Przypadek Lothara Hermanna

Przypadek Lothara Hermanna

Ikonografia nie kłamie i jest na ogół czytelna we wszystkich kręgach kulturowych. Boginię Sprawiedliwości symbolizuje od wieków postać dojrzałej kobiety z wagą w ręku. Oczy ma przesłonięte przepaską, gdyż sprawiedliwość koniecznie powinna być ślepa, tj. bezstronna. Zdaje się, że kilkadziesiąt lat temu ten widok uległ pewnej przypadkowej modyfikacji za sprawą Lothara Hermanna (1901–1974), niemieckiego Żyda, ocalałego z Holocaustu, który wyemigrował do Argentyny. Być może w ten sposób pragnął wymknąć się tragicznym wspomnieniom, choć nie jest to do końca pewne.

Mniej więcej w tym samym czasie na kilku kontynentach trwało polowanie na Adolfa Eichmanna, jednego z głównych zbrodniarzy hitlerowskich, który przez piętnaście lat skutecznie unikał zastawionych na siebie pułapek. Pojawiały się coraz to nowe adresy i tropy. Część okazała się fałszywa. Być może celowo rozpowszechniano je dla zmyłki. Sporo śladów przeskakiwało Atlantyk i prowadziło do krajów Ameryki Łacińskiej, które z chęcią dawały po wojnie schronienie hitlerowcom. Na liście protektorów czołowe miejsce zajmowały: Argentyna, Brazylia i Paragwaj. Tam mogli czuć się bezpiecznie. W swoich nowych kryjówkach hitlerowscy bonzowie urządzali się za pieniądze, które wcześniej zrabowali pomordowanym. Bieda im w każdym razie nie groziła. Również dlatego pogoń za Eichmannem przypominała serię porażek. Nawet Mossad, znany ze swojej mocno przesadzonej sprawności i niekonwencjonalnych metod działania, wywiad izraelski, nie miał się czym pochwalić. Okazało się, że do czasu.

Niewidomy detektyw
Moim zdaniem Hermann nadaje się na współczesny symbol sprawiedliwości jak mało kto. W jego przypadku zbędna okazała się nawet przepaska na oczy, ponieważ był niewidomy. Wzrok stracił wskutek ciężkiego pobicia, gdy Niemcy uwięzili go w obozie koncentracyjnym Dachau. To, że udało się mu uratować życie sam uznawał za prawdziwy cud.

Tak naprawdę cała sprawa daje bardzo dużo do myślenia. Ostatecznie Eichmanna odnalazł, namierzył i zidentyfikował ślepiec, w czym tkwi jakiś wspaniały paradoks historii. Przecież dokonał tego w pojedynkę niepełnosprawny mężczyzna, wyręczając w ten sposób służby specjalne potężnych państw, które posiadają na każde skinienie setki uzbrojonych agentów, nowoczesne wyposażenie techniczne i nieograniczone środki finansowe.

Kalectwo Hermanna okazało się w całej tej sprawie okolicznością kłopotliwą, gdyż nie ułatwiało sytuacji, podkopywało także wiarygodność jego rewelacji. Początkowo nikt nie dawał posłuchu jego twierdzeniu, że mieszkający w niezbyt rzucającej się w oczy dzielnicy Bancalari w Buenos Aires (to miejsce nie pojawiało się w wiadomościach) niejaki Riccardo Klement i Adolf Eichmann to jedna i ta sama osoba. Brano to za wynik poobozowych urazów psychicznych dawnego kacetowca lub produkt jego nazbyt obolałej wyobraźni. Sprawiedliwość to także pewna wijąca się przez stulecia tradycja, zawsze ma duże kłopoty, aby przebić się z prawdą do szerszego grona ludzi lub instytucji.

Na szczęście znalazł się jeden człowiek, który potraktował go poważnie. Był nim prokurator Hesji Fritz Bauer. Rzecz ciekawa, o tym, gdzie należy szukać Eichmanna nie poinformował władz RFN, lecz bardzo dyskretnie przekazał tę wiadomość bezpośrednio Izraelczykom. Chyba wiedział co robi.

 

Lothar Hermann (Fot. img.jspace.com)Chronili zbrodniarza
Oficjalnie Niemcy także ścigały Eichmanna, lecz czyniły to w taki sposób, aby go nigdy nie dopaść. Dopiero niedawno, po otwarciu archiwów, okazało się, że wywiad niemiecki co najmniej od ośmiu lat dokładnie wiedział, gdzie przebywa Eichmann, co robi i jakie przybrał nazwisko, ale informacje te rozmyślnie utajniono. Całymi latami demokratyczne państwo niemieckie kryło jednego z największych zbrodniarzy, co o tym państwie mówi prawie wszystko. Ujawnienie, że zdemaskowano miejsce pobytu sprawcy Holocaustu przed władzami niemieckimi mogło doprowadzić do ostrzeżenia Eichmanna kanałami wywiadowczymi o grożącym mu niebezpieczeństwie, a w konsekwencji spowodować jego ucieczkę z Buenos Aires i w ogóle z Argentyny. W tej sytuacji tropienie przestępcy trzeba by zacząć od początku. Na szczęście tak się nie stało.

Być może Bauer pamiętał szokujące oświadczenie Adenauera z 1951 roku, które nie pozostawiało żadnych złudzeń: „Pora przestać węszyć za nazistami. Jeśli raz zaczniemy, nie wiadomo dokąd nas to zaprowadzi”. Staremu sklerotykowi trudno się dziwić, skoro w tym czasie co trzeci członek jego gabinetu był w przeszłości funkcjonariuszem NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników). Dawni hitlerowcy okupowali również co czwarty fotel w Bundestagu. O sądownictwie i administracji nie ma co nawet wspominać. Po przewiezieniu zbrodniarza do Izraela, kanclerz Niemiec w ostrych słowach potępił uprowadzenie Eichmanna i wystąpił o jego ekstradycję. Dzisiaj Adenauer posiada opinię światłego Europejczyka i prawdziwego demokraty, co jest dużą przesadą i w wielu przypadkach ten propagandowy lakier zupełnie kłóci się z rzeczywistością, a zestawiony z faktami pęka i odpada całymi płatami. To jeszcze jednej wątek fałszowania niemieckiej historii na potrzeby bieżącej polityki. Cały proceder zaczyna się od wybielania i przeinaczania nazistowskiej przeszłości. Dopiero w fazie następnej można pokusić się na pomniejszanie odpowiedzialności.

Początkowo również Izraelczycy nie przykładali się do sprawy jak należy. Gubiła ich rutyna i opieszałość. Poza tym argentyński sygnał nie brzmiał dla nich zbyt wiarygodnie. Przeżyli już tyle fałszywych alarmów, że zdążyli się do nich przyzwyczaić! Dlatego dosyć sceptycznie odnosili się do każdej nowej informacji. Prezydent Ben Gurion nieledwie kijem musiał poganiać odpowiednie służby do szybszego działania, przynaglany do pośpiechu przez prokuratora Bauera. W każdej chwili Eichmann mógł przecież zorientować się, że jest dyskretnie śledzony, a jacyś podejrzani osobnicy obserwują miejsce jego zamieszkania. W końcu Isser Harel, ówczesny szef Mossadu ostro wziął się do pracy i od tej pory wszystko przebiegało zgodnie z planem, choć nie bez przeszkód i licznych komplikacji, jakich w tego typu operacji, daleko poza granicami kraju, trudno było uniknąć. Ale to jeszcze nie koniec opowieści, mającej wiele rozwidlających się wątków.

Stryczek na szyi
Do sceny jaka rozegrała się trzydziestego pierwszego maja 1962 roku w izraelskim więzieniu, gdy kat Shalom Nagar założył Eichmannowi stryczek na szyję i uruchomił zapadnię, musiało upłynąć sporo czasu. Przebieg porwania zbrodniarza przez agentów (na pokład izraelskiego samolotu, przemycono go w mundurze pilota linii „El-Al”, uśpiwszy w ten sposób czujność argentyńskiej ochrony lotniska) i jego proces są na ogół znane, do czego przyczyniła się książka „Eichmann w Jerozolimie”, którą napisała Hannah Arendt, formułując przy okazji swoją uniwersalną tezę o „banalności zła”. Zwłoki zbrodniarza spalono, a popiół wrzucono do Morza Śródziemnego.

W tym miejscu pora, aby na zakończenie tego tekstu pojawił się, często pomijany przez historyków jako mało ważny, wątek literacki, co sprawie kilkunastoletniej pogoni za Eichmannem nadaje posmak lekko romantyczny i wzbogaca ją o iście teatralną dramaturgię współistnienia winy i kary oraz uwikłania jednostek w komplikacje uczuciowe, bez oglądania się na historię. Ostatecznie okazało się, że tylko czysty zbieg okoliczności zaprowadził Eichmanna przed oblicze sprawiedliwości, której nie potrafił się wymigać, choć skutecznie wodził ją za nos przez kilkanaście lat, najpierw w Niemczech, gdy w obozie jenieckim udawał przed aliantami lotnika. Doskonałym posunięciem było podjęcie przez jego żonę w Niemczech procedury prawnej, mającej uznać męża za osobę zmarłą, co jej się udało. W ten sposób Eichmann, główny wykonawca i nadzorca „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” w III Rzeszy, przestał istnieć, przynajmniej w papierach i w sferze prawnej.

Dalsze szczegóły brzmią jak fabuła powieści sensacyjnej. Hermann miał szesnastoletnią córkę Silvię. Pewnego dnia zaproponowała ojcu, że przedstawi mu swojego chłopaka imieniem Klaus, którego postanowiła zaprosić do domu, ponieważ pragnęła, aby się poznali. Miał dwadzieścia lat, był więc starszy od dziewczyny i pochodził z Niemiec, skąd wyjechał po wojnie do Argentyny z matką i braćmi. Podobno sprawiał na ludziach bardzo sympatyczne wrażenie i dał się lubić. Nic nie zapowiadało takiego finału, lecz tym razem przypadek rzeczywiście zadbał o każdy najdrobniejszy detal. Klaus (rocznik 1936), okazał się jednym z czterech synów Eichmanna. To on stopniowo, krok po kroku, doprowadzi niewidomego tropiciela do zbrodniarza. Sytuacja trochę jak z tragedii greckiej, z losem i przeznaczeniem w tle oraz mściwym działaniem bogów. A to ci pech, zakochać się w córce niedoszłej ofiary swego ojca!

Szekspir lepiej by tego wszystkiego nie wymyślił.

Włodzimierz Paźniewski
Tekst ukazał się w nr 10 (182) 31 maja – 13 czerwca 2013

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X