Okno z widokiem na Lwów

Okno z widokiem na Lwów

Fot. deviantart.comKąsał, prychał i pieklił się na niechlujną polszczyznę. Miał prawo i obowiązek, on wyszamerowany w tą swą bajeczną lwowskość, obdarzony wdziękiem i staromodną dżentelmenerią, która nakazywała całować kobiety w rękę i wstawać z fotela, kiedy te podchodzą, nawet jeśli miały czternaście latek. Z wdziękiem obsadzał swą osobą ławeczki, banalne krzesła i przypadkowe fotele, zawsze tak samo brawuro, jak baron z operetki wiedeńskiej. Na autobusowym przystanku i z gracją kiwał nogami, jakby je mył w potoku, albo czubkiem lakierki w piasku szukał zagrzebanej ryby. Podśpiewywał – Ich hab. mein Herz in Heidelberg verloren.

 

– Panie Zbyszku, jak można takie hitlerowskie piosenki publicznie propagować – oburzali się patrioci-ignoranci. On ripostował – kruca fuks, kochanieńki, jakie one hitlerowskie, wcale nie hitlerowskie, ale burszowskie, trzeba ci mądrej książki poczytać.

Patriota Lwowa, twierdził, że Europa się kończy tam, gdzie są ostatnie empirowe austriackie dworce kolei żelaznej,a we Lwowie jest najpiękniejszy taki w całej Europie.

– Musisz wiedzieć kochanieńki, że mój tata miał prawdziwą marynareczkę z wężowej skóry. On sam marynarki z wężowej skóry nie posiadał, w zamian miał oczy takie ciemne, jak atramentowa rzeka lub jak tusz firmy Pelican pierwszego gatunku, który tak łatwo nie schodzi i takie głębokie, że można było się w nich utopić, zupełnie, jak piękna i fertyczna Żydóweczka, taka rajcowna z biglem i pieprzykiem. Kobiety leciały na te oczy, na łobuzerski wdzięk i klasę i ten śpiewny lwowski akcent. Człowiek trunkowy, stąd policzki gorzały, jak u prałata papieskiego, malinowe lub, jak dziecko bogatego ogrodnika, liczące sobie lat 50 i jeszcze kilka – tylko czeskie piwo i muzyka cię wzmocni. – Co on taki nerwowy, musi lepiej dbać o przyrodzenie, bo mu się macica niebezpiecznie obniży – doradzał i dworował sobie jednocześnie.

Tak na serio i na poważnie, lubił powtarzać za Marszałkiem: kto nie szanuje przeszłości, ten nie jest godzien teraźniejszości. Grał na wszystkim na czym się dało, co wpadało do ręki: grzebień, gitara, organy, saks, pikulina, skrzypce, tamburyn – proszę bardzo. Geniusz kompletny, a przecież samouk, wyposażony w absolutny słuch muzyczny. Słuch muzyczny dar Boży, z domu wyniósł skromność, bo gdy go komplementowano – Panie Zbyszko, ależ ma pan talent, ależ pan pięknie gra! On się obruszał dobrodusznie – Ja, gram, co wy ludzie, ja gram, co wy ludzie bałakacie, ja ledwo rzępole. Mój tato to on grał, to był artysta, on grał w wiedeńskim szramlu. Oczywiście musiał objaśniać czym był ów szraml. To była tradycyjna kapela podmiejskich winiarni cesarskiego Wiednia, a jej nazwa wywodzi się od założycieli tego typu zespołów: Johanna i Josefa Schrammlów.

Po kieliszeczku, jednym, drugim, a najlepiej po trzecim płyty gramofonowe lubił sobie puszczać, szczególnie tę: Bella, bella donna – śpiewał cudny duet, ale jak śpiewał? Bosko i jaki duet! Janusz Gniatkowski, wiadomo ze Lwowa, i Jan Danek, ten był chyba przypadkiem, jest ze Śląska. Wiadomo, że nie wszystko na tym świecie udało się Panu Bogu. Przecież jakby wszyscy najlepsi mieli się urodzić w Lwowie, to Lwów stał by się, nie daj Boże, tylko Warszawą.

Wspominał, rozmarzał się – I zapamiętaj na bank, że zawsze w niedzielę o 21, od roku 1932 ze Lwowa nadawana była audycja Wesołej Lwowskiej Fali, z ulubieńcami całej Polski, szczerymi batiarami: Szczepko – to, ten wyższy, burczący i Tońko – ten niższy, popiskujący.

Zbierał się w sobie, rósł, mocy przybierał, gdy koloryzował ale z jaką swadą! – Wiesz, ty synku, że ja osobiście wódkę od Baczewskiego pijałem z panem Wiktorem Budzyńskim, w restauracji hotelu George’a – jego atramentowe oczy powlekała serdeczna mgła, lwowska mgła.

Tadeusz Zubiński
Tekst ukazał się w nr 14 (114) 30 lipca – 16 sierpnia 2010

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

X