Pożegnanie z bronią

Pożegnanie z bronią Malownicza ul. Karpińskiego stała się kupą gruzów (z kolekcji Wołodymyra Szulepina)

Natarcie, które przemieniło się w odwrót

6 lipca 1917 roku uderzyło naraz 300 armat, stojących na ulicach, placach, podwórkach i na przedmieściach Stanisławowa. Tak zaczęło się potężne natarcie, które do historii wojskowości wejdzie jako „ofensywa Kiereńskiego”. Front stał wówczas na Bystrzycy Sołotwińskiej – w Jamnicy już były okopy austriackie. Obronę sprzymierzonych udało się przełamać i Rosjanie ruszyli naprzód.

Przez dwa tygodnie mieszkańcy miasta obserwowali, jak w dzień i w nocy ciągnęły na Zachód tabory z amunicją i bronią. Jednak nagle linia frontu się załamała. Jeśli dotychczas natarcie w okolicy Stanisławowa rozwijało się pomyślnie – udało się zdobyć Kałusz i posunąć się w kierunku Bolechowa, to na północy sprawy potoczyły się kiepsko. Pod Złoczowem kontratakowali Niemcy. Faktycznie udało im się rozgromić rosyjską XI Armię. Jej niedobitki wycofywały się tak szybko, że wkrótce wojska cesarza weszły do Tarnopola.

Dowództwo sąsiedniej VIII Armii zrozumiało, że jeżeli nie rozpocznie natychmiastowego odwrotu, to ryzykuje znalezienie się w kotle. Ale zorganizowany odwrót – to też sztuka wojskowa. Temu zadaniu rosyjska generalicja, niestety, nie sprostała. Bardzo szybko utracono kontrolę nad olbrzymimi ludzkimi masami, które powoli sunęły w kierunku Tyśmienicy.

Nie była to już ta zdyscyplinowana carska armia, która zaczynała wojnę w 1914 roku. Latem 1917 roku w Petersburgu zasiadał jakiś niezrozumiały i mało popularny Rząd Tymczasowy. Po oddziałach kręcili się bolszewiccy agitatorzy, którzy siali rewolucyjną propagandę. Trzon utalentowanych oficerów zginął w tym czasie podczas krwawych zmagań, a poszczególnymi pododdziałami dowodzili naprędce przygotowani podchorążowie. Byli to wczorajsi nauczyciele, inżynierowie, studenci. Komitety żołnierskie były zbuntowane i nie wykonywały rozkazów dowództwa. Dyscyplina upadała w zatrważającym tempie.

Pod wieczór 21 lipca ulice Stanisławowa zapełniły wycofujące się tabory. Wozów i podwód było tak wiele, że w centrum miasta powstał olbrzymi zator. Żołnierze z różnych batalionów, pułków i brygad przemieszali się ze sobą. W centrum miasta żołnierska masa zobaczyła bogate sklepy bez żadnej ochrony. Nie wiadomo, kto rzucił pierwszy kamień w okno sklepu. A już za moment nikt nie był w stanie zapanować nad falą grabieży.

Malownicza ul. Karpińskiego stała się kupą gruzów (z kolekcji Wołodymyra Szulepina)

Grabież w łunach pożarów
Świadek tych wydarzeń Tadeusz Czapliński w artykule „Ostatnie dni inwazji rosyjskiej w Stanisławowie” w jaskrawych kolorach opisuje wydarzenia 21 lipca 1917 roku:

– Kozacy, Czerkiesi, razem z automobilistami i oboźnikami, którzy przez zatory nie mogli ruszyć dalej, zaczęli rozbijać sklepy, grabić towary, których nie zdążyli schować właściciele, bo odwrót zaskoczył miasto we śnie. Nagrabione towary składano na wozy, a sklepy oblewano benzyną i podpalano. To samo odbywało się w budynkach, piwnicach i na strychach, gdzie mieszkańcy gromadzili jedzenie, bieliznę, ubrania, kosztowności i pieniądze. Kobiety gwałcono, a mężczyzn, którzy starali się je obronić – rozstrzeliwano lub zarzynano kindżałami. Na nic zdały się apele generała, oficerów i uczciwych żołnierzy. Zapłonęła ulica Karpińskiego od Belwederu, zaczynając od apteki Amirowicza. Potem podpalono sklep Bonikowskiego i Jasielskiego, zapłonął cały pasaż, uliczki prowadzące do Rynku, niektóre budki na Rynku, olbrzymia stara kamienica Horowitza przy ul. Sapieżynskiej. Stąd ogień przerzucił się na nowy, przed wojną wybudowany, dom Horowitza. Nie wspomnę tu o licznych pożarach na przedmieściach i okolicznych wioskach.

Nadto zaczęto wysadzać w powietrze magazyny broni i materiałów wybuchowych, które nie zdołano ewakuować. Jeden z wybuchów rozsadził dwupiętrową kamienicę na początku ul. Belwederskiej. Ucierpiały przy tym sąsiednie domy. Kolejny wybuch miał miejsce koło magazynów kolejowych, a trzeci – na Targowicy (dziś park żołnierzy-internacjonalistów – aut.) i zasypał pół miasta kamieniami, raniąc wielu mieszkańców.

Całe miasto ogarnięte było dymem i ogniem, a tymczasem rabunek trwał nadal. Przy ul. Karpińskiego, Sapieżynskiej i na Rynku nie było ani jednego całego sklepu – wszystkie były spalone lub rozbite. Żadna opuszczona roleta, żadna szyba nie ocalała w dawnych sklepach. Zniszczono kawiarnie. Ocalała jedynie „Astoria” i, częściowo, „Union”. Na drobne kawałki rozbito słoje aptekarskie, wagi, zniszczono zapasy leków, spalono księgarnię Jasielskiego z drukarnią, która całą okupację była nieczynna, gdyż zabroniono druku książek. Zniszczono magazyn żelazny Hauswalda, a sam właściciel ledwie uszedł z życiem.

Podobne orgie grabieżcze odbywały się w domach prywatnych. Nie tylko ludzie zamożni, ale i najbiedniejsi mieszkańcy suteren zostali odarci po kilka razy. Zabierano wszystko: od pieniędzy i koni po chusteczki do nosa…”.

Śmierć rabusiom!
Nie wiadomo, co pozostałoby z miasta, gdyby nie szczęśliwy przypadek. Nocą pod Krechowcami stanął 1 Pułk Ułanów Polskich. Była to jednostka wojsk rosyjskich, złożona całkowicie z polskich ochotników. Po długim przemarszu żołnierze rozbili obóz i przygotowywali się do kolacji. Dowódca pułku płk Bolesław Mościcki z grupą oficerów wyruszyli do Stanisławowa, aby otrzymać rozkazy w dowództwie 11 Dywizji, której ułani podlegali.

Rankiem 22 lipca kawalerzyści ujrzeli straszny widok na ulicach miasta. Na odmianę od zdemoralizowanych Rosjan Polacy zachowali wojskową dyscyplinę i z odrazą obserwowali działania rabusiów. A rabowali wszyscy – piechurzy, kozacy kaukascy, artylerzyści, oboźnicy, a nawet sanitariusze. Płk Mościcki osobiście zasiekł żołnierza, który chciał zdjąć pierścionki z jakiejś panienki. Innego, który napastował małą dziewczynkę, zastrzelił jego adiutant. Mieszkańcy, widząc, że ktoś stawia opór pijanym żołnierzom, zaczęli prosić o pomoc. Niebawem przyszła cała delegacja z burmistrzem Antonim Stygarem na czele z prośbą o uratowanie miasta. Pułkownik udał się do sztabu 11 Dywizji. Jej dowódca nie mógł zapanować nad grabieżą, ale nie sprzeciwiał się, by zrobili to Polacy.

Płk Mościcki natychmiast wysłał gońca do Krechowic z rozkazem natychmiastowego stawienia się pułku. Spotkawszy swoich żołnierzy przed miastem, pułkownik na czele oddziału wjechał na Rynek. Jadąc płonącymi ulicami i widząc okrucieństwo rabusiów, ułani jeszcze mocniej zaciskali ręce na broni. Na rynku ułani, pod osłoną karabinów maszynowych, urządzili swój sztab. Płk Mościcki wysłał na południe od miasta patrol, by obserwował, czy do miasta nie zbliżają się Niemcy. Następnie podzielił miasto na cztery sektory – zgodnie z ilością eskadronów – i wysłał żołnierzy, żeby zaprowadzili porządek. Grabieżcy początkowo stawiali zaciekły opór, ale nie mogli nic przeciwstawić zdyscyplinowanym działaniom ułanów. Ci nie robili ceregieli – kto został złapany na „gorącym” – ginął natychmiast. Kulminacją działań był prawdziwy bój z dwoma sotniami 2 Dagestańskiego Pułku Konnego, które zostały w końcu rozbite i rozproszone.

Walki trwały cały dzień, ale porządek w Stanisławowie zapanował. Mieszkańcy wspomagali czynnie ułanów wskazując, gdzie schowali się rabusie, prowadzili drogami na skróty przez podwórka oraz gasili pożary. Jednych rabusiów przegnano, ale od zachodu przychodziły nowe hordy dezerterów, których trzeba było rozbroić i wyprowadzić z miasta. Nocą 23 lipca do Stanisławowa powrócił Pułk Kaukaski, którego żołnierze pałali żądzą zemsty za swych poległych towarzyszy broni. Ale nagle cofnęli się i odstąpili.

Następnego dnia ułani patrolowali ulice miasta. Mieszkańcy zapraszali ich do swych domów, karmili, opatrywali rany, podkuwali konie. Kolejna noc minęła niespokojnie. Duża grupa dezerterów z frontu napadła na magazyny wojskowe koło dworca. Gdy Mościcki wysłał tam swoich ułanów, zostali ostrzelani przez pociąg pancerny. Na szczęście nikt nie ucierpiał.

24 lipca sytuacja gwałtownie się zmieniła. Patrole donosiły, że od południa do miasta zbliżają się Niemcy…

(Ciąg dalszy nastąpi)

Iwan Bondarew
Tekst ukazał się w nr 17 (285) 12-28 września 2017

X