Polska? Nikt mi nie musiał o niej mówić. Sama ją tutaj widziałam

Wspomnienia Janiny Emilii Prokopik

Borysław [do 1945 r. w granicach Polski] to niewielkie, ale bardzo urocze miasteczko w obwodzie lwowskim. Leży na złożach ropy naftowej i ozokerytu. Przed wojną rozwijało się tu wydobycie ropy, wyrastały szyby, przyjeżdżali robotnicy. W ten sposób z Krosna do Borysławia przyjechała rodzina mojego ojca Stanisława Kołacza (ur. 1902 r. w Dukli niedaleko Krosna). Tato był kierownikiem kopalni w organizacji naftowej „Mała Polska”. Wszyscy w Borysławiu zajmowali się wyłącznie ropą naftową, jej wydobywaniem i przerabianiem. Na przełomie XIX i XX wieku miasto zapewniało 5 proc. światowego wydobycia ropy, co dawało mu trzecie miejsce po Stanach Zjednoczonych i Imperium Rosyjskim [w zagłębiu borysławskim w 1909 roku wydobyto rekordową ilość ropy: 2 mln 95 tys. ton; był to trzeci po Rosji i Stanach Zjednoczonych wynik na świecie]. W Borysławiu mieszkali i Polacy, i Ukraińcy. Każdy rozmawiał w swoim języku. Nikomu to nie przeszkadzało, wręcz przeciwnie, dodawało uroku. Dzisiaj Ukraińcy i Polacy bardzo dobrze ze sobą żyją. Zakładają rodziny, nie kłócą się, odnajdują wspólny język, pomagają sobie wzajemnie.

Moja mama Bronisława z domu Piniasz (ur. 1902 r. w Samborze) była krawcową, zajmowała się domem i pięknie haftowała. W 1931 roku urodziła się moja starsza siostra Elżbietka, ale zachorowała na zapalnie płuc i po pół roku zmarła. W domu zapanował wielki smutek po stracie córeczki, ale Bóg ulitował się nad rodzicami i po czterech latach urodziłam się ja, mała Emilusia. Byłam bardzo wesołym, towarzyskim i ciekawym świata dzieckiem. Moi rodzice lubili czytać. W naszym domu było dużo książek, najważniejsze to Pismo Święte i modlitewniki, ale też Kochanowski, Mickiewicz. Bardzo lubiłam słuchać, jak tato na głos czytał „Pana Tadeusza”, „Inwokację” znałam na pamięć. Najbardziej jednak kochałam Boże Narodzenie, bo można było wtedy śpiewać kolędy. W domu rozmawialiśmy wyłącznie po polsku. I tak jest do dziś.

Magiczne dzieciństwo skończyło się w 1939 roku. W niedzielę poszłam z tatą jak zwykle do kościoła, ale zamiast dzwonów usłyszeliśmy groźne warczenie samolotów. Tato wziął mnie na ręce i pobiegliśmy się ukryć. W tym momencie zaczęła się dla mnie wojna, bo przestałam czuć się bezpiecznie we własnym domu i mieście. Mojego ojca wywieziono na Syberię na 10 lat za to, że ukrywał księdza. Doniosła na nas sąsiadka. Zobaczyła, że często do naszej piwnicy przychodzą ludzie, bo przychodzili się spowiadać. Zabrali ojca i księdza, najpierw do Drohobycza na Brygidki, a stamtąd pociągiem na Syberię. Pamiętam, jak po raz ostatni przytuliłam się do tatusia na długie 10 lat…

Do szkoły poszłam po wojnie, najpierw do polskiej, a gdy tę zamknięto, chodziłam do ukraińskiej, w której o Polsce się nie mówiło. Wszyscy się bali: i dzieci, i rodzice, i nauczyciele. Nigdy nie wstydziłam się swojego pochodzenia. Babcia zawsze mi powtarzała: Emilusia, zawsze pamiętaj: Bóg, honor, Ojczyzna.

W czasie wojny wielu Polaków uciekło do Polski, część rodziny wyjechała do Krosna. My zostaliśmy, żeby czekać na powrót taty z Syberii. Wigilie obchodziliśmy przy zasłoniętych oknach, zamiast opłatka był chleb z miodem, o prezentach pod choinką nie mogło być mowy. Mieliśmy rodzinne pamiątki: obrączki, krzyżyki na sznureczku, książki. Większość przepadła podczas wojny. Zostało kilka książek, modlitewnik, parę zdjęć rodzinnych i świadectw. Są dla mnie ważne jak pamięć.

Cała moja rodzina jest pochowana na Hukowej Górze – to stary polski cmentarz w Borysławiu. Staram się dbać o mogiły, ale z każdym dniem jest mi coraz trudniej.

Borysław to miejsce, z którym związane są najpiękniejsze i najsmutniejsze chwile mojego życia. Chociaż spędziłam w nim całe życie, mam ogromny sentyment do kościoła w Drohobyczu. Kiedyś, będąc w tym mieście, weszłam z moją córką do sklepu, żeby kupić chleb i nastąpiłam jakiemuś panu na nogę. Przeprosiłam po polsku. Bardzo się zdenerwował i powiedział, że w Drohobyczu powinnam przeprosić po ukraińsku, na co odpowiedziałam, że będę mówić w języku, jakiego nauczyli mnie rodzice, i wyszłam ze sklepu. W pewnym momencie zobaczyłam, że dwie panie idą za mną, po chwili podeszły do mnie i zapytały, czy nie chciałabym, aby w Drohobyczu powstał kościół rzymskokatolicki. Bardzo chciałam i zaczęłyśmy działać wspólnie. Udało się uruchomić piękny kościół pw. św. Bartłomieja, który teraz jest ozdobą Drohobycza, popularną wśród turystów [ufundowany przez króla Władysława Jagiełłę w 1392 roku kościół został w czasach sowieckich znacjonalizowany; do wiernych wrócił w 1987 roku]. Cieszę się, że pomogłam zrobić coś pięknego, co zostanie dla następnych pokoleń.

Krystyna Kuśnierz
Tekst ukazał się w nr 2 (34), 31 stycznia – 13 lutego 2019

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

X