Propaganda a polityka historyczna Ukrainy. Część I

Na kanwie wystawy historycznej ukraińskiego IPN.

Przecież skoro zapalają gwiazdy – widać – komuś jest to potrzebne?” [tłum. Wiktor Woroszylski] – pisał rozkrzyczany poeta sowiecki Włodzimierz Majakowski. Jeżeli na Ukrainie urządza się wystawy o tematyce historycznej, to o coś tu chodzi. Przyzwyczailiśmy się do tego, że historia jest u nas instrumentalizowana na wszelkie sposoby. Najbardziej – dla legitymizacji władzy, usprawiedliwienia jej haniebnych działań, propagandy i prowadzenia wojny informacyjnej. Mieszkamy na przeklętym przez historię terenie i napawamy się trucizną historyczną, mylnie uważając ją za panaceum na wszystkie nieszczęścia. Nie chcemy pojmować tego, że historia nas dzieli, a głębokich rowów z przeszłości w świadomości społecznej nie da się szybko zasypać.

Pytanie jest też w tym, czy chcemy zasypać te rowy, czy pragniemy jedynie przyswoić sobie wyłączne prawo do ich kontroli? Bo te rowy to różna pamięć historyczna ukraińskiego społeczeństwa. Jeżeli historyczna polityka państwa nie jest skierowana na pogodzenie tych pamięci, to jest ona nie mniej szkodliwą i niebezpieczną niż złowroga propaganda. Ma to stosunek do propagandy i kontrpropagandy. Nie należy się oszukiwać, że propaganda może dać stały efekt, bo jest to jedynie zniekształcona na potrzebę chwili prawda. Kontrpropaganda natomiast stawia tych, którzy ją uprawiają, na zawczasu przegranych pozycjach, bo przewiduje działania reaktywne, czyli skazuje na stałe plątanie się w ogonie czyjejś propagandy.

A zatem, o historycznej polityce niezależnej Ukrainy. Jej dwudziestopięcioletnia historia wskazuje na to, że historyczną politykę w państwie uprawiali ci, kto dorywał się do funduszy budżetowych i poprzez swe decyzje określał bohaterów, ustanawiał daty obchodów, organizował uroczystości i konferencje naukowe. Gdy władza się zmieniała, zmieniał się też kierunek polityki pamięci. Zmieniały się nie do poznania interpretacje wydarzeń historycznych oraz określanie miejsca i roli niektórych osobistości z przeszłości. Jedyne, co łączyło takich twórców polityki historycznej – to pragnienie narzucić wyłącznie swój kanon współczesnej narracji historii.

Swoją politykę historyczną prowadził prezydent Leonid Krawczuk, który jeszcze wczoraj był ideologicznym sekretarzem KC KPU. Również Leonid Kuczma, dla którego na początku historia nic nie znaczyła, zaczął prowadzić ekwilibrystykę historyczną pomiędzy Wschodem i Zachodem. W okresie prezydentury Wiktora Juszczenki wydawać się mogło, że jedynie o historii prezydent myśli i nie interesuje go życie realne. Nawarzywszy piwa na niwie polityki historycznej, wykorzystując ją przeciwko swoim oponentom politycznym, „pogodziwszy” Wschód i Zachód, prezydent Wiktor I najspokojniej przekazał stery państwa Wiktorowi II (Janukowyczowi). Ten mianował głównym historykiem państwa Dmytra Tabacznyka. O żadnym pogodzeniu pamięci już mowy nie było, bo Tabacznyk postanowił zrewanżować się „nacjonalistom”. Zakończyło się to wszystko smutnie i tragicznie.

Po Rewolucji Godności, a szczególnie po tym, jak dla Ukraińców od Użhorodu po Dniepropietrowsk pojawili się wspólni bohaterowie (nie historyczni i sztuczni, a ci, którzy mieszkali obok i polegli w obronie Ojczyzny) wydawać by się mogło, że już nikt nie ośmieli się promować swych starych bohaterów, którzy nas zawsze dzielili i dzielić będą.

Lecz do władzy doszli ludzie pragmatyczni. Prezydent i premier nie mają czasu na politykę historyczną. Oni w dobrej wierze przekazali prawo jej uprawiania ukraińskiemu Instytutowi Pamięci Narodowej. Wprawdzie jakoś umknął im specyficzny dobór pracowników tej instytucji. Nie zauważyli, że trzon jego pracowników stanowią ludzie, zainteresowania naukowe, których są ściśle powiązane z tzw. „walką narodowo-wyzwoleńczą”. W praktyce oznacza to, że historycy ci stosują specyficzną metodologię badań i w centrum wydarzeń historycznych stawiają „walkę”, a dokładniej działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów. Przyjmują nacjonalistyczną interpretację wydarzeń, zawężając ich zasięg lub stosują wybiórcze podejście do historii.

„Ukraińska druga wojna światowa”
Abym nie był gołosłowny, przyjrzyjmy się nowej wystawie „Ukraińska druga światowa”, przygotowanej przez ukraiński IPN wspólnie z Centrum Badania Ruchu Wyzwoleńczego. Już od początku zastanawia dobór partnera. Nie dziwi tylko jego nazwa. Jest ona bardzo wymowna dla historyków, bo od razu wskazuje na to, że w centrum badań tego Centrum – przepraszam za tautologię – jest walka wyzwoleńcza Ukraińców w XX wieku. A jak nam dobrze wiadomo z poprzednich publikacji pracowników Centrum, wszystko sprowadza się do działalności ukraińskich nacjonalistów. Otóż na wystawie mamy do czynienia z próbą pokazania historii II wojny światowej przez pryzmat ukraińskich nacjonalistów. Cóż z tego wyszło?

Dyrektor IPN Wołodymyr Wiatrowycz podczas otwarcia wystawy w Kijowie ogłosił, że ich celem było pokazanie „całej różnorodności II wojny światowej, która toczyła się na terenach Ukrainy, i udział w niej Ukraińców”. Niestety, nic podobnego z treści wystawy nie wynika. I sprawa nie tylko w tym, że pan Wiatrowycz usiłuje wiele ukryć powołując się na „bezpaństwowość narodu ukraińskiego” za tezą, że Ukraińcy są najbardziej poszkodowanym narodem w tej wojnie. Sprawa w tym, że autorzy wystawy usiłują postawić na jeden moralny szczebel wszystkich żołnierzy „sześciu armii”, w których walczyli Ukraińcy. Trzeba rozumieć, że pogodzenie pamięci na Ukrainie Wołodymyr Wiatrowycz widzi w zrównaniu statusu tych, kto walczył w szeregach Wermachtu i SS, z tymi, kto walczył przeciwko hitlerowskim Niemcom. Na szczęście, wpływowość tego historyka ogranicza się jedynie do środowiska ukraińskiego.

Wołodymyr Wiatrowycz uważa również, że celem wystawy jest demontaż „starych sowieckich mitów o tej wojnie, które w znacznym stopniu wykorzystuje współczesna rosyjska propaganda, między innymi, aby zmobilizować ludzi do walki przeciwko Ukrainie”. Demontaż mitów i starych historycznych klisz to sprawa potrzebna i zaszczytna. Ale jedynie w przypadku, gdy zamiast nich nie narzuca się innych. Spróbujmy podjąć trud analizy treści wystawy.

Kto dla kogo był sojusznikiem?
Już w pierwszej części ekspozycji natykamy się na zdanie: „W wojnie walczyły dwa wojskowo-polityczne bloki – państwa Osi i Aliantów”. Najbardziej razi specjalistę terminologia i mowa wystawy. Nie wiadomo dlaczego autorzy stosują określenie „blok wojskowo-polityczny” do Aliantów. Jeżeli wśród państw Osi można dostrzec jakąś polityczną i ideologiczną jedność (choć blokiem te państwa nie były), to o jakiej wspólnocie politycznej Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Związku Sowieckiego można mówić? Robiąc taki daleko idący wniosek, autorzy nie docenili roli Związku Sowieckiego na początku. Dalej jest w tekście informacja, że ZSRS napadł na Polskę, a potem został sojusznikiem Aliantów, ale to należało napisać na wstępie.

Dalej możemy przeczytać: „Ukraina znalazła się w centrum światowego konfliktu, a jej mieszkańcy byli żołnierzami wszystkich armii, które walczyły na jej terenach”. Jeżeli już podtrzymywać tezę o tym, że Ukraińcy, wbrew własnej woli, zmuszeni byli ubierać się we wrogie mundury i walczyć przeciwko sobie, to aby nie zniwelować rzeczywistości, należałoby przenieść akcenty na ich dowództwo polityczne. Wówczas staje się zrozumiałe, że 27 sierpnia 1939 roku Drugi Wielki Zjazd OUN w Rzymie postanowił obrać jako wzór w walce o niepodległość Ukrainy nazistowską Trzecią Rzeszę. Trzeba uznać, że Ukraińscy nacjonaliści uważali za jedyną możliwą drogę przy wsparciu hitlerowskich Niemiec odebrać ziemie ukraińskie od Polski, Rumunii, Czechosłowacji i ZSRS. Zdaniem ukraińskich przywódców politycznych, nie było innego sojusznika, bo jedynie Niemcy chciały wziąć rewanż za przegraną wojnę. Ukraińcy planowali skorzystać na zbliżającym się kolejnym światowym konflikcie i ogłosić powstanie państwa ukraińskiego. Za tę decyzję ci, którzy ją podjęli, powinni odpowiedzieć przed historią.

Nie warto też wrzucać do tego worka Ukraińców sowieckich, którzy nie mieli swego politycznego kierownictwa i podporządkowywali się nakazom z Kremla. Nie można wpisać do tego „zbiorowego” portretu ukraińskiego żołnierza również żołnierzy amerykańskich czy kanadyjskich sił zbrojnych. Jako karni obywatele, a może oddani patrioci swoich państw, walczyli oni nie za Ukrainę, a przeciwko faszyzmowi, narodowemu socjalizmowi i w ogóle przeciwko totalitaryzmowi. Nie wpisują się do tego koła także 120 tys. wspomnianych na wystawie mieszkańców Zachodniej Ukrainy, wcielonych we wrześniu 1939 do Wojska Polskiego. Nie wpisują się, bo nie było to ich decyzją, ale obowiązkiem. I jeżeli założyć, że na taki krok błogosławiły ich legalne partie polityczne, które z wybuchem wojny ogłosiły, że wypełniają swój obowiązek względem Państwa Polskiego, to tę decyzję unicestwia inny uczynek – decyzja OUN w uzgodnionym z Abwehrą rozpoczęciu antypolskiego powstania na tyłach wojsk polskich. Po prostu niekomfortowo będą się czuli ci spośród 120 tys. Ukraińców w jednym towarzystwie z nielicznym oddziałem Romana Suszki.

Wspomniana narracja wystawy nie przestaje zadziwiać. Na przykład twierdzenie o tym, że „na tle walk pomiędzy uczestnikami dwóch koalicji w świecie rozwijają się ruchy wyzwoleńcze”. Jeżeli mówić otwarcie, to aż do końca 1942 roku ruch ukraiński był nie „na tle” a w wojsku – jedni w jednostkach Wermachtu, inni – w Armii Czerwonej. Natomiast na świecie początkowo rozwijały się nie ruchy „wyzwoleńcze”, ale ruchy oporu. Właściwie termin ten można by zostawić, jeżeli nazwać służbę w „Rolandzie”, „Nachtigalu” i innych jednostkach hitlerowskich ruchem wyzwoleńczym.

Kolejny głęboko przemyślany wniosek autorów wystawy zmusza do zastanowienia się nad ich pojmowaniem definicji „wolności”. Twierdzą bowiem: „Walka Ukraińców o wolność trwała jeszcze przez dziesięć lat po zakończeniu II wojny światowej”. Czy ma to oznaczać, że działania ukraińskich oddziałów w Wermachcie i SS, czystki etniczne Polaków na Wołyniu w wykonaniu UPA pod ideowym kierownictwem OUN były walką o wolność? Co wtedy jest wolnością? Nawet, jakby rzecz szła o niezależną państwowość Ukrainy w pojęciu ówczesnych nacjonalistów, którzy wyznawali totalitarną ideologię ukraińskiego integralnego nacjonalizmu, to trzeba było koniecznie napisać, jakim wyobrażała sobie ówczesna OUN ten ideał państwa. Na szczęście mamy obecnie na ten temat poważne opracowania naukowe. O żadnej „wolności” mowy tam nie ma.

O zwycięzcach i zwyciężonych
Wprowadzenie do podstawowej treści wystawy zbudowane jest według tradycyjnego nacjonalistycznego schematu: rozpad Imperium Rosyjskiego – Centralna Rada – URL – ZURL – Akt połączenia – wroga agresja – utrata suwerenności. Choć z formalnego punktu widzenia, wszystko wygląda logicznie, schemat ten jest wadliwy w wielu aspektach. Sprowadzanie upadku ukraińskich państwowotwórczych wysiłków jedynie do obcej interwencji jest wadliwe z historycznego punktu widzenia. Jasne, że autorzy zechcieli zabawić się w historyczne porównania z dniem dzisiejszym. Mówiąc, że znów odwieczny wróg czyha na naszą suwerenność. Z punktu widzenia propagandy może to dać pewien efekt, ale naprawdę krótkotrwały. W czym rzecz? Sprawa w tym, że autorzy wystawy zignorowali całkowicie fakt, że państwo ukraińskie przestało istnieć nie tylko przez zewnętrzną interwencję. Zostawmy poza uwagą nawet ogólne nieporozumienia pomiędzy socjalistami, monarchistami, komunistami. Ukraina przegrała dlatego, że w pierwszej wojnie przegrały państwa centralne, z którymi ona ściśle wiązała wszystkie swoje plany.

To, że pośród realnych sojuszników Ukrainy znalazły się jedynie Austro-Węgry i Niemcy, skazywało młode państwo na szereg porażek. Między innymi i na arenie międzynarodowej, gdzie słowo należało do zwycięzców z państw Ententy. I o tym mieliby opowiedzieć autorzy wystawy. Wówczas łatwiej byłoby zrozumieć, dlaczego ukraińskie kierownictwo polityczne znalazło się na emigracji i nadal było związane z Niemcami.

Wersalsko-waszyngtoński system umów niezwykle ograniczył politycznie kraje byłego Czwórprzymierza (Austro-Węgry, Niemcy, Bułgaria i Turcja – red.). Austrii i Niemcom zakazano łączyć się kiedykolwiek, utraciły one olbrzymie tereny i musiały zapłacić olbrzymią kontrybucję. Lecz najbardziej dotkliwym okazało się ograniczenie wojskowego potencjału Niemiec. Z frontu powróciły dziesiątki tysięcy oficerów, którzy nie umieli żyć w cywilu. Ta właśnie grupa stała się ogniskiem stałego niepokoju i źródłem niemieckiego rewanżyzmu. Ukraińskie kierownictwo polityczne, znalazłszy się na emigracji, nie znalazło niczego lepszego, jak dostosować plany ukraińskie do rewanżystowskiej polityki Niemiec. To właśnie było prawdziwą przyczyną sojuszu ukraińskich nacjonalistów z niemieckimi nazistami, a nie „bezpaństwowość ukraińskiego narodu”, jak twierdzą autorzy wystawy.

Można powiedzieć, że w tej części wystawy jest wiele nieścisłości i dziwnych z punktu widzenia historii wniosków. Na przykład: na liście państw, które doznały porażki w I wojnie światowej nie ma Austrii, Węgier i Ukrainy. Zaskakuje też, dlaczego obok „następców przegranych” obok Niemiec widnieje Związek Sowiecki? Twierdzenie, że porażka w wojnie stała się przyczyną „demokratycznej rewolucji lutowej, a później radykalnego październikowego przewrotu bolszewickiego”, mówiąc delikatnie, dziwi. Rosja, jako uczestnik Ententy, nigdy wojny nie przegrała, a więc, wszystkie dalsze przedstawione na wystawie wnioski stwarzają wątpliwości co do kompetencji jej autorów.

O tym, co w treści wystawy zbiega się z nazistowskim wyjaśnieniem wydarzeń II wojny światowej, jakie aluzje można wysnuć pomiędzy aneksją Czechosłowacji i Krymu, agresją Rosji przeciwko Ukrainie i marionetkowymi DRL i ŁRL można prześledzić w interpretacjach autorów wystawy, jak również o ich wyjaśnieniu pojęcia „naród podzielony”. O tym wkrótce, w drugiej części artykułu.

Wasyl Rasewycz
Artykuł w wersji ukraińskiej ukazał się na portalu zaxid.net 30 września 2015 r.
Tekst ukazał się w nr 20 (240) 29 października – 16 listopada 2015

X