Polak na Sri Lance

Polak na Sri Lance

„Gdybyśmy na Ukrainie powiedzieli, że ktoś śpi na deskach, a na śniadanie zjada np. garść ryżu i zapija go wodą, to uważałoby się tę osobę za bardzo biedną. Na Sri Lance jest to zwykła sytuacja. Ludzie nie umierają tam jednak z głodu, ponieważ pomagają sobie nawzajem. Niema żebraków ponieważ ludzie wstydzą się tego” – rozmawiamy z misjonarzem o. Mariuszem Michalikiem.

Od dwóch lat Ojciec pracuje na Sri Lance, ale najpierw była Ukraina…

 

Zaraz po rozpadzie Związku Radzieckiego, kiedy powstała niezależna Ukraina, przyjechałem tu spotkać się z rodziną. Później rozpocząłem studia teologiczne w seminarium duchownym diecezji greckokatolickiej w Stanisławowie. W Polsce, w Opolu otrzymałem święcenia kapłańskie ponieważ posiadam prawo birytualizmu, tzn. prowadzę duszpasterstwo i sprawuję sakramenty w dwu obrządkach – łacińskim, który jest moim pierwszym obrządkiem, jestem katolikiem rzymskim i w obrządku wschodnim – greckokatolickim.

Byłoby mi niełatwo uczestniczyć w nabożeństwach obrządku wschodniego. Uroczyste śpiewy, długie nabożeństwa…
To kwestia przyzwyczajenia. Na początku Mszy św. trzeba pamiętać, w którą stronę się żegnać. A poza tym nie ma żadnego problemu. Myślę, że na Ukrainie, także w obrządku łacińskim, ludzie lubią długo się modlić przed Mszą i po Mszy św. Gdy jeździłem do Gródka, do księdza Wanagsa, Mszę świętą dość długo celebrowało się, po Mszy trwały długie modlitwy, litanie i tak dalej…

 

Wywodzę się z rodziny mieszanej. Babcia była Ukrainką, grekokatoliczką, a dziadek Polakiem, katolikiem rzymskim. Mieszkali w Stanisławowie do 1945 roku. Wyjechali do Polski w ramach repatriacji. Babcia już nigdy nie jeździła na Ukrainę. Moi wujkowie – bracia mamy – urodzili się w Stanisławowie, mama urodziła się już w Polsce, w 1947 roku. Obie rodziny stale podtrzymywały ze sobą kontakt – ktoś zawsze przyjeżdżał z Ukrainy do Polski, ktoś inny z Polski wyjeżdżał w odwiedziny na Ukrainę. W mojej rodzinie byli też księża obrządku wschodniego. Co prawda, w czasie Związku Radzieckiego byli to księża prawosławni, ale później – po wyjściu Kościoła greckokatolickiego z podziemia, zostali księżmi greckokatolickimi.

Jak to się stało, że ojciec wyjechał na misje do Azji, do Sri Lanki?

Po dwunastu latach mieszkania na Ukrainie i pracy w naszym klasztorze – za ten czas wybudowałem dwa domy zakonne i dwie małe kaplice z prawem odprawiania nabożeństw dla wiernych – najpierw wyjechałem do pracy z emigrantami we Włoszech. Biskup z diecezji w Padwie szukał księdza, który zna dwa obrządki – łaciński i wschodni, który mógłby zaopiekować się zarobkowymi emigrantami z Ukrainy. Przeważnie były to panie grekokatoliczki albo prawosławne, trochę było też katoliczek rzymskich. Osoby te potrzebowały opieki duszpasterskiej, potrzebowały aby ktoś odprawiał dla nich nabożeństwa w ich języku i w ich obrządku. Dlatego na pięć lat podpisałem kontrakt z tą diecezją. Na terenie Padwy oraz innych diecezji założyłem dziesięć ośrodków duszpasterskich, w których regularnie gromadzono się na modlitwę. W większych miejscowościach działały ośrodki duszpasterskie, które mieściły się przeważnie przy siedzibach biskupich. Nabożeństwa odbywały się każdego tygodnia, a w mniejszych miejscowościach – przynajmniej raz w miesiącu.

 

Posługę kapłańską pełniłem na terenie czterech diecezji: Padwy, Vincenzy, Belluno i Chioggia. Nieraz się śmiałem, że jak rozpoczynam Mszę świętą nad morzem w Chioggia, to kończę w górach – w Dolomitach.

 

Wiele osób przyjechało do Włoch bez znajomości języka, często na zasadzie „udało się zdobyć wizę” i jechało w ciemno, szukało pracy. Często taka grupa szukała oparcia w kościele. Przez cały tydzień panie były zamknięte z chorymi, w ciągu dnia wychodziły, tylko na dwie godziny sjesty. Wolne przysługiwało im raz albo dwa razy w tygodniu, po pół dnia (w sobotę, niedzielę). Aby podtrzymać te osoby na duchu, aby nie załamały się z powodu oddalenia od rodziny, starałem się jakoś im pomagać. Była to nie tylko pomoc duszpasterska, nieraz pomagałem w znalezieniu pracy, miejsca zamieszkania. Mieliśmy też wypadki, że ktoś uległ jakiemuś wypadkowi czy zginął. Trzeba było odszukać rodzinę, zawiadomić, zorganizować pieniądze na przewiezienie ciała na Ukrainę… Były różne sytuacje i przyjemne, i nieraz bardzo bolesne.

Oprócz działalności duszpasterskiej, ogarniał Ojciec wszechstronną opieką rodaków na emigracji.

Chodziłem po parkach, sklepach, szukałem tych ludzi. W parkach organizowałem krótkie spotkania modlitewne, później umawiałem się z miejscowym proboszczem o udostępnienie kościoła w godzinach popołudniowych. Powoli kształtowaliśmy grupę, która była takim jądrem. Później osoby z tej grupy szukały innych ludzi. Kiedy była już grupa, był już kościół, szukało się salki, by również po Mszy świętej można było spotkać się czy zorganizować jakąś uroczystość, czy też w ogóle mieć gdzie zjeść posiłek. Chodziło o to, by stworzyć jakieś godne warunki, aby ludzie po prostu nie zdziczeli w trudnej sytuacji. Trzeba było tym osobom pomagać w zdobyciu dokumentów. Szukało się rodzin, które chciały wziąć i zalegalizować ich pobyt. Trzeba było również zająć się tymi, którzy 4–5 lat przebywali nielegalnie we Włoszech, niektórzy przekraczali granicę nielegalnie… W jednej miejscowości była pani, do której straż graniczna strzelała… Trzeba było nieraz pracować za psychologa, żeby taką osobę jakoś doprowadzić do równowagi psychicznej.

X