Prosto z Gruzji: o Swanach, kapuście i wendetcie

Prosto z Gruzji: o Swanach, kapuście i wendetcie

Widok z dachu wieży. Region ten charakterystyczny jest ze względu na liczne wieże (po gruzińsku: koszka) jeszcze z IX-XII w. Pod nimi są przeprowadzone tunele, dzięki którym można się było przemieszczać w czasie wojen, prowadzonych pomiędzy rodzinami (Fot. Joanna Demcio)Pierwszy dzień w Mestii, to właściwie tylko na szybko wrzucony posiłek, pogawędki z miejscowymi i przetrwanie nocy w lodowatym pomieszczeniu. Moje ciało, po odbytej drodze, i tak już na nic nie reaguje. Dopiero następny dzień można uznać za początek swaneckiej przygody.

 

W planach mamy spacer po górach, po drodze jednak chcemy zahaczyć o muzeum etnograficzne. Drzwi są zamknięte, a stróż mówi, że to przez wizytę prezydenta Saakaszwilego. Gdy parę godzin później przychodzimy znowu, możemy już wejść do środka. Prezydent jednak nie zjawił się w ogóle. Po miejscowości rozeszła się plotka, że nie dotarł do muzeum, bo go… spito.

Miejscowe wino dość szybko uderza do głowy. O czym mogliśmy się przekonać już wieczorem, na imprezie – konkursie talentów. Trafiliśmy tam zupełnym przypadkiem. Gdy weszliśmy do sali, wszyscy goście byli odstawieni – krawaty, najlepsze sukienki. Pomimo naszych zabłoconych traperów, dostaliśmy stół zastawiony jedzeniem i winem oraz nakaz wzięcia udziału w konkursie, na przygotowanie mieliśmy 10 minut. Nasza „międzynarodówka” chyba sobie całkiem nieźle poradziła, bo dostaliśmy w nagrodę czajnik do parzenia herbaty.

To jednak było zaledwie preludium do tego, co się miało stać tego wieczoru. A „stać się miały” urodziny Miszy, wspomnianego kolegi z Krakowa. Planowana, zamknięta impreza dla paru gości w jedynej restauracji w mieście, zamieniła się w wielki lokalny festyn. Od lekarzy, przez rolników i policjantów, po pseudobiznesmenów – towarzystwo mieszane, jednym słowem. A każde towarzystwo ma to do siebie, że jak popije, to zaczyna mówić.

Wtedy to dowiedziałam się, że co druga rodzina w Mestii ma cały arsenał w piwnicy, a handel bronią kwitnie, oczywiście ze względu na granicę z Rosją. Porwania wciąż się zdarzają, ale tylko dla okupu (z tym, że jednak odkąd Saakaszwili doszedł do władzy proceder ten staje się rzadkością). Jakby tego było mało, miejscowi nadal podtrzymują tradycję wendetty (około pięciu członków tego społeczeństwa ginie rocznie z ręki Pani Zemsty). Nie czekamy długo, by i nas dosięgła. Dnia następnego, pakujemy rzeczy i staczamy się marszrutką w dół. Tym razem bez kapusty.

P.S. Każdy region Gruzji śmieje się z innego, o Swanach mówi się, że są niezwykle powolni, nawet w myśleniu. Jeden z żartów, które usłyszałam w Tbilisi: „Pewien Swan chrapał tak głośno, że sam się od tego obudził i przeszedł do drugiego pokoju”.

Joanna Demcio
Tekst ukazał się w nr 21 (121) 16 – 29 listopada 2010

X