Takie były początki

-a A+

(Fot. z archiwum autora)

Nie znam przypadku, by powstaniu jakiejkolwiek placówki konsularnej poświęcono tak wiele uwagi w polskich środkach masowego przekazu, jak powstaniu urzędu konsularnego we Lwowie w 1987 roku.

Nie było dnia, by urząd nie był odwiedzany przez przedstawicieli polskich instytucji kulturalnych, naukowych, organizacji społecznych, biznesmenów i innych, pragnących nawiązać współpracę ze swoimi odpowiednikami we Lwowie. Oczywiście jest to zrozumiałe, gdy uwzględni się jaką rolę w naszych dziejach ojczystych odgrywały Lwów i Kresy Południowo-Wschodnie.

Jak pisze w swojej książce „Rozmyślania i wspomnienia o Lwowie i lwowiakach” Leszek Mazepa: „Dla Polaków – i tych stanowiących zaledwie około jeden procent mieszkańców Lwowa i tych, którzy zostali stąd wypędzeni w ramach tzw. repatriacji i mieszkają w Macierzy oraz są rozsiani po świecie, i tych, którzy w nim nigdy może nie byli, lecz dla których Lwów jest miastem legendą, miastem tak ściśle związanym z historią i kulturą polską – dla wszystkich tych Polaków Lwów jest miastem niezwykle drogim, wywołującym poczucie wzniosłej dumy i dramatycznej zadumy”.

Powołanie placówki konsularnej we Lwowie poprzedziły wieloletnie starania strony polskiej. Bardzo trudno było przełamać opór strony radzieckiej. Również władze Lwowa i obwodu lwowskiego były przeciwne powstaniu polskiej placówki konsularnej. Według posiadanych przez nas informacji także znaczna część ówczesnej opozycji, tej, która była ściśle związana z ideologią OUN (Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów) i uważała się za spadkobiercę Ukraińskiej Powstańczej Armii, nie akceptowała naszej propozycji. Czynniki oficjalne argumentowały, że nie można stwarzać precedensów i powoływać konsulatu we Lwowie, mieście, które nie jest stolicą republiki radzieckiej. Przypomnę, że konsulaty polskie (poza Wydziałem Konsularnym Ambasady w Moskwie) istniały w Kijowie, Mińsku i Leningradzie (obecnie Sankt Petersburg). W tym ostatnim mieście urząd zajmował się przede wszystkim problematyką morską. Nie było żadnych polskich placówek dyplomatycznych w Kazachstanie, Gruzji, Armenii, Azerbejdżanie, na Litwie, Łotwie, w Estonii i w pozostałych republikach. Konsulat Generalny w Kijowie był akredytowany na Mołdawię. Strona radziecka nie uznawała pojęcia „Polonia” ani określenia „miejscowi Polacy” (chodzi o Polaków żyjących na ziemiach należących przed II wojną światową do Polski). W ZSRR – twierdzono – żyje społeczeństwo radzieckie, które tworzy naród radziecki, a ich dotychczasowa narodowość ma znaczenie drugorzędne. Wszystkim tym obywatelom państwo gwarantuje wszelkie prawa i przywileje. Wszelka myśl (nie mówiąc o działaniu) o tożsamości narodowej, tym bardziej o utworzeniu własnego państwa, była bezlitośnie zwalczana, a działacze represjonowani.

Podejmując starania o powołanie urzędu konsularnego we Lwowie strona polska, ze zrozumiałych względów, eksponowała problematykę – jeżeli tak można powiedzieć – czysto konsularną. Wskazywaliśmy, że jesteśmy zobowiązani do otoczenia opieką konsularną czterech tysięcy Polaków, w tym tysiąca osób we Lwowie, pracujących w obwodach Zachodniej Ukrainy oraz setek tysięcy obywateli polskich przemieszczających się tranzytem (szczególnie w okresie letnim) przez terytorium Ukrainy – na Węgry, do Rumunii i krajów bałkańskich.

W tym czasie przejście w Medyce – Szehyni było jedynym między Polską a ówczesną Ukrainą radziecką i to właśnie ono obsługiwało ten ogromny tranzyt. Ruch z roku na rok się zwiększał. Jeżeli, według danych służb granicznych, w roku 1987 granicę tę przekroczyło ponad sześćset tysięcy osób, to już w roku 1989 ponad trzy miliony osób. Ludzie byli zmęczeni długim oczekiwaniem na odprawę, gubili dokumenty, okradano ich i napadano na nich w trakcie przejazdu przez Karpaty, ulegali też wypadkom drogowym. We wszystkich sprawach wymagających pomocy i opieki konsularnej (wydawanie dokumentów zastępczych, udzielania pożyczek, także załatwiania spraw związanych z pobiciami i rabunkiem) musieli jechać do Kijowa, odległego od Lwowa o ponad pięćset kilometrów. Dziś trudno sobie wyobrazić, jakie męczarnie przechodziły rodziny z małymi dziećmi, gdy upalnym latem musiały jechać do Kijowa. Z tymi udręczonymi ludźmi spotykałem się już wcześniej, kiedy pracowałem w Konsulacie Generalnym PRL w Kijowie. Wiedzieliśmy również, że Polacy byli masowo karani, wręcz szykanowani w trakcie przejazdu tranzytem. Na przykład, w roku 1987 za naruszanie przepisów drogowych, zatrzymywanie się w miejscach niedozwolonych, zbaczanie z tras tranzytowych itp. zostało ukaranych ponad dwanaście tysięcy obywateli polskich. Poza tym Polacy musieli udawać się do Kijowa w sprawach dotyczących dokumentów o pozostawionym mieniu, o grobach bliskich, odpisów aktów urodzenia i ślubu, a także związanych z urodzeniami i nadawaniem obywatelstwa dzieciom z rodzin mieszanych i temuż podobnych.

Urząd był także potrzebny mieszkańcom innych narodowości, w tym przede wszystkim Ukraińcom zamieszkującym Zachodnią Ukrainę. Ze względu na zaszłości historyczne mieli oni wiele różnorodnych powiązań z Polską. Ze wszystkimi sprawami dotyczącymi ich relacji z naszym krajem musieli jeździć do Kijowa. Jako ciekawostkę można potraktować to, iż jednym z pierwszych interesantów urzędu był Zbigniew Brzeziński (oczywiście korespondencyjnie).

Chociaż strona radziecka twierdziła, że obywatele polscy mają zapewnioną opiekę pod każdym względem, to wobec powyższych faktów nie mogła przecież przejść obojętnie. Na jej stanowisko duży wpływ miała podpisana w kwietniu 1987 roku przez Wojciecha Jaruzelskiego i Michaiła Gorbaczowa deklaracja o współpracy w dziedzinie ideologii i kultury.

Wyrażono wreszcie zgodę na otwarcie Agencji Konsularnej PRL, pierwszej polskiej placówki konsularnej w powojennym Lwowie. Nie upieraliśmy się przy sprawie rangi urzędu, uznając że najważniejszą rzeczą jest jego powstanie. Agencja została akredytowana na osiem obwodów: chmielnicki, lwowski, wołyński, rówieński, tarnopolski, iwano-frankiwski (stanisławowski), czerniowiecki i zakarpacki. Miejscowe władze usiłowały wprowadzić pewne ograniczenia działalności placówki. Najpierw sugerowano, by do Lwowa przyjeżdżał na dwa, trzy dni konsul z Kijowa, a gdy to okazało się być bezskutecznym, domagano się, by nowo powstała placówka zajmowała się sprawami „czysto konsularnymi”.

O tym, jak bardzo była potrzebna opieka konsularna nad naszymi rodakami, świadczy chociażby to, że w 1989 roku, gdy granicę przekroczyło ponad trzy miliony Polaków, tylko około sześciuset z nich zostało ukaranych (por. też dane z roku 1987). Ze strony urzędu podjęto w ich sprawach setki interwencji.


Wzmożony ruch na przejściu granicznym w okresie letnim powodował, że tworzyły się po stronie ukraińskiej gigantyczne kolejki, dochodzące często do dziesięciu i więcej kilometrów. Na odprawę nierzadko trzeba było czekać cztery, sześć dni. Jeżeli dodać, że przy drogach nie było żadnych toalet i sklepów, nie mówiąc o hotelach, zaś mieszkańcy miejscowości przygranicznych nie zezwalali turystom (ze zrozumiałych względów) oczekiwać u nich na odprawę graniczną – będziemy mieli obraz prawdziwej drogi przez mękę.

Dzięki moim usilnym staraniom udało się wprowadzić wspólną odprawę celno-paszportową. Po stronie ukraińskiej straż graniczna i celnicy polscy wraz ze swoimi radzieckimi odpowiednikami dokonywali wspólnej odprawy przy wjeździe do Polski, a po stronie polskiej – odwrotnie. Miało to ogromny wpływ na szybkość i kulturę odpraw.

Pierwszy raz – pełniąc funkcję konsula w Kijowie – zetknąłem się z rzeczywistością lwowską w 1985 roku. W czasie mojej oficjalnej wizyty podjąłem z władzami Lwowa i obwodu lwowskiego rozmowy, między innymi, na temat Cmentarza Łyczakowskiego i Obrońców Lwowa. Twierdziły one z oburzeniem, że we Lwowie nie ma żadnego Cmentarza Orląt, jest Cmentarz Łyczakowski, na którym chowano Polaków – tak jak nie ma polskich szkół i polskiego teatru. Są natomiast dwie szkoły radzieckie, w których można prowadzić zajęcia w języku polskim i teatr amatorski, któremu zezwala się wystawiać spektakle w języku polskim.

Rzeczywiście, w miejscu, gdzie był Cmentarz Orląt, znajdowało się wysypisko śmieci. Groby zasypano ziemią i gruzem. Przez dziesiątki lat wyrosły na nich drzewa, krzewy i zielsko. Przez cmentarz przeprowadzono drogę, przy której wybudowano pałac młodzieży. Katakumby przekazano spółdzielni wytwarzającej nagrobki. Mieściła się w nich szlifiernia kamieni. Kolumnadę otaczającą łukiem fronton cmentarza, usytuowanego na wzgórzu, porozrywano z użyciem czołgów. Pozostała tylko arkada cmentarna.

Wobec lawinowo rozwijającej się sytuacji władze partyjne i państwowe były coraz bardziej bezradne. W końcu wyraziły zgodę na oddawanie świątyń wierzącym, na rozwijanie wszechstronnych kontaktów miejscowych Polaków z Krajem, wyjazdy dzieci i młodzieży na obozy, kolonie i naukę do Polski, a także na działalność urzędu konsularnego wykraczającą daleko poza sferę czysto konsularną. Wykorzystaliśmy to w pełni. Dzięki naszym staraniom już w drugim roku działania urzędu na obozy i kolonie wyjechała po raz pierwszy po wojnie do Polski ponad trzystuosobowa grupa dzieci i młodzieży z rodzin polskich, zaś na studia do Polski skierowaliśmy ponad dwieście młodych ludzi. Po raz pierwszy wyjechał do Kraju Polski Teatr Ludowy ze Lwowa, a do Lwowa przyjechał Teatr „Kalambur” z Wrocławia z piosenkami lwowskimi. We Lwowie, dzięki moim staraniom, wydzielono kino „Kopernik”, w którym codziennie wyświetlano tylko polskie filmy z oryginalną ścieżką dźwiękową. Nieoceniony Jacek Klimowicz przywoził je samochodem z Rzeszowa. Pan Jacek, wraz z żoną Oksaną, tłumaczył na język rosyjski i ukraiński programy telewizyjne i rozsyłał je do wszystkich gazet wychodzących w rejonie działania urzędu.

Wyjazdy dzieci i młodzieży na obozy, kolonie i kursy języka polskiego odbywały się na koszt strony polskiej. Tylko Lasy Państwowe, w 1988 roku, oddały do dyspozycji młodzieży lwowskiej w okresie letnim sto siedemdziesiąt miejsc w swoich ośrodkach wypoczynkowych. Przez granicę młodzież (i nie tylko młodzież) przewoziły autokary Energopolu, realizującego w tym czasie inwestycje we Lwowie. Nieocenioną pomocą w tych i innych przedsięwzięciach podejmowanych przez naszą placówkę służył nam wspaniały człowiek, lwowiak, zakochany bez pamięci w swoim mieście, pisarz, scenarzysta, filmowiec i mój serdeczny przyjaciel, Jerzy Janicki. Dzięki swoim znajomościom i pozycji w Kraju powodował, że wiele firm i instytucji z Polski finansowało wspomniane inicjatywy. To dzięki jego zaangażowaniu do Lwowa przyjeżdżali coraz częściej wybitni przedstawiciele kultury, sztuki i nauki, również pisarze, reżyserzy, aktorzy, piosenkarze, muzealnicy, konserwatorzy zabytków itp.

Rocznica zagłady wsi Huta Pieniacka, przy starym pomniku (Fot. z archiwum autora)

Z wieloma z tych wydarzeń wiążą się określone historie, także chwile pełne wzruszeń. Na przykład, bardzo długo władze Lwowa nie chciały wyrazić zgody na przyjazd Teatru „Kalambur” z piosenkami lwowskimi – znowu ten wydumany, polski nacjonalizm!… Wówczas, na moją prośbę, władze Wrocławia przyjęły delegację władz Lwowa, z kierownikiem Wydziału Kultury obwodu lwowskiego i odpowiednio z nią „popracowały”. Dopiero wtedy te wyraziły zgodę na przyjazd. A gdy już w trakcie występów zabrzmiały słowa pieśni „Dzień deszczowy i ponury” – łzy w oczach mieli wszyscy bez wyjątku znajdujący się w sali.

Żeby z kolei umożliwić pierwszy wyjazd lwowskiego Polskiego Teatru Ludowego do Kraju, przedstawiłem miejscowym władzom oficjalne zaproszenie Zarządu Głównego Towarzystwa Przyjaźni Polsko-Radzieckiej – chociaż zapraszającymi były w rzeczywistości, o czym doskonale wiedziałem, władze kościelne z Wrocławia.

A pierwsze po wojnie wyjazdy młodzieży na obozy i kolonie letnie do Polski… Z pierwszym autokarem pojechałem na granicę. Po stronie polskiej czekali na rówieśników ze Lwowa harcerze. Wręczyli im biało-czerwone chusty, potem zaśpiewali wspólnie polski hymn. Nikt z obserwujących tę scenę nie mógł powstrzymać łez. Mam ogromną satysfakcję, podobnie jak moi ówcześni współpracownicy, że na miarę naszych sił i możliwości oraz dzięki bardzo dobrym kontaktom z Urzędem ds. Wyznań, a także ogromnemu zaangażowaniu wielkiego przyjaciela naszego urzędu, Ukraińca Konstantego Czawagi (dziś dziennikarz „Kuriera Galicyjskiego” i współpracownik Radia Watykan), w latach 1988–1990 w rejonie naszego działania zwrócono miejscowym Polakom około stu obiektów sakralnych. Ścisłe kontakty utrzymywaliśmy z ojcem Rafałem Kiernickim. Gościem urzędu był też arcybiskup Marian Jaworski.

W okresie nasilającej się pierestrojki uzyskałem zgodę na rozpoczęcie prac renowacyjnych w czynie społecznym przez załogę Energopolu na Cmentarzu Łyczakowskim, w tym również w kwaterach wojskowych. Nie muszę dodawać, że do prac bardzo czynnie włączyli się miejscowi Polacy, którzy już wcześniej podejmowali działania mające na celu ochronę obiektu przed zniszczeniem. W pierwszej kolejności przystąpiono do uporządkowania i odrestaurowania kwatery powstańców listopadowych lat 1830–1831 i tzw. górki powstańców lat 1863–1864, zwanej też kwaterą powstańców styczniowych. Konsekwencją zgody na prace renowacyjne w kwaterach wojskowych było rozpoczęcie prac na Cmentarzu Orląt. Pragnę zauważyć, że we wzajemnych relacjach długo nie używano nazwy Cmentarz Orląt. Był Cmentarz Łyczakowski i kwatery wojskowe. Jeszcze w porozumieniu podpisanym przez Fundację Kultury Polskiej z Lwowskim Oddziałem Funduszu Kultury Ukraińskiej 10 marca 1990 roku użyto takich sformułowań. W języku oficjalnym we Lwowie nazwa Cmentarz Orląt zaczęła pojawiać się w drugiej połowie 1989 roku, a została niejako zalegalizowana podczas wizyty prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego we Lwowie, 12 kwietnia 1990 roku.

Podnoszenie flagi polskiej przy nowo otwartym konsulacie (Fot. z archiwum autora)Kiedy mowa o początkach prac renowacyjnych na Cmentarzu Łyczakowskim i Cmentarzu Orląt, pragnę przywołać nazwisko mojego przyjaciela, nieżyjącego już Józefa Bobrowskiego – dyrektora Energopolu we Lwowie. Jego zaangażowanie i ogromny autorytet wśród załogi sprawiły, że z chwilą uzyskania przez urząd konsularny zgody na rozpoczęcie prac na Cmentarzu Łyczakowskim (de facto Cmentarzu Orląt) załoga Energopolu – podkreślam, że w czynie społecznym – dokonała rzeczy wręcz niemożliwej. Dzięki niej do lata 1990 praktycznie wszystkie mogiły Obrońców Lwowa zostały odkryte, a śmiecie i gruz, którymi były przysypane, wywiezione.

O postawie załogi i jej dyrektora niech świadczy jeszcze jeden przykład. W 1989 roku zwróciłem się do władz ukraińskich z prośbą o umożliwienie mi oddania hołdu poległym polskim żołnierzom Września 1939 roku – w związku z pięćdziesiątą rocznicą wybuchu II wojny światowej. Wiedziałem, że są pochowani na dawnym przedmieściu Lwowa, w Hołosku. Zgodę uzyskałem 31 sierpnia. To, co nastąpiło później, zrelacjonowała w „Gazecie Wyborczej” Wiesława Grochala, w artykule „Tylko we Lwowie”: „Kiedy Konsulat dał znak, że można, w jedną noc zrobili pomnik, krzyż z napisem Żołnierzom poległym w walce 1939 roku i posadzili wokół tuje tak, że nazajutrz, w rocznicę Września, pośrodku działek, na dawnym śmietnisku można było odprawić uroczystą mszę”.

Uzyskane efekty byłyby niemożliwe, gdyby nie zaangażowanie załogi Energopolu i miejscowych Polaków w te poczynania, w pierwszej kolejności profesora Leszka Mazepy – pierwszego przewodniczącego Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej, powstałego w grudniu 1988 roku, oraz takich ludzi w Kraju, jak Jerzy Janicki. Tak się szczęśliwie złożyło, że w tym czasie ministrem budownictwa i materiałów budowlanych (jemu podlegał Energopol) był mój wieloletni przyjaciel, Józef Niewiadomski, który odniósł się do tej sprawy z pełnym zrozumieniem.

Podjęcie prac na Cmentarzu Orląt wymagało przynajmniej aprobaty ówczesnej opozycji ukraińskiej. To właśnie profesor Leszek Mazepa był organizatorem i uczestnikiem spotkania z przewodniczącym „Ruchu” we Lwowie, profesorem Orestem Włochem. Zaprzyjaźniony z urzędem konsularnym Konstanty Czawaga organizował moje spotkania z przedstawicielami zdelegalizowanego Kościoła unickiego. Nie muszę dodawać, że większość tego typu spotkań odbywała się poza siedzibą urzędu.

Ważnym przedsięwzięciem w tym kontekście było spotkanie znanych ukraińskich polityków opozycyjnych Lwowa, między innymi wspomnianego już profesora Oresta Włocha i profesora Mychajła Hołubca, z przedstawicielami polskiego sejmu kontraktowego, zorganizowane przeze mnie w konsulacie. Uczestniczyli w nim między innymi senatorowie Andrzej Szczepkowski (znany aktor) i Jan Musiał, poseł Jan Błachnio oraz Leszek Mazepa, Jerzy Janicki, Stanisław Nicieja i inni. Dokonaliśmy szczerej wymiany poglądów na temat perspektyw stosunków polsko-ukraińskich oraz potrzeb Polaków we Lwowie i na ziemi lwowskiej.

Te poczynania (i nie tylko te), były podejmowane – o czym trzeba pamiętać – w okresie, gdy jeszcze funkcjonowała władza radziecka. Wszystkie dziedziny życia społecznego, politycznego, kulturalnego i gospodarczego regulowała partia. Przecież Ukraina proklamowała niepodległość dopiero 24 sierpnia 1991 roku, a nasze działania odbywały się w latach 1987–1990. Jak pisze profesor Leszek Mazepa w cytowanej już książce o lwowskich Polakach: „Byliśmy obywatelami ZSRR z całymi z tego wynikającymi konsekwencjami. Otoczeni i obserwowani przez wszelkie służby komunistyczne. Zresztą gdy zostałem prezesem Towarzystwa, mój telefon był na stałym podsłuchu (czułem, słyszałem w słuchawce stałą obecność i oddech tego kagebisty), zaś w roku następnym zdjęto mnie z funkcji kierownika katedry w Konserwatorium, chociaż moja kadencja jeszcze się nie skończyła”. I chociaż system radziecki ciągle funkcjonował, to jednak pojawiało się w nim coraz więcej pęknięć i rys. Pierestrojka i głasnost powodowały wzrost poczucia narodowego Ukraińców i ich dążenie do utworzenia samodzielnego, niezawisłego państwa. Był to główny temat codziennych wystąpień, np. w swoistym ukraińskim Hyde Parku – centralnym punkcie miasta Lwowa, na prospekcie Lenina, między operą a pomnikiem Mickiewicza, w miejscu, gdzie przed wojną wznosił się pomnik króla Jana III Sobieskiego. Coraz śmielej i odważniej o swojej przynależności narodowej zaczęli mówić żyjący we Lwowie Polacy. Na mniej lub bardziej formalnych spotkaniach, w tym w urzędzie konsularnym, który był o każdej porze dnia dla nich otwarty, zrodziła się myśl o utworzeniu organizacji zrzeszającej Polaków.

Powstanie Towarzystwa Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej to wynik mądrości, odwagi i zaangażowania żyjących we Lwowie Polaków, a szczególnie ludzi takich jak: Leszek Mazepa, Władysław Łokietko, Adam Kokodyński, Stanisław Czerkas, Zbigniew Jarmiłko, Marian Baranowski, Jan i Zbigniew Bilowie, Adolf Wisłowski, bracia Emil i Józef Legowiczowie, Marta Markunina i dziesiątki innych. Jestem szczęśliwy, że w okresie, gdy powstawało Towarzystwo i miejscowi Polacy z dumą wojowali o swoją tożsamość narodową, mogłem z nimi być i udzielać im, w miarę sił i możliwości, różnorodnej pomocy. Duszą i prawdziwym przywódcą oraz przewodnikiem na tej trudnej drodze był profesor Leszek Mazepa. Jego wysoka kultura osobista, takt, zaangażowanie, wyrozumiałość dla ludzkich słabości i ambicji, szacunek i uznanie w kręgach naukowych i kulturalnych odegrały decydującą rolę w tworzeniu organizacji.

Wyrazem mądrości, polegającej na uwzględnieniu istniejących realiów, była nazwa organizacji. Nie związek, zrzeszenie, organizacja itp., lecz Towarzystwo Kultury Polskiej Ziemi Lwowskiej. Nazwa sugerowała, o czym przekonywano władze, że Towarzystwo to organizacja, która jest otwarta dla wszystkich, którzy interesują się polską kulturą, a więc nie tylko Polaków. Stąd aktywnymi jego członkami zostali: Ukrainiec Konstanty Czawaga oraz wspaniały propagator kultury polskiej, reżyser Polskiego Teatru, Rosjanin Walery Bortiakow. Wspierali również powstanie Towarzystwa miejscowi dziennikarze – codzienni goście konsulatu – i takie autorytety, jak rektor Wyższej Szkoły Sztuk Stosowanych (obecnie Akademia Sztuki) Emanuel Myśko, przewodniczący Lwowskiego Oddziału Literatów Ukrainy, wybitny poeta, deputowany do Rady Najwyższej, syn posła na Sejm II RP Rostysław Bratuń, przewodniczący „Ruchu” we Lwowie profesor Orest Włoch i wielu innych intelektualistów.

Wielką mądrością żyjących we Lwowie i na terenie Zachodniej Ukrainy Polaków było także i to, że od samego początku stanęli po stronie tych, którzy podjęli w warunkach pierestrojki walkę o wolną i samodzielną Ukrainę. Profesor Leszek Mazepa w imieniu TKPZL oraz miejscowi Polacy dawali temu wyraz w trakcie różnorodnych spotkań z miejscowymi Ukraińcami.

Polacy aktywnie uczestniczyli w różnych akcjach politycznych, między innymi w wielu ogólnomiejskich wiecach potępiających represje stalinowskie, a popierających ukraińskie dążenia niepodległościowe i przeobrażenia demokratyczne. Wiece odbywały się na placu przed uniwersytetem, koło Brygidek, przed więzieniem na Łąckiego i we wspomnianym już centrum Lwowa. Na placu przed Teatrem Skarbkowskim, po raz pierwszy w powojennym Lwowie, Polacy manifestowali pod biało-czerwonymi flagami. Po raz drugi z flagami narodowymi Polacy brali udział w tzw. łańcuchu solidarności, w styczniu 1990 roku. Taka postawa miejscowych Polakówmiała pozytywny wpływ na ich relacje z lwowskimi Ukraińcami.

Bardzo ważnym wydarzeniem, z inicjatywy Rostysława Bratunia i Jewhena Hryniwa, przewodniczącego lwowskiego „Memoriału”, był symboliczny akt pojednania z 30 listopada 1989 roku. W obecności mnóstwa osób, Ukraińców i Polaków, z flagami narodowymi (Ukraińcy pod nielegalnymi) na Cmentarzu Janowskim, pod krzyżem z wieńcem cierniowym, wzniesionym w miejscu, gdzie zostały zdewastowane groby Strzelców Siczowych, złożono wieńce z napisami polskimi na szarfach: „Braciom Ukraińcom – lwowscy Polacy”. Następnie uczestnicy uroczystości udali się na odkopywany Cmentarz Orląt, gdzie złożyli wieńce z napisami w języku ukraińskim: „Braciom Polakom – lwowscy Ukraińcy”. Leszek Mazepa w cytowanej książce pisze: „Przemówienia wygłosili J. Hryniw, R. Bratuń i ja, apelując do Ukraińców i Polaków o wzajemne porozumienie i braterską przyjaźń, w duchu jedności walki w imię hasła Za wolność naszą i waszą. Uważam, że była to niezwykle ważna akcja w duchu pojednania, przyjęta przez obie społeczności ze zrozumieniem i uczuciem ulgi, że nareszcie coś w tym kierunku zaczyna się dziać”.

Podobnego aktu polsko-ukraińskiego pojednania – z inicjatywy konsulatu – dokonano 12 kwietnia 1990 roku, w czasie wizyty we Lwowie ówczesnego prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego. Po raz pierwszy w powojennej historii, w obecności Ukraińców i miejscowych Polaków, najwyższy rangą przedstawiciel państwa polskiego oficjalnie złożył kwiaty na wydobytych, częściowo spod gruzu i śmieci, mogiłach Obrońców Lwowa, zaś Józef Czyrek, ówczesny sekretarz w Kancelarii Prezydenta i Janusz Onyszkiewicz, ówczesny wiceminister obrony narodowej, którym miałem zaszczyt towarzyszyć, w imieniu prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej złożyli kwiaty na mogiłach Strzelców Siczowych. Relację z uroczystości zamieściła między innymi „Lwowska Prawda” 13 IV 1990 roku.

Starałem się przedstawić niektóre poczynania nowo powstałego urzędu w pierwszych latach jego funkcjonowania. Mimo że w ciągu pierwszego roku byłem jedynym konsulem w tym urzędzie, to efekty pracy placówki zostały bardzo wysoko ocenione przez kierownictwo MSZ (podziękowania i gratulacje od ministra Krzysztofa Jana Skubiszewskiego), miejscowych Polaków (czemu dają wyraz przy każdym moim pobycie we Lwowie), rodaków w Kraju, a także przez większość lwowskich Ukraińców.

Po roku funkcjonowania urzędu zwiększające się możliwości działania oraz nowe wyzwania spowodowały, że MSZ znacząco wzmocniło kadrowo naszą placówkę. W 1989 roku pracę w urzędzie podjęli konsulowie: Andrzej Krętowski, Józef Fijał i Marian Ozimek. Odniosłem wrażenie, że skierowanie do pracy we Lwowie traktowali jako wyróżnienie i dowód uznania ich kompetencji. Zaangażowali się z samozaparciem w realizację coraz ambitniejszych celów, które sobie wytyczaliśmy. Konsul M. Ozimek, oddelegowany przez Ministerstwo Handlu Zagranicznego, wiele dobrego uczynił w zakresie rozwijania współpracy gospodarczej między polskimi i ukraińskimi podmiotami. Swoje przedstawicielstwa otworzyły we Lwowie Metronex i Unitra. Konsul Andrzej Krętowski we właściwy sobie, profesjonalny sposób zajął się problemami konsularno-prawnymi, zaś konsul Józef Fijał polonijno-kulturalnymi.

Pragnę podkreślić z całą mocą, że efekty te zostały osiągnięte dzięki ofiarności, uporowi i serdecznemu zaangażowaniu się tych ludzi, którzy podjęli razem ze mną pracę w urzędzie – w tym bardzo trudnym, obfitującym w znamienne wydarzenia okresie oraz tych konsulów, którzy zostali skierowani do pracy w 1989 roku. To dzięki panu Jackowi Klimowiczowi, znającemu Lwów i realia lwowskie (z pochodzenia łodzianin, ukończył studia we Lwowie, gdzie założył rodzinę i zamieszkał na stałe), mogłem szybko nawiązać ścisłą współpracę z odpowiednimi władzami i instytucjami. Pan Jacek, najpierw społecznie, używając własnego samochodu, gdy trzeba było, także w nocy i dni świąteczne, załatwiał sprawy konsularne. Poświęcając swój wolny czas jeździł do Polaków oczekujących na przejściu granicznym, łagodził i rozwiązywał konflikty w kolejkach oczekujących na odprawę. Faktycznie przez rok pełnił funkcję mojego nieformalnego zastępcy. Musiał się zmierzyć z wieloma problemami, zwłaszcza wtedy, gdy wyjeżdżałem służbowo do innych obwodów. Z ogromu obowiązków wywiązywał się pan Jacek zawsze wzorowo.

Nie do przecenienia była pełna zaangażowania praca mojej żony, Mirosławy. Pełniła funkcję księgowej, zajmowała się sprawami finansowymi, zaopatrzeniem oraz recepcją interesantów o każdej porze dnia i nocy (mieszkaliśmy na terenie konsulatu). Ludziom, często wymęczonym i zdenerwowanym, zawsze służyła dobrym słowem, szklanką herbaty lub kawy i w miarę potrzeby podejmowała stosowne interwencje. Tej dwójce dzielnie sekundowali: Ewa Tarchanowa, kierowca „Giena” Kogut i Natasza Prochorowa. Dzięki nim urząd był czynny całą dobę, jego pracownicy nie znali pojęcia „godziny urzędowania”, pracowali zaś za marne grosze. Żaden z nich nie miał miesięcznych poborów przekraczających równowartość stu pięćdziesięciu dolarów. Kwota ta stanowi dla niektórych z nich podstawę pobieranych dziś świadczeń emerytalnych. Ja sam mogłem wynagrodzić ich wysiłki tylko uznaniem i szacunkiem, co dziś, z perspektywy minionych lat, zwielokrotniam.

Efekty osiągnięte w tak krótkim czasie były możliwe także dzięki wsparciu, życzliwości i w wielu sprawach konkretnej pomocy ze strony licznych instytucji i organizacji krajowych oraz takich ludzi, jak Jerzy Janicki. Na każdym kroku mogłem liczyć na pomoc i wsparcie miejscowych Polaków, którym przewodził wybitny uczony, wspaniały, mądry człowiek, profesor Leszek Mazepa.

Pozytywną atmosferę tworzyli miejscowi dziennikarze, z którymi systematycznie się spotykałem, między innymi na comiesięcznych konferencjach prasowych. Niemały wpływ na sytuację miało i to, że udało się w niedługim czasie ułożyć pełne zrozumienia partnerskie stosunki z miejscowymi władzami i – o czym wspomniałem – z opozycją.

W dwudziestą piątą rocznicę powołania urzędu konsularnego we Lwowie życzmy ludziom w nim zatrudnionym wielu sukcesów w pracy i wszelkiej pomyślności w życiu osobistym.

Włodzimierz Woskowski


Włodzimierz WoskowskiWłodzimierz Woskowski urodził się w Zduńskiej Woli w roku 1931 w rodzinie robotniczej. Oboje rodzice byli analfabetami. Ojciec pracował jako tkacz w miejscowej fabryce; w 1941 roku został wywieziony na przymusowe roboty do Niemiec, następnie uwięziony w obozie koncentracyjnym Sachsenhausen. Woskowski wspomina lata hitlerowskiej okupacji jako okres głodu i nędzy czteroosobowej rodziny. Włodzimierz Woskowski w 1951 roku ukończył Liceum Pedagogiczne w Zduńskiej Woli i natychmiast podjął pracę nauczycielską. W latach 1951–1954 odbył służbę wojskową. Po wyjściu z wojska rozpoczął pracę w aparacie partyjnym: najpierw jako instruktor, a następnie pierwszy sekretarz partii w powiatach sieradzkim i radomszczańskim. Ukończył Wyższą Szkołę Nauk Społecznych z tytułem magistra ekonomii oraz podyplomowe studia dziennikarskie na Uniwersytecie Śląskim. W 1972 roku podjął pracę w Ministerstwie Spraw Zagranicznych, w randze radcy ministra. Tu w latach 1972–1973 współorganizował Departament ds. Stosunków z ZSRR. W latach 1973–1977 pełnił funkcję radcy w Ambasadzie PRL w Moskwie. Po powrocie pracował dwa lata w Departamencie ds. Stosunków z ZSRR MSZ, następnie został dyrektorem gabinetu w ówczesnym Ministerstwie Zdrowia i Opieki Społecznej. Funkcję tę pełnił w latach 1978–1983, po czym powrócił do MSZ. W latach 1984–1987 był konsulem w Konsulacie Generalnym PRL w Kijowie, skąd został skierowany w 1987 roku do organizowania Agencji Konsularnej we Lwowie. Ze Lwowa wyjechał w 1990 roku. W tym samym roku przeszedł ciężką operację raka krtani i został skierowany na rentę. Żona, Mirosława, jest z zawodu nauczycielem. Mają dwie córki, lekarza i nauczycielkę, oraz czworo wnucząt i dwoje prawnucząt. Umarł 31 lipca 2019 roku.

Tekst ukazał się w nr 201, 18-31 marca 2014

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2019 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.