Otwarcie obserwatorium na Popie Iwanie

Otwarcie obserwatorium na Popie Iwanie

Dzień pierwszy – 29 lipca 1938 roku. Fragment barwnej relacji pierwszego kierownika obserwatorium Władysława Midowicza.


Pod koniec lipca odbyło się formalne otwarcie obserwatorium, rozpoczęte tuż przed przybyciem kilkudziesięciu gości z Warszawy niezwykłą wręcz awanturą, zrobioną prowadzącemu budowę architektowi przez gen. Berbeckiego, który przybywszy o godzinę wcześniej, wpadł we wściekłość widząc niektóre niedokończone partie wnętrza, mimo niedawnych i uroczystych przyrzeczeń, że klucze do całkowicie wykończonego obiektu zostaną oddane tuż przed uroczystością.

Tą gradową chmurę i „takiesynowanie” rozlegające się przez wszystkie piętra, rozładował w jakimś stopniu pokaz naszych instrumentów, oraz bogatego ekwipunku wysokogórskiego porozkładanego na stołach meteorologicznej części budynku, a także zielone chodniki kokosowe rozciągnięte przez korytarze parteru i pierwszego piętra.

 

 

 

 

By zatrzeć wrażenie, jakie czyniły niektóre niedokończone parkiety i tynkowania tego dużego i nieco skomplikowanego budynku, objąłem oprowadzanie oficjalnych gości tylko po najciekawszych zakątkach.

 

Szczególne wrażenie czyniły najpiękniejsze chyba widoki w kraju, oglądane z tarasów Obserwatorium.

Przyjęcie (obiad) na miejscu organizował jakiś „profesor” z Warszawy, podobno dawny plutonowy i ordynans gen. Berbeckiego z Legionów, który objął także dostawę „stylowego” umeblowania dla Obserwatorium. W rezultacie szafy sklecone z politurowanej dykty doszły na szczyt góry w stanie dość żałosnym, a pan „profesor”, opuściwszy obiekt pod wieczór, zabrał cichaczem na huculskim koniku dwie pękate walizy nieotwartych koniaków i kilkanaście talii nierozpieczętowanych kart do gry.

Sam obiad, wydawany w dwóch salach, przebiegał dość oryginalnie. W dolnej sali goście podrzędniejszej klasy otrzymywali go w postaci dużej ilości zakąsek i alkoholu. W górnej natomiast, lepsze towarzystwo z marszałkiem Prystorem na czele, zdążyło zjeść zupę, a kilkunastu otrzymało z dużym opóźnieniem nawet pieczyste, gdy nagle zagrzmiało siarczyście. Prystor podniósł się natychmiast, wzywając wszystkich do powrotu, jeśli nie chcą dotrzeć do Kołomyi przemoczeni do nitki (do podnóża zjeżdżali na huculskich konikach).

Ten grzmot burzowy okazał się faktycznie opatrznościowym, bo zorganizowana przez „profesora” obsługa we wzorzystych strojach huculskich wynosiła większość ogromnych półmisków z kuchni wprost do dużej gromady kumotrów zalegającej na stoku poniżej. Tak więc uniknęło się jeszcze jednego wybuchu wściekłości generalskiej, nie mówiąc już o skandalu. (…)

 

Tekst ukazał się w nr 4 (152), 28 lutego – 15 marca 2012

X