępu”. Wojna poszła na całego. Ekolodzy w ekstazie męczeństwa przywiązywali się do drzew, broniąc je przed wycięciem. Krzyczeli o zwierzątkach, które będą ginąć na zbudowanej tu autostradzie jak i o tym, że gotowi są osłaniać owe zwierzątka własnym ciałem. Oddziały policji broniły ekologów przed „nakopaniem im do rzyci” przez wściekłych mieszkańców Augustowa, których ostatnią nadzieją na przeżycie najazdu gigantycznych ciężarówek jest właśnie budowa tej Via Baltica, omijającej z dala nieszczęsny Augustów. Jakiś bardzo dostojny pan z Brukseli bardzo się gniewał i groził Polsce strasznymi karami, gdyby ośmieliła się puścić autostradę przez dolinę Rospudy, a dziennikarze – jak to dziennikarze. Zaraz wynaleźli, że Unia Europejska pobudowała u siebie autostrady na niejednej takiej swojej „dolinie Rospudy”, a teraz, gdy już ukończyli budowę autostrad, zapałali nagłą miłością do przyrody, ale u kogoś. Bo u siebie to jednak woleli autostrady. Wojna do dzisiaj nie jest zakończona i nikt nie wie, co będzie dalej.

Puszcza Augustowska, podobnie jak Białowieska, została po wojnie pocięta granicami. Jej część północna znajduje się na Litwie, a część wschodnia należy do Białorusi.

Puszcza Augustowska – to las, pełen jezior, rzek i strumieni. Największe jezioro (2170 ha) to Jezioro Wigry, ale oprócz Wigier są tu całe dziesiątki innych jezior. Jest tu też najgłębsze jezioro w Polsce – Jezioro Hańcza. 113 metrów głębokości!

Jan Paweł II nad jeziorem Wigry
Nad Jeziorem Wigry, w miejscowości Wigry (skąd zostali wypędzeni ostatni Jaćwingowie) można podziwiać prześliczny kościół i klasztor kamedułów. W roku 1667 król Jan Kazimierz podarował zakonowi kamedułów Jezioro Wigry, wszystkie okoliczne jeziora, ogromny kawał puszczy, wszystko, co można zobaczyć z wieży obecnego klasztornego kościoła w Wigrach. W roku 1999, podczas swej wizyty w Polsce, w pokamedulskim klasztorze w Wigrach zatrzymał się papież Jan Paweł II. Stamtąd podziwiał zapierający dech w piersiach widok na Jezioro Wigry i stamtąd wyruszył na objazd jeziora statkiem „Tryton”.

Przez Puszczę przechodzą dwie drogi wodne. Kanał Augustowski i rzeka Czarna Hańcza. Mamy więc nadzwyczajne nagromadzenie atrakcji turystycznych. Każdy znajdzie dla siebie coś, czego się spodziewał, jak i to, o czym nie miał przedtem nawet bladego pojęcia. Lasy, rzeki, jeziora i piaszczyste plaże. Od kilku lat rozwija się tu dynamicznie turystyka. Ale nie zawsze tak było.

Przed laty nie było żadnych udogodnień dla odwiedzających, a więc i odwiedzających było niewielu. Aby nacieszyć oczy pięknem przyrody, trzeba się było wtedy sporo natrudzić. Czasami tylko trafiała się okazja przejazdu kolejką dla pracowników leśnych, gdzie „biletem” była sakramentalna ćwiartka albo butelka owocowego wina. Na co dzień trzeba było chodzić piechotą albo spływać kajakami. Jadło się to, co się było w stanie upitrasić na ognisku, a spało się w namiocie. Do takiej turystyki trzeba było mieć naprawdę dużo chęci i naprawdę dużo zdrowia. Ale, jeśli ktoś już raz tu przyjechał, czy to z wyboru, czy namówiony przez znajomych, przyjeżdżał odtąd co roku. Tworzyły się grupy przyjaciół, którzy nie wyobrażali sobie urlopu spędzonego inaczej, jak na kajaku na Wigrach czy na Czarnej Hańczy. Jednej takiej grupie z Krakowa przewodził ksiądz Karol Wojtyła. Nad Wigry przestał przyjeżdżać chyba dopiero wtedy, kiedy został biskupem. Potem nie było go następne długie lata, bo został papieżem. Po bardzo wielu latach, kiedy posunięty w latach i mocno już zniedołężniały przyjechał do Polski, miał tylko jedną prośbę. Ostatni raz chciał jeszcze popatrzeć na Puszczę Augustowską, Kanał Augustowski i Jezioro Wigry.

Szymon Kazimierski
Tekst ukazał się w nr 7 (49) 19 listopada 2007

Podlasie – kraina magiczna. Część I. Tatarzy

Podlasie – kraina magiczna. Część II. Święty Ilia

Podlasie – kraina magiczna. Część III. Królestwo Przyrody

Projekt finansowany ze środków Kancelarii Prezesa Rady Ministrów w ramach zadania publicznego dotyczącego pomocy Polonii i Polakom za granicą

 

Projekt „Polska Platforma Medialna Ukraina” realizowany przez Fundację Wolność i Demokracja

 

Publikacja wyraża jedynie poglądy autora/ów i nie może być utożsamiana z oficjalnym stanowiskiem Kancelarii Prezesa Rady Ministrów

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.