„Przeki” i „Szoszoni”

„Przeki” i „Szoszoni”

Niezorientowanym w przygranicznym slangu polsko-ukraińskim wyjaśniam.

To nie będzie tekst o Indianach. „Przek” to w gwarze dzisiejszego pogranicza po prostu synonim Polaka. Gdy „Przek” otwiera usta, słychać już z oddali „prze…, przy…” – przepraszam, przecież to jasne. Z drugiej strony słychać uproszczone „szo, szo” (od szczo – a szczob ty skys). Ot i mamy „Szoszona”. Próżno szukać dziś Lachów.

Kraj „Przeków” i „Szoszonów”
„Przek”, choć jest wyrażeniem mało pięknym, nie ma pejoratywnego wydźwięku, „Szoszon” też.

Kraj „Przeków” i „Szoszonów” rozciąga się po obu stronach dzisiejszej polsko-ukraińskiej granicy.

Kiedyś, w latach dziewięćdziesiątych minionego stulecia był bardziej rozległy. „Szoszoni” głębiej penetrowali ziemie „Przeków”. Docierali zwartymi grupami do Polski centralnej. Pełno ich było na warszawskich i podwarszawskich bazarach, budowach, fermach, gospodarstwach. Dziś na odchodzących pomału w niebyt bazarach typu warszawski Stadion Dziesięciolecia częściej można spotkać ludzi o śniadych obliczach i skośnych oczach.

Powolny proces „uszczelniania” granicy razem z przygotowaniami do wstąpienia, a potem samym wstąpieniem kraju „Przeków” do Unii Europejskiej pomału przymykał drzwi przed „Szoszonami”. Wprowadzono wizy. Bezpłatne, ale trzeba się było udać po nie do Lwowa, stanąć w kolejce. Wielokilometrowe karawany kierowanych przez „Szoszonów” ład, moskwiczy i starych opli zmalały. Zastąpiły je karawany starych volkswagenów, mercedesów i polonezów, prowadzonych przez przedsiębiorczych „Przeków”, mieszkających w pobliżu granicy.

„Przek” wizy nie potrzebuje, a benzyna w kraju „Szoszonów” jest dwa razy tańsza. Papierosy też. „Szoszoni” natychmiast przystosowali się do nowej sytuacji.

Na przygranicznych stacjach benzynowych pojawiły się proste najazdy z drewnianych belek – najeżdżając jednym kołem samochodu na taką belkę, można zatankować znacznie więcej. „Szoszon” sprzeda, „Przek” kupi i też sprzeda innemu „Przekowi” po drugiej stronie granicy. Zresztą „Szoszoni” też jeździli – tyle, że ostatnio mniej. Barierą, choć nie do końca szczelną, była wiza. Kilkugodzinne kolejki na granicy tworzyły głównie kursujące tam i z powrotem samochody z polską rejestracją. W ubiegłym roku konsulat polski we Lwowie wydawał po 2000 wiz dziennie.

To światowy rekord, choć realne potrzeby oceniane są na dwukrotnie większe.

W końcu ubiegłego roku Polska weszła do strefy Schengen.
Ziemie „Przeków” i „Szoszonów” przeorała granica, przekroczenie której wymaga spełnienia szeregu warunków, w tym jasnego potwierdzenia celu wyjazdu. Jest też kosztowne.

Nic tu nie pomoże umowa o uproszczonym systemie wydawania wiz pomiędzy Ukrainą i Unią Europejską, ratyfikowana niedawno w ukraińskim parlamencie. Jest tam o naukowcach, studentach, politykach i biznesmenach, czyli ludziach, na których zależy politykom obu stron.

Od kontaktów z babcią z papierosami i rycerzami benzynowych szlaków są celnicy. Z pozoru wszystko w porządku.

„Szoszoni” nie dają jednak za wygraną
Dla nich to sprawa: „być albo nie być”. Ostatnio skutecznie zablokowali przejście graniczne Krakowiec – Korczowa.

Z dwóch stron granicy zjechali się przedstawiciele władz. Przekonywali, że sprawę powinna załatwić umowa o małym ruchu przygranicznym, dająca prawo ludziom zamieszkałym w pasie 50 km od granicy przekraczania jej w sposób znacznie uproszczony i poruszania się w analogicznej strefie po drugiej stronie. System taki działa już na innych odcinkach granicy ukraińsko-unijnej: ze Słowacją i Węgrami.

U podstaw takiego rozwiązania leżą względy ludzkie i humanitarne, kontakty z rozdzielonymi rodzinami itp.

Jednak nie oni blokują granicę. Telewizja ukraińska prawie codziennie relacjonuje wydarzenia „na kordonie”. Udzielający wywiadów „Szoszoni” bez żenady mówią, o co w tej sprawie chodzi. Pokazują, jak przemycić parę kartonów papierosów, ile można zarobić na zbiorniku benzyny i przewiezionym alkoholu. Z mieszkającymi po drugiej stronie „Przekami” też można by zrobić podobne wywiady – gdyby zechcieli ich udzielić.
Żyjący „z granicy” „Przeki” i „Szoszoni” ściśle współpracują ze sobą. Inaczej nic by się nie udało. Konkurują też. Bezwzględnie. Zazdroszczą sobie. „Oni jeżdżą bez wizy, handlują. A my?” – to wypowiedź zarejestrowana niedawno przed kamerą jednego z kanałów ukraińskiej telewizji.

Jak nie wiadomo, o co chodzi – to chodzi o pieniądze
Niewielkie. Takie, by przeżyć parę następnych dni. Mafia, wielki przemyt, wielka kasa – o tym większość „Przeków” i „Szoszonów” może obejrzeć tylko film w wieczornym programie telewizji.

Sytuacja jest patowa
Polskie doświadczenia ubiegłych lat z granicy czeskiej i niemieckiej wskazują, że wyeliminowanie nielegalnego handlu przygranicznego metodą li tylko wprowadzania kolejnych zakazów i ograniczeń nie rozwiązuje niczego.

Czekać na wyrównanie poziomów życia i cen po obu stronach granicy, co automatycznie likwiduje rzeczone zjawiska, trzeba jeszcze długo. Zostaje, najszybciej jak to możliwe, zwiększyć ilość przejść granicznych, poprawić ich infrastrukturę i „przepustowość”. W sposób skoordynowany po obu stronach.

Piękne słowa – prawda? Niby oczywiste, znane od lat. I co? I nic.

Jak to? Tyle programów, uzgodnień, obiecanek, a niektórzy mówią, że także działań.

Dopóki jednak czas przekroczenia granicy będzie się mierzyło w godzinach (i to wielu!), będzie to świadectwem nieudacznictwa i działań pozornych, tych czy tamtych ludzi, czy też struktur za to odpowiedzialnych.

Nikt mnie nie przekona, że sprawa ma się inaczej.

Granica bezwładu i upodlenia.
Tak właśnie wygląda dzisiejsza granica polsko-ukraińska. Pyk, pyk, pomalutku. Jeszcze jeden, dwa, czasem pięć samochodów uzyskuje „prawo wjazdu” w strefę odprawy samochodów osobowych. Kolejka do odprawy. Po odprawie znów bywa parogodzinne oczekiwanie na odprawę drugiej strony na „ziemi niczyjej”. Trudno zaobserwować wzmożoną pracę służb granicznych i celników. Co się dzieje wewnątrz szczelnie zasłoniętych budek – nie wiadomo.

Z wielu pasów przeznaczonych do obsługi czynny jest jeden lub dwa. Lepiej nie zadawać głupich pytań. Może się skończyć jeszcze dłuższym staniem. Władza pograniczników i służb celnych jest tu w praktyce nieograniczona. Nie podoba się? Dopiero zobaczysz, jak może być.

„Ej, ty – masz pieniądze?” – zwrócił się kiedyś funkcjonariusz polskiej straży granicznej do towarzyszącego mi doktora nauk jednego z ukraińskich uniwersytetów. Osoby wielce zasłużonej dla miejscowego środowiska polskiego. Wiem, wiem, wystarczy zapisać numer owego dzielnego żołnierza i zgłosić, gdzie trzeba. Ale po pięciu godzinach oczekiwania w nieprzesuwającej się kolejce chęć do każdego działania, powodującego zwłokę, mija. Przed nami jeszcze parę setek kilometrów. Może to jednak nie my powinniśmy się tym zajmować. Tym bardziej, że opisany przypadek wcale nie jest ewenementem.

Gdzie jesteśmy, dokąd idziemy?
Mówią, że do EURO 2012. Układane są programy rozwoju turystyki po obu stronach granicy, rozwoju euroregionów itp. Panowie! Z czym do gości? W latach osiemdziesiątych dane mi było wielokrotnie przekraczać rozdzielającą wówczas dwa wrogie sobie bloki granicę niemiecko-niemiecką. Były zasieki, pola minowe. Tak!

Ale trwało to krócej!

Czarnowidztwo?
Media zawsze skupiały swą uwagę na zjawiskach negatywnych. Czy naprawdę jest tak źle? Dobrze z pewnością nie jest. Tym bardziej, że sprawa dotyczy państw, mówiących o sobie per „strategiczny sojusznik”.

Wytłumaczyć można wiele, ale przyznacie, że cokolwiek dziwnie wygląda ta strategia w praktyce. Na informację o Unii Europejskiej i NATO idą z funduszy unijnych, a także polskiego budżetu niemałe środki. Organizuje się konferencje naukowe, szkolenia, spotkania.

Nic nie zastąpi jednak kontaktu zwyczajnych ludzi. To oni stanowią najważniejszy nośnik idei wspólnej Europy. Właśnie oni – „Przeki” i „Szoszoni”.

Marcin Romer
Tekst ukazał się w nr 2 (54) 28 stycznia 2008

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

*

code

X