Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni

Piętnastu chłopów na umrzyka skrzyni

Na Karaibach zaczęła się epoka napadów pirackich na statki hiszpańskie dokonywanych nie przez piratów z Europy, a przez Bukanierów. Piratów miejscowych. Bukanierzy mieli swoje porachunki tylko z Hiszpanami i statki innych krajów mogły sobie żeglować całkiem spokojnie. Zajmując się piractwem karaibskim ma się początkowo wrażenie, że istniały jakieś dwie grupy straceńców gotowe atakować Hiszpanów gdzie tylko będzie to możliwe. Bukanierów właśnie i Flibustierów. Ale to nie prawda. To była jedna grupa nazywana tylko raz z angielska Bukanierami, to znowu z francuska Flibustierami.


Ta grupa rosła w siłę i stawała się coraz liczniejsza, ponieważ emigrowało do niej mnóstwo ludzi z Europy, a także zasilali jej szeregi zbiegowie z hiszpańskich więzień i niewolnicy murzyńscy, którym udało się uciec od właściciela. Piraci na Karaibach nie musieli czekać na rewolucję francuską by głosić hasło „wolność, równość, braterstwo”. Oni zresztą niczego nie głosili. Oni po prostu tak postępowali. Na sto lat przed rewolucją francuską u Bukanierów nie było ludzi gorszych i lepszych. Wszyscy byli sobie równi, a to w czasach sformalizowanych, wręcz kastowych zwyczajów, jakie panowały we wszystkich państwach Europy, stanowiło atrakcję zdolną przyciągać tłumy!

 

Prawda o piratach
Proszę nie wierzyć powieściom, czy filmom, jakich wiele postało później na temat życia piratów. To nie byli romantyczni żeglarze. To była wiecznie pijana banda, której zachowanie było dzikie, a zwyczaje przerażające. Oczywiście zaraz znaleźli się cwaniacy robiący na piratach wspaniałe interesy. I znowu pierwsi byli Francuzi. Zajęli niewielką wysepkę w pobliżu Haiti zwaną Tortuga i urządzili na niej piracką centralę. Każdy pirat mógł tam przypłynąć, by sprzedać łupy jakie zdobył, zakupić zaopatrzenie na dalszą wyprawę, dobrać załogę, lub dokonać naprawy statku.

To właśnie na Tortudze zawiązało się Bractwo Wybrzeża – Freres de la cote, początkowo tylko francuskie, stopniowo rozciągające się na wszystkie narodowości. Brethren of the coast, jak mówili Anglicy. Bractwo nie miało charakteru instytucji, jakby tego chcieli jego obserwatorzy. Bracia Wybrzeża przede wszystkim byli wolni. Czasami dobrowolnie łączyli się dla doraźnych celów. Czasami nawet przyjmowali czyjąś zwierzchność, ale pod warunkiem, że tylko na określony czas. Zawsze jednak łączyła ich wspólna nienawiść do Hiszpanów i może też niepisany, piracki kodeks honorowy. Wszystko to, czy bractwo, czy kodeks, było tworzone przez bandytów, więc miało cechy tworu bandyckiego. Raz działającego, gdy się to podobało, lub niedziałającego, gdy było to nie na rękę. Jedynym prawem jakie tam stale, realnie panowało, było prawo pięści. Zawsze dziwiło mnie dlaczego rodzice uważają, że ich dzieci mogą się bawić w piratów, dlaczego kupują dzieciom pirackie gadżety, czytają im opowieści o piratach i pirackie bajeczki. Czy nie rozumieją tego, że ich małe dzieci bawią się w bandytów? Jest coś takiego w ludziach, że pociąga ich brutalna siła i bezwzględność, maskowane pokostem romantyzmu i chęcią przeżycia przygody.

Naśladując Francuzów, Anglicy założyli „przyjazny” piratom port w Port Royal na Jamajce. Holendrzy, przegonieni przez Hiszpanów z wyspy Sant Martin, zakładają taki sam port na Curacao. Łatwo się teraz sprzedaje zrabowane łupy, transportowane potem przez firmy przewozowe z „przyjaznych portów” do Europy.

Lata 1660-1690 są okresem pirackiego prosperity. Nad Karaibami tryumfująco powiewa Jolly Roger (wesoły Roger), czarna piracka bandera z trupią czaszką na skrzyżowanych piszczelach. Z Europy napływają fale awanturników, głównie z Anglii, Szkocji i Irlandii. Zaczynają powoli wypierać Holendrów, a zaraz za nimi i Francuzów. Port Royal pęka od pirackich łupów. Do Port Royal wciąż zawijają pirackie okręty ze złotem, srebrem i drogimi kamieniami. W mieście trwa nieprzerwanie piracki festiwal. Na okrągło są otwarte wszystkie knajpy i burdele. Piraci chleją, wydzierają się i awanturują, biją się nożami. Port Royal uznany został za Sodomę, Gomorę i raj Szatana!

Trwało to aż do 7 czerwca 1692 roku. Na krótko przed południem, zatrzęsła się ziemia, a potem zaczęła pękać, rozsuwać się. W ogromne szczeliny wpadały całe domy wraz z ludźmi. Nareszcie miasto zapadło się pod ziemię, a miejsce, na którym kiedyś stało, wypełniło morze. Niech ktoś spróbuje powiedzieć, że to nie była kara Boska!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X