Al Capone i Kresy

-a A+

Fot. deviantart.com

Jest to chyba najmniej znana historia kryminalna, która wydarzyła się w latach trzydziestych na przedwojennych Kresach.

Mój przyjaciel Maksymilian Fleischer, pochodzący z Drohobycza, całymi latami zajmował się wyszukiwaniem ciekawostek obyczajowych i niezwykłych wydarzeń kryminalnych z czasów II Rzeczpospolitej. Kilkanaście lat temu odgrzebał sensacyjną opowieść, po wysłuchaniu której dopada człowieka zaskakujące pytanie: Co łączy Chicago i amerykańskiego gangstera nazwiskiem Al Capone z polskimi Kresami przed wojną? Pozornie nic, a jednak...

Wszystko zaczęło się jak w sensacyjnym filmie gangsterskim. W roku 1932 został porwany w Wilnie syn właściciela lombardu „Kresovia”, niejakiego Lejbowicza, uważanego za najbogatszego mieszkańca miasta. Sprawcy zażądali od ojca gigantycznego okupu. Uprowadzenia dokonała, posługując się dzisiejszym językiem, zorganizowana grupa przestępcza o nazwie „Złoty sztandar”, którą kierował niejaki Zelik Lewinson. Tworzyły ją niedobitki gangu o nazwie „Bruderferajn”, rozbitego przez policję jeszcze w latach dwudziestych.

Do tej pory grupa specjalizowała się w rabowaniu mniejszych, a więc i posiadających gorsze zabezpieczenie banków i Kas Stefczyka od Druji na północy po Zaleszczyki na południu. Od czasu do czasu organizowano napady na wagony pocztowe PKP, zwłaszcza jeśli zdołano ustalić, że będzie nimi przewożona grubsza gotówka.

Strach przed „krawatem”
Choć kresowi gangsterzy byli uzbrojeni w rewolwery, którymi terroryzowali obsługę, bardzo uważali, aby w trakcie kradzieży nikogo nie zabić. Doskonale zdawali sobie sprawę, iż w razie wpadki grozi za to w Polsce „krawat”, czyli kara śmierci, wykonywana przez powieszenie, stąd bardzo obrazowa nazwa w ówczesnej gwarze przestępczej. Podczas napadów strzelano głównie w powietrze, na postrach.

A już w żadnym wypadku nie praktykowano w tych środowiskach kidnapingu, czyli porywania osób dla okupu. W polskich kronikach kryminalnych lat trzydziestych była to zupełna nowość. Dlatego odszukanie porwanego nie zaliczało się do spraw prostych. Świadków nie było. Osoby, które coś widziały, milczały, obawiając się o własne bezpieczeństwo. Początkowo policja działała zupełnie po omacku. Zaczęto obawiać się o życie chłopca. Ojciec zebrał żądany okup i zostawił w umówionym miejscu.

Przełom w tej beznadziejnej sprawie nastąpił w momencie, gdy nieoczekiwanie z pomocą policji przyszły lokalne środowiska przestępcze. Zwykle nie cierpią one konkurencji. W tym przypadku uznali sprawcę kidnapingu za obcego, który ośmielił się wejść i działać na ich terenie. Tego, że posiadał kumpli w miejscowym światku, było stanowczo za mało. W dodatku nietypowe przestępstwo, jakiego się dopuścił, spowodowało niespotykaną do tej pory aktywność policji, a to bardzo przeszkadzało w bieżących interesach. Trzeba było przyczaić się i przeczekać zamieszanie, spowodowane przez przybysza. Złodzieje i włamywacze zrobili, więc, sobie wymuszone wakacje i skrzętnie liczyli straty.

Nic dziwnego, że w anonimowym liście podali policji, gdzie więziono porwanego oraz nazwisko i rysopis sprawcy. Tak, więc, po wielu dramatycznych próbach agenci zdołali uwolnić chłopca. Odzyskano również pieniądze. I dopiero wtedy wyszły na jaw sensacyjne szczegóły całej sprawy.

Gangster się nudzi
Pomysł kidnapingu podsunął Lewinsonowi niedawno przybyły do Wilna ze Stanów Zjednoczonych, niejaki Berek Krawiec, czasowo przebywający na Kresach. On opracował szczegółowy plan porwania i zdaje się, że wziął na siebie kierowanie całą tą skomplikowaną operacją. Zanim wyjechał do Ameryki, praktykę zawodową zdobywał w Polsce właśnie w grupie „Bruderferajn”, która specjalizowała się w kradzieżach i napadach z bronią w ręku.

W Chicago fachowca z Polski ze sporym doświadczeniem, przyjął do swojego gangu Al Capone. Podobno był bardzo zadowolony z umiejętności wileńskiego gangstera. Po jakiejś grubszej robocie, gdy w Ameryce zaczął palić się Krawcowi grunt pod nogami, troskliwy szef wysłał go do rodzinnego Wilna na wypoczynek, aby spokojnie przeczekał, aż sprawa trochę przyschnie. Po przyjeździe nad Wilię przybysz z Chicago szybko odnowił stare znajomości i znużony bezczynnością postanowił zrobić coś w stylu amerykańskim. Udało się, ale nie do końca.

W całej Polsce rozpoczął się policyjny pościg za Krawcem, który ukrywał się przed stróżami prawa, wędrując po wsiach i miasteczkach kresowych, ucharakteryzowany na tracza, szukającego dorywczego zajęcia, to znów przywdziewał strój kolejarski. Podobno nosił perukę, sztuczne brwi i brodę. Kiedyś przebrał się w galowy mundur rotmistrza 12 Pułku Ułanów Podolskich z Białokrynicy. I znów umknął obławie.

Fantazja przestępcy rzeczywiście nie znała granic
O kolejnych miejscach jego pobytu ścigający gangstera agenci dowiadywali się po czasie. Rewizje i zasadzki nie przynosiły, więc, spodziewanych efektów. Z napływających meldunków wiedzieli tylko, że przemieszcza się przez kolejne kresowe województwa na południe kraju.

Tymczasem fantazja przestępcy rzeczywiście nie znała granic. Na przykład, w Równem wypożyczył mundur dorożkarski, dryndę i konia, po czym z powodzeniem wczuł się w rolę dorożkarza. Spokojnie jeździł sobie po mieście, podczas gdy na ulicach patrole policyjne legitymowały wszystkich mężczyzn.

Ucieczka w trumnie
Ale prawdziwym szczytem bezczelności amerykańskiego gangstera, przebywającego na gościnnych występach w Polsce, był numer, jaki odstawił w Krzemieńcu, na którego ulicach pojawił się w mundurze starszego posterunkowego Policji Państwowej i gorliwie pomagał stróżom prawa szukać groźnego bandyty, niejakiego Krawca, czyli samego siebie.

Ktoś widział go przelotnie na dworcu w Tarnopolu i na targu w Trembowli. Kolejne, jak zwykle spóźnione, meldunki mówiły o pobycie przestępcy w Czortkowie i w Kołomyi.

W Stanisławowie, gdzie pojawił się kilka dni później, policja już już miała go prawie w rękach. Obstawiono całą dzielnicę za dworcem, gdzie według informatorów ukrył się Krawiec i systematycznie przeszukiwano dom za domem, piwnicę za piwnicą, strych za strychem; wszystkie sklepy, składy i zakłady rzemieślnicze. Mysz nie miała się prawa wymknąć, a co dopiero człowiek.

Wkrótce okazało się, że nawet tak daleko posunięta skrupulatność policyjna to stanowczo za mało, jak na gangstera, któremu w Ameryce szefował sam sławny Al Capone. W ostatniej chwili Krawiec zatrzymał na ulicy wóz, przewożący ze stolarni gotowe trumny do sklepu, ułożył się w jednej z nich, wręczył woźnicy sporą sumę pieniędzy za milczenie, i w ten sposób bez przeszkód wydostał się poza pierścień obławy, a następnie z miasta.

W końcu sprytny gangster zdołał wykołować wszystkich i przez zieloną granicę w Karpatach uciekł do Ameryki, gdzie, korzystając z pomocy kumpli, przepadł jak kamień w wodę.

Włodzimierz Paźniewski
Tekst ukazał sie w nr 2 (78) 2-13 lutego 2009

Projekt współfinansowany w ramach sprawowania opieki Senatu Rzeczypospolitej Polskiej nad Polonią i Polakami za granicą za pośrednictwem Fundacji Wolność i Demokracja.

©2011-2020 Wszelkie prawa zastrzeżone
Warunkiem zgody na przedruk całości lub części artykułow i informacji zamieszczonych na naszym portalu jest powołanie się na Kurier Galicyjski. Za treść ogłoszeń, oświadczeń i reklam redakcja nie ponosi odpowiedzialności i pozostawia sobie prawo do skrótów nadesłanych tekstów. Zamieszczamy również teksty, treść których nie odpowiada poglądom redakcji.